"Jak najstarszych ludzi pamięć sięgała, nigdy jeszcze nic podobnego nie trafiło się na kilkadziesiąt mil wokoło. Bywały historie straszne, dziwne, jakich by się nikt spodziewać nie mógł wśród dworów spokojnych obywateli – kilka panien nader przyzwoitych i dobrze urodzonych dały się wykraść, ale natychmiast błogosławieństwo kościelne wybryk ten rozgrzeszyło; kłócili się ze sobą bracia aż do porywania na siebie i odgróżek, ale sąd polubowny zaraz zgodę ułatwił; sędzia poróżnił się raz z żoną tak, że od niego do klasztoru brygidek uszła – ano na drugi dzień przebłagał, powróciła, i żyli jak najzgodniej. W Zaborowie pokazywał się duch i łomotało na strychu, a po kilku pobożnych ofertach zupełnie straszyć przestało…
Takiej jednak przygody, jaka w Orygowcach zaszła w ostatnich dniach stycznia 182… roku, nie było przykładu od wieków. Nikt sobie tego wytłumaczyć nie mógł i nie umiał, ludzie głowy łamali na próżno" (s. 5).
{mosimage}Czytelnik polski, który w 1872 roku – oprócz innych powieści tego samego autora, jak Ramułtowie, Z życia awanturnika i Morituri – dostał do ręki zaczynającą się tak „powiastkę” Józefa Ignacego Kraszewskiego, został więc odpowiednio ukierunkowany zarówno przez sugerujący jej kryminalny charakter tytuł, jak przez te słowa mające go zaciekawić. W roku tym może miał zresztą prawo jeszcze nie wiedzieć, że istnieją utwory poświęcone specjalnie „sprawom kryminalnym”. Na gruncie polskim powieść Kraszewskiego była bowiem niemal ich jaskółką. Poprzedzały ją tylko wzorowane na Tajemnicach Paryża Eugeniusza Sue różne (przeważnie bardzo nieudane) powieści tajemnic, w rodzaju Małych tajemnic Warszawy Karola R. Rusieckiego (1844), kilku powieści Józefa Dzierzkowskiego (m.in. Salon i ulica, 1847), Józefa Symeona Boguckiego i Edwarda Bogusławskiego [informacje o pierwszych polskich powieściach tajemnic przynosi artykuł J. Bachórza, Polska powieść tajemnic w pierwszym ćwierćwieczu jej istnienia. W zbiorze: Formy literatury popularnej. Studia. Pod red. A. Okopień-Sławińskiej. Wrocław 1973], jak również tłumaczone z języka francuskiego utwory pióra Emila Gaboriau (w 1870 roku ukazała się polska wersja jego powieści Monsieur Lecoq i L’Affaire Lerouge, a w tym samym roku 1872, w którym wyszła Sprawa kryminalna Kraszewskiego, na rynku wydawniczym pojawiły się w polskim przekładzie powieści Niewolnicy paryscy i Złota szajka tegoż pisarza). Czytelnik znający język francuski (którego znajomość była w XIX w. wśród ludzi bardziej wykształconych dość powszechna) mógł także zapoznać się z utworami tego klasyka powieści kryminalnej w oryginale, a władający językiem angielskim (tych jednak było w drugiej połowie XIX w. na ziemiach polskich stosunkowo bardzo mało) czytać opowiadania Edgara Allana Poe, z których Zabójstwo przy Rue Morgue (1841) i dwa inne, będące jego kontynuacją, uchodzą za prototypy powieści detektywistycznej. Wszystkie te pierwociny powieści kryminalnej przy tym najczęściej miały charakter awanturniczo-przygodowy, odbiorca raczej był nakierunkowywany na śledzenie ekscytujących wydarzeń związanych z dokonanym przestępstwem i uczestniczenie w kolejnych tego rodzaju zdarzeniach, w mniejszym stopniu zaś na stopniowe i mozolne dochodzenie do odkrycia zbrodniarza razem z prowadzącym śledztwo detektywem (jego rola była stosunkowo większa we wspomnianych tu opowiadaniach Poego).
Wydarzenia przedstawione w Sprawie kryminalnej nie są zbyt skomplikowane. Czytelnik najpierw poznaje dość szczegółowo dwory i dworki, w których toczy się akcja, a także ich mieszkańców. Najważniejszym z nich okazuje się liczący trzydzieści kilka lat Daniel Tremmer, którego poznajemy, gdy kupuje zaniedbany majątek, wieś Orygowce, umieszczoną w geografii powieściowej między Dubnem a Łuckiem (czyli na dzisiejszej Ukrainie). Bohater ten okazuje się ideałem bez żadnej skazy – pomijając już to, że jest przystojny i należycie wykształcony, majątek w ciągu kilku lat doprowadza do rozkwitu, jest uczciwy, skromny, stateczny i szlachetny, utrzymuje też dobre czy nawet przyjacielskie stosunki z sąsiadami. Z tych ostatnich najważniejszy to stary i bardzo konserwatywny prezes Boromiński, właściciel sąsiedniej wsi Murawiec, a także ojciec pięknej panny Leokadii, zaklinający się, że odda jej rękę tylko człowiekowi dobrze urodzonemu i katolikowi. Tremmer, protestant, którego ród został uszlachcony dopiero za czasów jego dziadka, nie spełnia obu tych warunków, oficjalnie więc nie śmie nawet zalecać się do znanej mu już wcześniej z Warszawy panny (przebywała tam na pensji).
W momencie gdy czytelnik został już zapoznany z tą sytuacją, pojawia się owa „kryminalna sprawa”. Tremmer znika ze swego domu w tajemniczy sposób – okno w jego sypialni zostało wybite, a przed nim widać ślad wleczenia czegoś ciężkiego. Wszyscy domownicy i pracownicy majątku są zdumieni i przerażeni. Zostaje wezwana policja, która ustala, że z domu znikły także pieniądze i ubrania dziedzica, a na drodze do jeziora znajduje jego zakrwawioną chustkę i jedną rękawiczkę. Kierujący śledztwem asesor Zdenowicz jest przedstawiony jako nieudolny i niezbyt zainteresowany jego wynikiem (z góry założył, że Tremmera porwano i zabito). Inaczej sekretarz sądu Małejko, który „znajdował przyjemności prawie w podobnym wypadku. Lubił on niezmiernie rozplątywać węzły najzawilsze i w sprawach ciemnych dobadywać się światła. Im trudniejszym się co przedstawiało, tym nęciło go więcej. Sławnym był nawet z tego, że kilka razy w sprawach o kradzieże, które się po lat wiele ciągnęły bez skutku, gdy już zdawały się zrozpaczone, po najmniejszej nitce dotarł do kłębka” (s. 21). Czytelnik uczestniczy razem z przedstawicielami władzy w oglądzie miejsca zdarzenia i w przesłuchaniach służby (Małejko „ślady w błocie powymierzał i pozdejmował z nich rysunki… ludzi egzaminował jak na torturach” – opowiada później Zdenowicz (s. 33), przy okazji dowiadując się o niechęci tej służby do rozmów z urzędowymi osobami (zapewne będącymi Rosjanami, ale bezpośrednio w powieści nie ma o tym informacji). Poznajemy także różne mniemania asesora, szukającego zawsze najprostszych rozwiązań, i przypuszczenia bardzo podejrzliwego sekretarza. Wnika z nich, że Tremmer nie miał wrogów, cała służba ma alibi (to ostatnie słowo jednak w powieści nie pada), choć najbardziej zaufanego służącego Małejko podejrzewa jednak o współudział w przestępstwie. Dziwne również wydaje mu się zachowanie panny Leokadii i jej ciotki, które nie okazują wielkiej rozpaczy po zaginięciu znajomego. Dochodzi on więc stopniowo do wniosku, że sprawa jest nie tylko zagmatwana, ale wręcz pozbawiona sensu, ponieważ poszczególne dowody sobie przeczą (w pokoju Tremmera panuje wielki bałagan, ale nikt z domowników nie słyszał odgłosów rabunku czy szamotaniny; nie ma tam też w domu śladów krwi etc.), co sprawia, że sądzi: „to wygląda, jakby ktoś niezręcznie odegrał komedię…" (s. 35) Zeznanie karczmarza o przejeżdżającej nocą tam i z powrotem bryczce wnosi co prawda nowy element do opartych na logicznym rozumowaniu tez śledztwa, ale zeznanie jednego z parobków, że widział nocą pod oknem pana jego samego i najbardziej zaufanego sługę, nie bardzo dociera do asesora i jego pomocnika, którzy ustaliwszy te wstępne dane, przekazują sprawę sądowi.
I tym się kończy pierwsze sześćdziesiąt stron utworu, poświęcone przede wszystkim szczegółowo prezentowanej „sprawie kryminalnej” i związanym z nią poczynaniom śledczych, usiłujących dojść – niczym w „klasycznym” kryminale – do prawdy za pomocą przedstawiających minione wydarzenia świadków i opartego na prawdopodobieństwie rozumowania. Dochodzenia sądowego już w powieści nie widzimy, czasem tylko pojawiają się później informacje o poczynaniach i domysłach Małejki, który, będąc związany z sądem, nadal „świdruje”, to jest usiłuje rozwikłać zagadkę zniknięcia Temmera.
Następna część powieści przynosi zaś rozwinięcie wątku romansowego. Już wcześniej możemy domyślać się, że pannę Leokadię i Daniela Temmera łączy głębokie uczucie, w którego utrzymaniu bierze udział także jej ciotka. Gdy zaś bohaterka po zniknięciu ukochanego zaczyna wpadać w depresję, udaje się do drugiej siostry ojca, gdzie niedługo później spotyka sympatycznego dzierżawcę, w którym czytelnik łatwo domyśla się Temmera, ukrywającego się pod nazwiskiem ciotecznego brata. Zagadka stopniowo przestaje istnieć – najpierw się dowiadujemy, że także ów kuzyn Temmera nie jest zasmucony jego zniknięciem, później, że zakochani cały czas prowadzili ze sobą korespondencję, wreszcie – a dzieje się tak mniej więcej w połowie utworu – jesteśmy pewni tożsamości rzekomego dzierżawcy… Dziwnie nieśmiałe zaloty bohatera przyspiesza nagła animozja wobec Temmera jednego z sąsiednich dzierżawców, który jest przekonany o jego nieprawości oraz odmiennej niż ukazana tożsamości i chce jej dowieść. W tym samym czasie także Małejko dochodzi do przekonania, że zniknięcie było upozorowane przez naszego bohatera, ale będąc w istocie rzeczy człowiekiem szlachetnym, nie chce – mimo znalezienia go przez owego zawistnego dzierżawcę i obietnicy pomocy – współdziałać w oficjalnym wyjaśnieniu całej sprawy i niweczyć uczucia niezbyt już młodej pary zakochanych. Czując się mimo wszystko osaczony, Tremmer wraca do swego majątku i udaje powrót z wojaży. Wówczas zdenerwowany tym wszystkim i widzący głębokość uczucia córki prezes Boromiński co prawda formalnie nie wyrzeka się swoich uprzedzeń, lecz zezwala po cichu na zawarcie przez młodych ślubu, a nawet sugeruje takie rozwiązanie, potem zaś im oficjalnie przebacza. Tym też, szczęśliwym hymenem, kończy się cały utwór.
Sprawa kryminalna jest więc w gruncie rzeczy nie tyle powieścią kryminalną, ile obyczajową. Ukazuje ona coraz mniejszą rolę dawnych przesądów u XIX-wiecznej szlachty, co stanowi zapowiedź jej głębokich przemian społeczno-obyczajowych. Związany właśnie z tą zapowiedzią, wybijający się w drugiej połowie utworu na pierwszy plan wątek romansowy wydaje się jednak niezbyt ciekawy. Główny jego bohater zachowuje się bowiem niesamowicie – jak na herosa – biernie, całymi latami ukrywając swą miłość i zupełnie o nią nie walcząc. O uczuciach panny, ponad to, że są wyjątkowo trwałe, ale doprowadzając bohaterkę do choroby, nie prowadzą jej do braku uległości wobec ojca, właściwie niemal nic nie wiemy. Cała historia jest przy tym opowiedziana przez trzecioosobowego narratora, na ogół nie przybliżającego się zbytnio do żadnej z postaci, choć w drugiej połowie lektury, wiedząc już o upozorowanym zabójstwie i o jego romansowych przyczynach, możemy trochę lękać się o dalsze losy bohaterów w razie jego wykrycia, gdyż akcja w pewnym, nie takim wielkim zresztą stopniu, zaczyna układać się w schemat ucieczki i pogoni, w którym istotną rolę pełni osaczenie sympatycznego Tremmera. Niemniej jednak ani wątek romansowy, ani kryminalny nie pełni dominującej roli w tej powieści, a raczej właśnie obyczajowo-społeczny, to jest ukazanie różnych środowisk, szlachty i jej oficjalistów, w tym także – co stanowi pewne novum w polskiej XIX-wiecznej literaturze – środowiska związanego z wymiarem sprawiedliwości.
Cała powieść wydaje się bowiem interesująca nie tyle nawet ze względu na wkroczenie do niej motywu zbrodni i takich związanych z powieścią kryminalną elementów, jak śledztwo i jego metody, ile z powodu walorów obyczajowego obrazka, prezentującego z pewną dozą humoru zacietrzewienie tradycyjnie nastawionego szlachcica oraz obyczajowość różnych środowisk pierwszej połowy XIX wieku.
J. I. Kraszewski, Sprawa kryminalna. Powiastka, przygotowała do druku M. Rydlowa, Kraków 1977.
Autor: Profesor Anna Martuszewska – wybitna znawczyni literatury i kultury popularnej. Jest historykiem i teoretykiem literatury. Zajmuje się przede wszystkim prozą XIX wieku, literaturą popularną i teorią literackich światów możliwych. Autorka wielu artykułów naukowych i książek, wśród których najważniejsze to: Poetyka polskiej powieści dojrzałego realizmu, „Ta trzecia”. Problemy literatury popularnej, Pozytywistyczne parabole, Powieść i prawdopodobieństwo, Światy (nie)możliwe powieści. Niedługo zaś ukaże się jej książka Radosne gry. O grach/zabawach literackich.
Serwis Zbrodnia w Bibliotece serdecznie dziękuje prof. Annie Martuszewskiej za udostępnienie tekstu.
Wywiad z Autorką Gra z kryminałem