Kryminalny alfabet gacka - Bagno

04.11.2009

Kontynuujemy publikację cyklu felietonów znanej pisarki Katarzyny Gacek napisanych specjalnie dla naszego serwisu - Kryminalny alfabet gacka. Dziś litera B (jak bagno).

Nie, nie, proszę nie zmieniać strony www. Wszystko w porządku, czytają państwo Kryminalny alfabet gacka, nie melioracyjny. Po prostu słowo „bagno” było pierwszym słowem na literę „B”, które pojawiło się w moich skojarzeniach, kiedy zaczęłam się zastanawiać nad kolejnym felietonem. I wcale nie miałam na myśli abstrakcji oznaczającej sytuację grząską i nieprzyjemną, choć przecież nieraz w powieściach kryminalnych pada zdanie: „Ale w bagno wdepnąłeś”.

Jakby się zastanowić zresztą, to stylistyka gatunku zdecydowanie wymaga obecności takich właśnie klimatów. Każdy morderca z zasady wdeptuje w bagno, dodatkowo nurzając się po uszy w bagnie moralnym, co jest elementem dla czytelnika wyjątkowo pociągającym. Daje mu bowiem miłą świadomość, że kiedy tylko zamknie książkę, po bagiennym fetorku nie pozostanie ani śladu…

Nie, bagno kojarzy mi się całkiem konkretnie i słownikowo jako: „obszar trwale podmokły, porośnięty roślinnością przystosowaną do warunków środowiska, powstający w wyniku utrudnionego odpływu wód opadowych lub gruntowych, w którym zachodzi proces tworzenia się torfu”. Oczami wyobraźni widzę rozległy, nieprzystępny teren, pokryty kępami wysokiej trawy, niskimi, poskręcanymi drzewkami, otulony białym kokonem mgły, gdzie słychać intensywne brzęczenie owadów, chlupot żab uciekających spod nóg do wody, a nocą – tajemnicze i przerażające wycie… No tak, tu wykraczamy nieco poza definicję słownikową…

Pies Baskerville'ów był moim pierwszym przeczytanym świadomie kryminałem, a jednocześnie pierwszą książką, która sprawiła, że tak intensywnie się bałam. To nie intryga kryminalna pociągała mnie wtedy najbardziej, ale plastyczne opisy potwornego zwierzęcia o płonących oczach i ogniu wydobywającym się z pyska, którego pojawienie się oznaczało śmierć. Za jego sprawą kunszt detektywistyczny Sherlocka Holmesa został zdecydowanie zepchnięty na drugi plan. Zdecydowanie B jak bagno!

W efekcie tej alfabetyczno-kryminalnej refleksji udałam się do domu moich rodziców i odnalazłam w ich biblioteczce pożółkły egzemplarz, dokładnie ten sam, który czytałam trzydzieści lat temu. Leży teraz u mnie na komodzie, ale o dziwo – nie kusi, żeby po niego sięgnąć. Boję się rozczarowania. Standardy w literaturze kryminalnej przez ostatnie trzy dekady zdecydowanie się zmieniły, a co za tym idzie – moja percepcja również. Wolę Psa Baskerville'ów wspominać z czcią i sentymentem jako arcydzieło gatunku niż jako powolny, naiwny i trącący myszką zabytek. Raczej podsunę go młodszemu synowi jako pierwszy w życiu kryminał. Może jemu będzie dane przeżyć to samo, co ja kiedyś przeżyłam. Czyli cudowny dreszczyk podniecenia i strachu, którego właśnie w kryminałach najczęściej szukamy.

Stop.

W tym momencie sobie uświadomiłam, że poprzednie zdanie, owszem, brzmi świetnie, ale jest napisane wyłącznie z perspektywy czytelnika. A przecież ja stoję okrakiem na barykadzie i nie jestem tylko czytelnikiem, ale również, nie bójmy się użyć tego słowa, autorem, autorką znaczy. Więc chyba jednak drobna errata: „… cudowny dreszczyk podniecenia i strachu, którego szukamy nie tylko w kryminałach, ale również w życiu”.

Mam taką prywatną teorię na ten temat, nie bardzo wysublimowaną, mimo to trzymającą się kupy. Jak wiemy, niektórzy ludzie, żeby jako tako funkcjonować, potrzebują adrenaliny. Część z nich zostaje alpinistami, część policjantami, a reszta, ta najbardziej leniwa, zaczyna pisać kryminały. Wystarczy trochę wyobraźni oraz zmysłu obserwacji, i satysfakcja gwarantowana.

U mnie połączenie tych dwóch elementów następuje zawsze, kiedy się nudzę. Tych chwil jest zasadniczo niewiele, ale pewnych sytuacji nie przeskoczę. Jak na przykład stania w kolejce w banku. (Dla zdezorientowanych przebiegiem zdarzeń wyjaśniam, że bank, tak jak i bagno, zaczyna się na interesującą nas literkę B).

Otóż czasami, czasami zdarza się, że muszę podjąć z konta większą kwotę, i choć rozsądek mi podpowiada, że jest to kwota „większa” wyłącznie dla mnie i żaden szanujący się złodziej nie będzie ryzykował dla tych kilku groszy, to jednak pojawia się w moim żołądku oraz zachowaniu pewna nerwowość. W efekcie kiedy czekam w kolejce do okienka, obserwuję otoczenie uważnie i podejrzliwie, dokładnie analizując zachowanie poszczególnych klientów i wyobrażając sobie na ich temat niestworzone rzeczy. Co druga starsza pani wygląda tak, jakby miała w torebce pistolet, a jeśli pojawi się gdzieś w zasięgu wzroku mężczyzna poniżej siedemdziesiątki, nie daj Boże w obuwiu sportowym, zaczynam się pocić ze zdenerwowania.

Tak było i tym razem, o którym zamierzam państwu opowiedzieć, zwłaszcza że oddział banku znajdował się w Pruszkowie. Bez komentarza. Kolejka jak zwykle wtedy, kiedy się człowiekowi spieszy, była długachna, a co za tym idzie, na cztery okienka funkcjonowały dwa. Dzięki temu uzyskałam całe dwadzieścia minut na obgryzanie z nerwów paznokci i zastanawianie się, co bym zrobiła, gdyby rzeczywiście ktoś mnie po wyjściu z banku zaatakował.

W charakterze kłębka nerwów dotarłam w końcu do okienka. Kasjerka, szczupła brunetka po czterdziestce, obrzuciła mnie szybkim, dziwnym spojrzeniem. Podałam jej numer konta i kwotę wypłaty. Kasjerka zaczęła liczyć pieniądze. Miałam dziwne wrażenie, że trzęsą jej się ręce. Podpisałam, co miałam podpisać, ale kiedy sięgnęłam po plik banknotów, kobieta nachyliła się w moim kierunku, jednocześnie rozbieganym wzrokiem lustrując salę. Aż się obejrzałam za siebie, z dziwnym wrażeniem, że coś strasznego się za mną czai.

Ale nikogo w kominiarce nie było.

Kasjerka przysunęła się jeszcze bliżej, opierając łokciami o blat i przysuwając twarz do szyby tak blisko, że prawie dotykała jej nosem.

- Czy ja mogę mieć do pani prośbę? – spytała scenicznym szeptem.

Zadrżałam, i w tym momencie obserwacja ustąpiła miejsca wyobraźni. Napad na bank, to pewne. Jakiś B jak bandyta siedzi pod biurkiem i ma moją kasjerkę na muszce. Tylko to biurko jakieś dziwnie małe… No to siedzi gdzie indziej. Nieważne. Ważne, żeby mu się palec na spust nie obsunął. Ciekawe swoją drogą, jaką ma broń…

- Ja nie wiem… – zaczęłam przerażona. – Czy ja potrafię… (w domyśle – nie znam żadnych sztuk walki, noszę okulary i wolę nie narażać trójki dzieci na osierocenie).

Kobieta po drugiej stronie szyby przesunęła coś w moją stronę, osłaniając to dłonią.

- O Boże!!! – jęknęłam.

Jej wzrok napotkał mój. Czy warto ginąć dla tysiąca złotych, musiała odczytać w moich oczach…

- To tylko pięć minut – szepnęła.

Albo całe moje życie, uzupełniłam w myślach.

- Jak pani wyjdzie z banku, to po drugiej stronie ulicy jest spożywczy – wetknęła mi to, co wcześniej przykrywała dłonią, a co okazało się banknotem dziesięciozłotowym. – Pani mi kupi litrową colę…

Naprawdę, gdybym nie wiem jak używała swojej wyobraźni, nie byłabym w stanie wymyślić takiej pointy.

Do przeczytania za miesiąc.

Katarzyna Gacek


Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl