Kryminalny alfabet gacka - C jak cyjanek

15.12.2009

Prezentujemy trzeci felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka, autorstwa Katarzyny Gacek. Pora na literę C.

Mocne, prawda? Tym razem żaden dysonans poznawczy nie wchodzi w grę, jak przy poprzednim haśle. Bardziej morderczego skojarzenia ze świecą szukać. Najkrótsza definicja: cyjanek – uniwersalne lekarstwo na wszystkie choroby. Likwiduje je skutecznie razem z pacjentem.

Oczywiście pisarzowi kryminałów taki pretekst jak choroba nie jest potrzebny, więc przy pomocy cyjanku wykańcza również osoby zdrowe. Specjalnie narobić się nie musi, ponieważ środek zjadliwy jest wyjątkowo. Jego działanie z naukowego punktu widzenia polega na, cytuję: „…blokowaniu procesu oddychania na poziomie komórkowym poprzez nieodwracalną inhibicję oksydazy cytochromowej”, cokolwiek by to znaczyło. W każdym razie wystarczy trochę tego świństwa dosypać do herbaty i mamy trupa. A trup oznacza początek ciężkiej pracy.

Czytając kryminały można pomyśleć, że pisanie ich jest czynnością banalną. Że to nie wysokich lotów literatura, że wystarczy na początku kogoś zabić, żeby przykuć uwagę czytelnika aż do ostatniej strony, na której wreszcie padnie nazwisko mordercy. Że schemat goni schemat, a na rynku obok poradników, jak wytresować psa, założyć trawnik i nauczyć się jeździć na nartach w weekend, znajdziemy również podręcznik pisania kryminałów. Więc co to niby za sztuka?

No cóż, według mnie pisanie kryminału to harówa intelektualna. Nie można sobie nawet na chwilę odpuścić, dać się ponieść klawiaturze… Wszystko jest ważne, każdy szczegół istotny, elementy muszą do siebie pasować niczym puzzle, cholerne pięć tysięcy kawałków, a na obrazku ocean i niebo. Co chwila trzeba wracać, sprawdzać, poprawiać, a przede wszystkim – pamiętać.

Pisząc zwykłą prozę, autor naprawdę nie jest zobowiązany, żeby pamiętać, w jakiej sukience jego bohaterka biegała dwa rozdziały wcześniej po ogrodzie. W kryminale ważny może być nie tylko kolor tej sukienki, ale również materiał, z jakiego była uszyta, krój oraz czy miała wszystkie guziki.

A, jak wiemy, oprócz tej jednej dziewczyny w książce występuje jeszcze parę osób…

Ilość dupereli, które trzeba opanować, jest naprawdę zatrważająca. Niestety, nie samymi duperelami kryminał stoi.

Kryminał przede wszystkim stoi zbrodnią. To właśnie sposób i okoliczności jej popełnienia są punktem wyjścia dla całej historii. Dlatego jednym z pierwszych pytań, jakie musimy sobie zadać, siadając do pisania, jest: czym go załatwić, czyli wybór narzędzia zbrodni. I tu zaczynają się schody.

Podstawowym wyznacznikiem jest dostępność dla zabójcy. I tu wracamy do cyjanku. Agatha Christie na przykład bardzo często w swoich książkach posługiwała się truciznami. Choć dzięki pracy w aptece miała na ich temat ogromną wiedzę, preferowała te najprostsze – arszenik i cyjanek potasu właśnie, w tamtych czasach najłatwiejsze do zdobycia dla przeciętnego mordercy. Arszenik był bowiem popularną trutką na szczury, a cyjanek stosowano do celów fotograficznych lub jako środek przeciwko osom. Wystarczyło, żeby morderca wszedł na chwilę do szopy ogrodnika, i nieszczęście gotowe.

Okazuje się, że dziś również nie jest trudno wejść w posiadanie cyjanku. Wystarczy zamiast szopy otworzyć internet… Tam, na stronie, której adresu mimo wszystko nie podam, znajdziemy bardzo dokładną instrukcję, jak sobie cyjanek przyrządzić w domu. Kilka odczynników (do nabycia w sklepie ogrodniczym), banalny sprzęt (mały chemik podprowadzony dziecku w zupełności wystarczy), i możemy wyprodukować śmiertelną substancję w ilościach wystarczających do wykończenia sporej wsi.

A teraz dobra informacja dla tych, którzy nie mają dzieci lub mają, ale ich pociechy są jeszcze na małego chemika za małe. Otóż na jednym z portali znalazłam pytanie zadane wprost: „Ciekawi mnie, skąd można wziąć cyjanek? Bo chyba nie jest on powszechnie dostępny?”. Oraz odpowiedź, również wprost: „Cyjanek można zdobyć w sklepie chemicznym na podkarpaciu w ropczycach obok jubilatki lecz kosztuje 30 zł za 100 gram” (pisownia oryginalna).

Ponieważ powyższa wymiana informacji miała miejsce w marcu tego roku, niewykluczone, że wiosną i latem mieli tam spory ruch… Zwłaszcza że cena jednak nie wydaje się wygórowana, skoro śmiertelna dawka wynosi raptem 50 miligramów.

Trochę szkoda, że nie miałyśmy z Agnieszką tej wiedzy wcześniej. Użyłybyśmy sobie spokojnie cyjanku, wysyłając wcześniej mordercę w delegację na Podkarpacie. Potem sprzedawca w Ropczycach rozpoznałby go na zdjęciu i miałybyśmy elegancki dowód, który wykorzystałby jakiś sympatyczny i przystojny gliniarz.

My zamiast tego robiłyśmy ofiarom zastrzyki z potasu (ryzykowne, zwłaszcza jeśli ofiara boi się igły), zrzucałyśmy z wysokości oraz topiłyśmy w gliniance, choć ten ostatni zgon nie był spowodowany stricte utonięciem, a raczej wcześniejszymi, trochę zbyt energicznymi próbami wyciągnięcia z ofiary pewnych informacji… Taki przypadkowy trup. Wszystko wydawało się logiczne aż do momentu, kiedy się okazało, że zwłoki pływają w gliniance w okolicach Grodziska Mazowieckiego, a nam jest potrzebna ekipa z Warszawy. Koniecznie. Niestety, stołeczni przyjeżdżają tylko do zastrzelonych.

Nie mogłyśmy naszej ofiary potraktować kulką – zbyt cenne informacje posiadała, żeby się jej tak bezmyślnie pozbywać. Ta śmierć to musiał być wypadek przy pracy. W końcu wykombinowałyśmy, że obejdziemy procedury, pisząc: „Gdyby ten topielec nie był taki zmasakrowany, Grodzisk nie musiałby nas wzywać”.

I to jest zdaje się idealny przykład, jak daleko idące konsekwencje dla książki ma wybór narzędzia zbrodni…

A tak w ogóle na C jest jeszcze cykuta…

Pozdrawiam i do przeczytania.

Katarzyna Gacek

 

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl

Newsletter