Kryminalny alfabet gacka - D jak duet

27.01.2010

Prezentujemy dziś kolejny felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka, autorstwa Katarzyny Gacek. Doszliśmy do litery D.

Lojalnie uprzedziłam w którymś z poprzednich felietonów, że temat wspólnego pisania prędzej czy później pojawić się musi, a czyż może być lepszy pretekst niż D jak duet? Sięgam teraz po niego z radością, ponieważ w żadnej innej kategorii nie czuję się tak pewnie i kompetentnie. Jedyną osobą, której wiedza na ten temat dorównuje mojej, jest Agnieszka [Szczepańska - przyp. red.] – bardzo miło mieć świadomość, że jest się jednym z dwóch wybitnych specjalistów na terenie kraju, a może nawet Europy? Zwłaszcza że Aga na stałe mieszka w Sztokholmie…

We wszystkich wywiadach radiowych i telewizyjnych, których udzieliłyśmy na pęczki, oraz na obu spotkaniach z czytelnikami, pierwsze pytanie brzmiało: „Jak się pisze w duecie?”. I właściwie zadawanie dalszych można już było sobie darować, ponieważ o pisaniu w duecie możemy opowiadać z Agnieszką miesiącami.

Pierwszą i najistotniejszą wartością tworzenia we dwójkę jest wymieszanie dwóch spojrzeń na rzeczywistość. A w naszym z Agnieszką przypadku są one różne diametralnie.

Kiedy pisałyśmy Zabójczy spadek uczuć, naszą pierwszą książkę, wyszło to na jaw przede wszystkim w sposobie, w jaki każda z nas przedstawiała bohaterki. W większości rozdziałów, które ja pisałam, akcja działa się w kuchni, koncentrując się wokół zlewu i lodówki. Ale czemu się dziwić, skoro ja, kura domowa pospolita, pół życia spędziłam gotując i zmywając?

Na szczęście kiedy za pisanie brała się Agnieszka, wydarzenia nabierały kolorytu. Mój ulubiony przykład to tak zwana herbatka zaręczynowa u Pawełka. Wstępnie ustaliłyśmy, że ma być skromna i oszczędnościowa – sześcioro, maksymalnie ośmioro gości, kawa, herbata, ciasto. No, ewentualnie z kremem. Rozdział przypadł Agnieszce, a entuzjazm, z jakim zabrała się do pracy, powinien był mnie zastanowić…

Tym z Państwa, którzy nie czytali Zabójczego, wyjaśniam, że z kameralnego podwieczorku zrobiła się huczna impreza na sto osób. Osoby te, w strojach balowych, snuły się między suto zastawionymi stołami, pochłaniając w ilościach hurtowych kawior, ostrygi oraz szampana. O tym, że oprócz nich w ekskluzywnym apartamencie przebywało również kilku kelnerów, kucharz oraz lokaj, nie warto nawet wspominać…

Awantura rozpętała się oczywiście straszna, ale z góry było wiadomo, że stoję na przegranej pozycji, bo przecież nie wyrzucimy do kosza trzech stron tekstu. Jedyne, co udało mi się uzyskać, to obietnica Agnieszki, że teraz każdą zmianę koncepcji najpierw ze mną przedyskutuje…

Kilka dni później w wyniku tej umowy rozpętała się jedna z najgorszych, a na pewno najgłośniejszych naszych kłótni. Odbyła się u gaździny w Bukowinie Tatrzańskiej, dokąd pojechałyśmy teoretycznie na narty, a praktycznie – popracować nad końcówką Zabójczego. Świadkiem był Piotrek, mąż Agnieszki, przebywający w tym czasie w tym samym domu, ale o dwa piętra niżej. Mimo to z dużą precyzją był w stanie przedstawić zarówno argumenty Agi, jak i moje, ponieważ wyrzucałyśmy je z siebie z wystarczającą ilością decybeli.

Zaczęło się od drobiazgu – jedna z naszych bohaterek, Monika, miała się udać z Warszawy do Krakowa. I to jak najszybciej. Agnieszka bardzo się z tego faktu ucieszyła.

- Super! – stwierdziła, wietrząc kolejną okazję, żeby poszaleć. – Poleci samolotem!

Zatkało mnie. Samolotem??? Skromna nauczycielka WF-u? Zresztą w sytuacji, gdy do Krakowa pociąg intercity mknie niecałe trzy godziny, przelot samolotem wcale nie jest specjalnie konkurencyjny czasowo, jeśli liczyć czas potrzebny na dojazd na lotnisko i z powrotem…

Niestety, moje argumenty nie spotkały się ze zrozumieniem ze strony Agnieszki… Mało brakowało, a doszłoby między nami do rękoczynów. Na szczęście po interwencji Piotrka trochę się zreflektowałyśmy, ustalając consensus następujący: owszem, Monika poleci samolotem, ale nie do Krakowa, tylko do Gdańska.

No tak, a miało być o zaletach…

Już kiedyś wspomniałam, że pisanie kryminałów wymaga od autora uwagi i czujności, ponieważ diabeł tkwi w szczegółach, nad którymi trzeba w miarę sprawnie panować. Dwóch autorów to automatycznie dwa razy gęściejsze sito, przez które przepuszcza się pomysły i dwa razy bardziej krytyczne na nie spojrzenie. Bywało, że jedna z nas wpadała na pomysł, który wydawał jej się rewelacyjny, a już na pewno logiczny aż do bólu, po czym druga udowadniała jej czarno na białym, że w jej rozumowaniu pojawiły się pewne luki, dzięki którym pomysł nadaje się wyłącznie na śmietnik. Ale żeby to ocenić, trzeba spojrzeć z boku…

Na szczęście pisząc w duecie, mamy też do dyspozycji tych pomysłów dwa razy więcej, dlatego nawet po wywaleniu części z nich i tak spokojnie jest w czym wybierać.

Reasumując: przed autorami, którzy samotnie uprawiają ten trudny gatunek literacki, chylę czoło. Choć głowy bym nie dała, czy połowa z najbardziej znanych nazwisk to nie są jednak pseudonimy duetów. A w przypadku Agathy Christie obstawiałabym tercet.

Pozdrawiam serdecznie i do E.

K.

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl

Newsletter