Pora na kolejny felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka, autorstwa Katarzyny Gacek. Dziś litera F.
Kiedyś, w zamierzchłych czasach mojej młodości, byłam przekonana, że podstawowym narzędziem pracy pisarza, oprócz maszyny do pisania oczywiście, jest wyobraźnia. Samotność twórcy, który w rytm uderzeń klawiszy przelewa na białą kartkę papieru historie rodzące się w jego głowie. Ta wizja była na tyle pociągająca, że na jakiś czas zdominowała moje plany życiowe, spychając na drugi plan pragnienie zostania dyrektorem ogrodu zoologicznego. Miałam wtedy lat kilkanaście, za sobą sekcję samicy gupika, będącej w zaawansowanej ciąży, próbę hodowli zaskrońca złapanego w ogródku oraz chorego jeża, no i okres fascynacji twórczością Geralda Durrella. Jednak pod wpływem przyjaciółki, z którą spędzałam rokrocznie wakacje i dla której to właśnie pisanie stało się w pewnym momencie treścią życia, moje myśli również zaczęły biec nieśmiało w kierunku literatury. No, może trochę specyficznej… Pamiętam bardzo dokładnie lato, deszczowe i brzydkie, kiedy z nudów zabrałyśmy się do pisania opowiadań grozy. Kupiłyśmy sobie grube zeszyty w kratkę i zaczęłyśmy od… zrobienia spisu treści, czyli wymyślenia jak największej ilości tytułów. Były nośne i wpadające w ucho, co stanowiło dziewięćdziesiąt procent sukcesu. Bo jak może nie zainteresować potencjalnego czytelnika opowiadanie pt. „Bransoleta dusiciel” czy „Mordercza lampa”? Następnie każda z nas na końcu swojego zeszytu narysowała sobie plan cmentarza, na którym miały spocząć ofiary uśmiercane przez nas w kolejnych historiach. Mam jeszcze przed oczami szachownicę ponumerowanych kwater, które na moim rysunku wypełniały się wyjątkowo szybko, co było niezbitym dowodem krwiożerczych tendencji drzemiących we mnie już wtedy.
Patrząc z perspektywy czasu, myślę sobie, że był to świetny trening dla wyobraźni, której wodze popuszczałam bez skrępowania, pisząc bzdury zupełnie nieprawdopodobne. Dzisiaj na samą myśl, że mogłabym tak sobie „odjechać”, włos mi się jeży na głowie. Ponieważ pisząc kryminały, wyobraźni należy używać w taki sposób, by wszystko, co się pojawi w książce, sprawiało wiarygodne wrażenie. Czyli historia nie tylko powinna trzymać się kupy, ale również być tak osadzona w rzeczywistości, by czytelnik uwierzył, że wydarzyła się naprawdę.
Aby pisać o czymś konkretnym, trzeba posiąść równie konkretną wiedzę. Jednym ze źródeł, bez którego nie wyobrażam sobie pracy, jest Internet. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości otwieram Google i karmię się informacjami, które potem w mniejszym lub większym zakresie wykorzystuję przy konstrukcji fabuły lub przy opisie. Kiedy w Dogrywce Borys miał zabrać Monikę za miasto i musiałam mu znaleźć jakiś pretekst, wrzuciłam w wyszukiwarkę „sporty ekstremalne” i z kilkudziesięciu haseł wybrałam poduszkowce. Kiedy je tylko zobaczyłam na zdjęciach, już wiedziałam, że oboje będą się świetnie bawić. A ponieważ oprócz zdjęć, znalazłam też w sieci stosowne filmiki, mogłam jeszcze bardziej realnie przedstawić całą sytuację w książce.
Podczas ucieczki Pawełka w kierunku granicy spędziłam sporo czasu nad maksymalnym zbliżeniem okolic Kołbaskowa na satelitarnej mapie Polski, próbując ustalić, którędy powinnam wysłać łobuza, żeby udało mu się zwiać przed policją. Oczywiście można napisać, że skręcił w pierwszą w prawo, czy coś takiego, ale zakładając, że choć jeden czytelnik przekraczał przejście w Kołbaskowie, nie mogłam dopuścić, żeby czuł się oszukany, znajdując opis, który nijak się ma do rzeczywistości.
Natomiast pisząc Zielonego trabanta, stanęłyśmy z Agnieszką [Szczepańską - przyp. red.] przed dużo większym wyzwaniem. Wymyśliłyśmy mianowicie, że punktem wyjścia intrygi kryminalnej będzie napad na kasyno w jakimś ekskluzywnym hotelu w Warszawie, a jednym z głównych bohaterów – kucharz, pracujący w hotelowej restauracji. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że nasza wiedza na temat luksusowych hoteli, kasyn, a już na pewno – zaplecza restauracyjnego była zerowa. Ułożyłyśmy całkiem zgrabną intrygę, której jednocześnie nie mogłyśmy wiarygodnie opisać, nie znając szczegółów. Na szczęście przypomniało mi się, że pewna moja znajoma pracuje w pięciogwiazdkowym hotelu jako manager. Zapytana, czy mogłaby nam pokazać to i owo, zgodziła się chętnie, a jedyny warunek, jaki musiałyśmy spełnić, to przyjść do hotelu w nocy, bo właśnie na nocnej zmianie pracowała.
Stawiłyśmy się o pierwszej nad ranem, podekscytowane do białości, i zostałyśmy oprowadzone po miejscach, do których żaden gość hotelowy nigdy nie zagląda. Zobaczyłyśmy wąskie, ciemne korytarze, pozawalane starymi meblami przygotowanymi do reperacji, przeszkolony boks z napisem „biuro rzeczy znalezionych”, hotelową rzeźnię, rampę wyładunkową i przede wszystkim – kuchnie kilku tamtejszych restauracji. Wycieczka była arcyciekawa i jak się potem okazało – absolutnie niezbędna, bo bez niej rozdział o napadzie na kasyno nie miał szansy powstać.
To pozytywne doświadczenie wizji lokalnej podsunęło nam z Agnieszką pomysł, żeby w następnej książce wysłać bohaterki do SPA, a następnie przekonać naszego wydawcę, by nam zafundował weekend u dr Eris. W końcu wiarygodność przede wszystkim…
Pozdrawiam ferdecznie.
K.
Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl