Zapraszamy do lektury kolejnego felietonu Katarzyny Gacek, napisanego specjalnie dla naszego serwisu. Dziś litera H.
Tak sobie myślę, że tytuł „Kryminalny alfabet gacka” powinien zawierać jeszcze jeden przymiotnik, a mianowicie „subiektywny”. Kiedy rozpoczynałam pracę nad tym cyklem, tematyka kryminalna jawiła mi się niczym rozległy ocean, po którym zamierzałam swobodnie żeglować, zawijając co miesiąc do innego portu, oznaczonego kolejną literą alfabetu. Miałam w planach eksplorowanie nieznanych lądów, zgłębianie interesujących tematów, dzielenie się mniej lub bardziej głęboką refleksją. Jednak im dalej odpływałam od brzegu, tym silniejszą odczuwałam tęsknotę za stałym lądem własnej (czytaj: duetowej) prozy, zaludnionym przez bohaterów stworzonych wspólnie z Agnieszką, którzy z braku konkurencji stali się naszymi ulubionymi. W wyniku tej tęsknoty zmieniłam kurs i pożeglowałam nie w kierunku otwartego morza, ale z powrotem wzdłuż brzegu, szukając pretekstu, by co i rusz powracać do portu macierzystego. Czasami zatrzymywałam się tam tylko na chwilę, ot tak, żeby uzupełnić zapas pitnej wody i przy okazji opowiedzieć jedną lub dwie anegdotki na temat naszego wspólnego z Agnieszką pisania, raz zostałam na dłużej, co zaowocowało remontem poszycia oraz literą D jak duet. W ten sposób dotknęłam jednego z najważniejszych aspektów podróży – czyli że są one po to, żeby docenić dom. Moje docenienie przybrało formę refleksji, że najfajniej pisze się wtedy, gdy chce się podzielić z czytelnikami nie jakąś wyimaginowaną refleksją, której słuszności nigdy nie jestem pewna, ale tym, na czym znam się najlepiej (oprócz zapuszczania ogródka, oczywiście). Czyli naszą z Agnieszką techniką pracy.
Dzisiaj, stając w obliczu litery H, spokojnie oznajmiam, że lepszego pretekstu do napisania kilku słów o moim ulubionym Zielonym trabancie nie znajdę przez najbliższe piętnaście miesięcy, bo tyle jeszcze pozostało do Z. Przepraszam, mogłabym próbować skrócić ten okres, pisząc o Trabancie zielonym, ale oczywiście tego nie zrobię. T zostawmy dla trupa, czyli najbardziej kryminalnego wyrazu, jaki istnieje na tę literę. Nie chciałabym, żeby poczuli się Państwo zawiedzeni, zamiast zwłok znajdując w felietonie bazę noclegową.
To przydługie tłumaczenie miało na celu usprawiedliwienie faktu, że nie zamierzam dziś pisać o Harlanie Cobenie ani o historii kryminału, ani o horrorach, również nie o hipotezach czy halucynacjach. Dziś znowu cumuję w porcie duetu Gacek & Szczepańska i uraczę Państwa opowieścią na temat miejsca, w którym toczy się akcja jednej z naszych książek.
Kiedy kończyłyśmy Zabójczy spadek uczuć, byłyśmy wykończone. Obie dzieliłyśmy czas między rodzinę i pracę (Agnieszka zawodową, ja – domową) a fanaberię, jaką było pisanie książki. Poświęcałyśmy Zabójczemu… i sobie nawzajem tyle czasu i energii, że moment postawienia ostatniej kropki odczułyśmy w kategoriach prawdziwiej ulgi. Trochę tak, jakbyśmy się pozbyły kozy z zatłoczonego do granic możliwości mieszkania, do którego wcześniej same ją z trudem upchnęłyśmy.
Ulga jednak nie trwała długo.
Wydawnictwo, do którego wysłałyśmy książkę, zadeklarowało chęć wydania nie tylko Zabójczego…, ale również dwóch naszych kolejnych książek. Problem polegał na tym, że nie tylko nie były one napisane, ale w ogóle nie miałyśmy pojęcia, jakie będą i o czym.
Więc w pierwszej kolejności – zaczęłyśmy planować.
Kontynuacja Zabójczego… nie wchodziła w grę, przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Bohater negatywny zginął w wypadku, więc nie bardzo mogłyśmy go dalej wykorzystywać, natomiast bohaterów pozytywnych miałyśmy powyżej dziurek w nosie i na samą myśl, że miałybyśmy wymyślać dla nich kolejne przygody, a co za tym idzie - w ich towarzystwie spędzić kolejne pół roku, dostawałyśmy mdłości.
Więc może drugą książkę powinnyśmy pisać tak, żeby aż się prosiła o dalszy ciąg? Bo jak wiadomo, literatura kryminalna seriami stoi. Autor nie po to w pocie czoła tworzy wielowymiarowego, interesującego bohatera o przenikliwym umyśle, zdolnego stawić czoło najsprytniejszym złoczyńcom, żeby po jednorazowym wykorzystaniu wyrzucić go na śmietnik. Woli w następnej książce dać mu kolejną sprawę, a co za tym idzie – kolejną szansę zabłyśnięcia intelektem. Panna Marple, komisarz Maigret, Sherlock Holmes czy Philip Marlow to jedni z najbardziej zapracowanych detektywów na świecie i chyba się nie pomylę, twierdząc, że każdy współczesny autor powieści kryminalnej nieśmiało liczy na to, że postać przez niego stworzona również dołączy kiedyś do tego elitarnego grona.
Nęcące… Jednak my z Agnieszką wybrałyśmy jeszcze inną drogą. Zamiast wymyślać kolejnego detektywa czy nawet - kobietę detektywkę, która następnie przewijałaby się na kartach naszych książek i której pozostawałoby już tylko podrzucać następne historie, postanowiłyśmy stworzyć serię, którą łączyć będzie nie główny bohater, ale MIEJSCE.
Warunków, jakie powinno ono spełniać, było kilka. Po pierwsze – rotacja przebywających w nim osób. Im więcej różnych historii życia, tym więcej emocji, problemów, konfliktów, a co za tym idzie – możliwości zaistnienia zdarzeń o charakterze kryminalnym. Po drugie – elementy stałe, które sprawiłyby, że czytelnik, sięgając po następną książkę z serii, poczuje się swojsko. Więc obok niezmiennych, co oczywiste: topografii, murów i wystroju wnętrza, dobrze byłoby wykreować kilka postaci, z założeniem, że będą się pojawiać w każdym tomie, a czytelnik je polubi i będzie ich potem szukał w kolejnych książkach serii.
I wreszcie – klimat. Co z tego, że nasze miejsce miałoby ogromny potencjał kryminogenny, jak na przykład zapluta speluna na Pradze Południe albo żeński zakład karny, skoro zarówno czytelnik, jak i pisarz mógłby nie czuć się tam zbyt komfortowo.
Rozważywszy powyższe argumenty doszłyśmy do wniosku, że czymś, co spełniałoby wszystkie nasze wygórowane wymagania, jest HOTEL. Przez hotel przewija się dowolna liczba osób, wystrój wnętrza nie ulega zbyt częstym zmianom, personel również nie, choć przecież gdybyśmy chciały, zawsze możemy kogoś zwolnić, a potem dać ogłoszenie w gazecie i przyjąć do pracy nowego pracownika. Co zresztą miało miejsce w Trabancie.
Być może gdybyśmy były fanami seriali telewizyjnych, znałybyśmy serial pt. Pensjonat pod Różą, czyli żywy dowód na to, że ktoś już przed nami wpadł na ten genialny pomysł. Ale obie z Agnieszką telewizji właściwie nie oglądamy, dlatego w przekonaniu, że jesteśmy genialne i oryginalne, zajęłyśmy się ustalaniem szczegółów.
Przyjmując opcję sentymentalną, wykonałyśmy głęboki ukłon w stronę zamierzchłych czasów naszego dzieciństwa i zarówno wnętrze, jak i zewnętrze Hotelu pod Zielonym Trabantem urządziłyśmy w tylu PRL. Opony pomalowane olejną farbą ułożyłyśmy wzdłuż trawników w charakterze płotków, podmurówkę ozdobiłyśmy mozaiką z potłuczonych talerzy i lusterek, na stoły w jadalni rzuciłyśmy ceratowe obrusy, a na ścianę w holu - drewnianą boazerię. Do tego dołożyłyśmy trochę starych, rozklekotanych mebli, wątpliwej urody obrazki na ścianach i obowiązkowo w każdym pokoju – radio tranzystorowe. Wyszło nam miejsce zdecydowanie brzydkie, a jednak na swój sposób urocze, głównie za sprawą hotelowego personelu. Jedyną niesympatyczną postać, czyli dyrektorkę Stefę, osobę wyjątkowo nieuczciwą i pretensjonalną, pożegnałyśmy bez żalu już w ósmym rozdziale, tworząc w ten sposób przestrzeń dla nowych, dużo sympatyczniejszych bohaterów. Prym wśród nich wiodła zażywna i serdeczna Mazurowa, znająca się zarówno na sprzątaniu, jak i na ludziach. Świeżą zieleninę zapewniał ogrodnik Antoni, osobnik dumny i mrukliwy, jednak o złotym sercu, a gdy tylko coś się w hotelu psuło, można było liczyć na pana Władzia, miejscową złotą rączkę, swoimi manierami siejącego popłoch wśród płci przeciwnej. Klasą sam dla siebie pozostawał wuj Stanisław – mężczyzna niezwykle elegancki, jakby żywcem wyjęty z przedwojennego romansu. W efekcie musiałyśmy się ostro pilnować, żeby zamiast kryminału nie wyszła nam z tego całkiem przyzwoita literatura obyczajowa.
Tak więc ogromnym nakładem sił i środków stworzyłyśmy miejsce, do którego chciało się wracać. Akcję przeprowadziłyśmy w taki sposób, że rozwiązałyśmy co prawda główną zagadkę, jednak kilka pobocznych wątków pozostawiłyśmy w zawieszeniu – zamierzając wyjaśnić wszystko w następnej części. Do kolejnych trzech ułożyłyśmy historie. Ponieważ bohaterami jednej z nich mieli być aktorzy wystawiający Pod Zielonym Trabantem sztukę, udałyśmy się na rekonesans do teatru „Komedia” i przeprowadziłyśmy z jego dyrektorem ciekawy i inspirujący wywiad. Jednym słowem zadałyśmy sobie wiele trudu, żeby przygotować grunt pod serię książek o Hotelu pod Zielonym Trabantem w nadziei, że będziemy mogły tam wracać, wracać i wracać dowolną ilość razy. Po czym – nie wróciłyśmy…
Kiedy nadszedł moment rozpoczęcia prac nad trzecią książką, kiedy założyłam sobie w komputerze nowy folder pt. „Zielony trabant 2”, kiedy obie podekscytowane planowałyśmy, co tym razem wydarzy się w HOTELU, jak się rozwiną postaci, kogo w tym tomie wyeksponujemy, a kogo zepchniemy na boczny tor, nasz wydawca zadecydował, że zamiast drugiej części Trabanta mamy pisać… drugą część Zabójczego. On miał konkretne, logiczne argumenty, a my – nie miałyśmy wyboru. Więc, choć niechętnie, napisałyśmy Dogrywkę. Nadludzkim wysiłkiem woli wydobyłyśmy nasz czarny charakter z opresji, urodziłyśmy mu dziecko, wyremontowałyśmy dom, a mimo to przez cały czas tęskniłyśmy za Hotelem.
Teraz, kiedy na spotkaniach autorskich słyszymy pytanie: Jaka będzie następna książka?, odpowiadamy zgodnie: Druga część Trabanta. I choć nie wiemy, kiedy uda nam się ją napisać, jednego jestem pewna – powstanie na pewno. Bo nic tak nie cieszy jak powrót do miejsca, w którym było nam kiedyś naprawdę cudownie.
Pozdrawiam…
Katarzyna
Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl