Kryminalny alfabet gacka - I jak internetowe przestępstwa

14.09.2010

Od dziś do księgarń trafiać ma najnowsza powieść superduetu Gacek & Szczepańska, zatytułowana Mag i Diabeł. My zaś z tej okazji prezentujemy kolejny odcinek cyklu Kryminalny alfabet gacka.

Na wstępie chciałam przeprosić miłych czytelników, jak również szanowną Zbrodnię i nie mniej szanowną Bibliotekę, za opieszałość w dostarczaniu kolejnych liter kryminalnego alfabetu. Tak się pechowo złożyło, że przez ostatnie dwa i pół miesiąca znajdowałam się w centrum klęski żywiołowej, nazywanej potocznie wakacjami, a troje dzieci nieskanalizowanych edukacyjnie pracy twórczej sprzyja średnio. Z dziećmi można zbierać jagody, grzyby, ewentualnie punkty na stacjach BP, natomiast za nic nie da się zebrać myśli. Co ja mówię „zebrać”. Tych myśli nawet się nie uda usłyszeć, w rezultacie pisanie czegokolwiek poza listą zakupów raczej nie wchodzi w grę.

Na szczęście mamy już wrzesień, towarzystwo od ósmej rano zdobywa wiedzę, a ja mogę w tym czasie spokojnie usiąść sobie do laptopa. Co też niniejszym czynię w celu popełnienia litery I.

W poprzednich odcinkach alfabetu wiele razy wyrażałam swój zachwyt nad internetem i jego absolutnie uniwersalną przydatnością. Nie będę ogarniać tematu globalnie, zbyt poważne to wyzwanie, ale nawet w mojej mikroskali internet okazuje się niezastąpiony. I to nie tylko w pracy zawodowej. Dzięki niemu zyskuję szacunek dzieci, odpowiadając na ich najbardziej podchwytliwe pytania, zyskuję szacunek dorosłych, przytaczając ciekawostki, znalezione w sieci, z miną erudyty kartkującego kolejny tom encyklopedii, zyskuję też szacunek znajomych, których karmię według internetowych przepisów. I, co niebagatelne, zyskuję czas, w parę minut załatwiając przez Internet sprawy, które w realu zajęłyby mi kilka godzin.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby dla litery I wymyślić hasło „internetowe przestępstwa”!

Oczywiście pierwszą czynnością, jaką wykonałam, przygotowując felieton, było wrzucenie tegoż hasła w Google. W końcu skąd czerpać wiedzę o internecie jak nie z internetu?

W tym momencie moje życzliwe i bezkrytyczne podejście do sieci dostało z całej siły w łeb. Zachwiało się, zatoczyło i z pewnością już nigdy nie dojdzie do siebie. Zrozumiałam, jak złudne było moje poczucie bezpieczeństwa i ile przykrych niespodzianek czyha w internecie na takie naiwne i beztroskie jednostki jak ja.

Na przykład – internetowe zakupy. Ileż to razy przemierzałam strony Allegro w poszukiwaniu tanich ciuchów, zabawek, książek? Ileż to razy moje dzieci wynajdywały przeróżne gadżety, a potem błagały mnie, żebym zapłaciła za nie przelewem? Ileż opowieści na temat szokująco niskich cen tego czy tamtego usłyszałam od koleżanek? Ruch w internetowych sklepach jest ogromny, i byłoby naiwnością pierwszej wody sądzić, że nie pojawią się w nich, tak jak i w zwykłych sklepach, złodzieje. Wchodząc do zatłoczonego supermarketu staramy się odruchowo pilnować torebki. Ale kiedy zaglądamy do sklepu internetowego, niczego nie pilnujemy, nie mamy wyrobionych żadnych odruchów. Ostatnio średni syn naciągnął mnie na kupno piłeczek do żonglowania – spokojnie wpłaciłam dwadzieścia pięć złotych na konto jakiegoś obcego człowieka i nawet mi przez myśl nie przeszło, że towaru mogę nigdy na oczy nie ujrzeć. Każdy z nas sądzi innych na podstawie siebie. Człowiek uczciwy nie podejrzewa drugiej strony o oszustwo. Nie zastanawia się, dlaczego cena jest śmiesznie niska, tylko się cieszy, że zrobił właśnie interes życia. Duma go rozpiera i wystawia pierś po ordery aż do momentu, kiedy zda sobie nagle sprawę, że nie ma ani pieniędzy, ani zamówionego towaru, a w telefonie, podanym na stronie internetowej, włącza się poczta głosowa.

Z drugiej strony nawet daleko posunięta czujność nie zawsze uchroni nas przed porażką. Pamiętam, kilka lat temu znajoma zrobiła mi wykład na temat tego, jak się poruszać po Allegro. Pamiętaj, uczulała, nigdy nie kupuj od kogoś, kto sprzedaje po raz pierwszy, i zawsze sprawdzaj komentarze kupujących. Założenie generalnie słuszne, niestety internetowi złodzieje bez większych problemów włamują się na konta stałych sprzedawców, którzy dokonali wcześniej wielu udanych, uczciwych transakcji, albo po prostu sami sobie wystawiają pozytywne opinie, wzbudzając w ten sposób zaufanie kupujących.

Oczywiście nikt nam przez internet kupować nie każe. Jednak niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Słyszeli państwo może termin: „nigeryjski szwindel”?

Jestem uchodźcą politycznym z Nigerii, pomóż mi odzyskać pieniądze z zablokowanego konta, a dostaniesz połowę mojej fortuny… Mejla tej treści każdy z nas może kiedyś znaleźć w swojej poczcie. Autor listu podaje się albo za uchodźcę, albo dziedzica fortuny utraconej w trakcie przewrotu, ewentualnie za syna obalonego przywódcy jakiegoś afrykańskiego państewka. Prosi o pomoc w odzyskaniu pieniędzy, których sam nie może podjąć z banku, bo coś tam. W zamian, po ich odzyskaniu, adresat listu może liczyć nawet na połowę kwoty. A kwoty biedny uchodźca wymienia niebagatelne. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści milionów dolarów…

Wydaje się, że na tak naciąganą historię nikt zdrowo myślący nabrać się nie da. A jednak… Z ciekawości, z nudów, czy po prostu z chciwości ludzie odpisują, w końcu mejl zwrotny nic nie kosztuje. W ten sposób dają się wciągnąć w psychologiczną grę, w której z góry skazani są na porażkę. Stopniowo dowiadują się, że autor listu musi zarejestrować działalność gospodarczą, wręczyć łapówki, ponieść koszty wystawienia bankowych certyfikatów… i na wszystko to potrzebuje pieniędzy, których „chwilowo” nie posiada. Kwoty wydają się niewielkie, zwłaszcza w kontekście przewidywanych zysków, więc ofiara przelewa je na konto biednego nigeryjskiego uchodźcy… Który, starając się uwiarygodnić całą historię, przesyła pocztą elektroniczną spreparowane kopie potwierdzeń przelewów, certyfikaty itp. Aż do momentu, kiedy ofiara orientuje się w końcu, że jest oszukiwana, i płacić przestaje. I choć nie straciła dużo, oszust obławia się nieźle, ponieważ stosuje klasyczną dla oszustw internetowych metodę – idzie na ilość. Mejle, które rozsyła, trafiają do setek tysięcy skrzynek pocztowych. Nawet, jeżeli grę podejmie jeden procent adresatów, ukradziona kwota będzie pokaźna.

Ilość podjętych prób wyłudzenia jest ważna również w innych, bardzo popularnych oszustwach internetowych – podszywaniu się pod bank. Oszuści przygotowują stronę internetową, łudząco podobną do strony jakiegoś popularnego w danym kraju banku. Jest na niej informacja, że następuje właśnie przebudowa bankowego systemu zabezpieczeń, w związku z czym bank zwraca się z prośba do użytkownika, żeby na nowo wpisał swoje dane osobowe, numer konta i hasło. Następnie link do takiej fałszywej strony, powiedzmy, PKO BP, wysyłają na wykradzione z różnych baz danych adresy. Oczywiście większa część adresatów w ogóle nie ma konta w tym banku, więc odpada od razu. Z tych, którzy są klientami PKO BP, spora część szybko się zorientuje, że strona jest jakaś lewa, i wyrzuca mejla z linkiem do kosza. Spośród tych, którzy nie wyrzucą, część z ostrożności nie odpowie. Ale zawsze jakiś niewielki procent posłusznie wypełni wymagane pola i odeśle informacje, po minucie zapominając, że taki incydent w ogóle miał miejsce. Przypomni mu o tym dopiero wyciąg ze splądrowanego konta.

Reasumując, nic takiego jak bezpieczeństwo w sieci nie istnieje. Warto o tym pamiętać, korzystając z poczty elektronicznej, kont internetowych, Facebooka czy Naszej Klasy. Złodziej lubi tłok, wtedy może liczyć na anonimowość. W internecie o anonimowość nietrudno. Można sobie spokojnie stanąć z boku, poobserwować, a potem jednym sprawnym ruchem wyciągnąć z kieszeni delikwenta wirtualny portfel. A jeśli w dodatku takich portfeli są tysiące, to czy można się dziwić, że liczba przestępstw popełnianych w internecie każdego tygodnia wzrasta o cztery i pół procent?

Pozdrawiam serdecznie i z lekką obawą spróbuję teraz wysłać ten tekst mejlem.

Mam nadzieję, że nikt mi go po drodze nie gwizdnie.

Katarzyna

 

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl 

Kryminalny alfabet gacka