Prezentujemy kolejny felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka, autorstwa Katarzyny Gacek. Dziś litera J.
Pierwszy raz to pytanie zadałam sobie, a przy okazji Agnieszce Szczepańskiej, cztery lata temu, kiedy usiadłyśmy do Zabójczego spadku uczuć. Spotkały się bowiem dwie wybitne specjalistki – Agnieszka, z wykształcenia prawnik, pracująca przez wiele lat jako urzędniczka, i ja – z wykształcenia psycholog, od piętnastu lat zajmująca się domem i dziećmi, które o pisaniu powieści kryminalnych, a mówiąc wprost – o pisaniu w ogóle pojęcie miały raczej mgliste. Jedyna wiedza, jaką dysponowałyśmy, była wiedzą intuicyjną, biorącą się stąd, że obie zawsze lubiłyśmy kryminały czytać. Generalna zasada, że w pierwszym rozdziale powinny się pojawić zwłoki, a w ostatnim - ujawniony ich sprawca, wydawała się oczywista. A nawet, jak dla nas, zbyt oczywista, dlatego postanowiłyśmy przełamać schemat i umieścić trupa na stronie 261, natomiast tożsamość czarnego charakteru ujawnić mniej więcej pięćdziesiąt stron wcześniej. Ten karkołomny eksperyment udał się nam tylko dlatego, że nadałyśmy Zabójczemu… ton lekki i niezobowiązujący, a od ciągłego puszczania oczka do czytelników rozbolały nas w pewnym momencie powieki. Ale książka została zaklasyfikowana do gatunku „kryminał”, okrzyknięto nas, ku naszemu przerażeniu zresztą, następczyniami Chmielewskiej i wepchnięto na tory, z których do dzisiaj nie udało nam się zjechać. Może dlatego, że specjalnie nie próbowałyśmy. Zielony trabant i Dogrywka są wynikiem już świadomie podjętej decyzji włączenia się w nurt literatury kryminalnej i płynięcia z jej wartkim prądem, pełnym niebezpiecznych wirów krytyki i mielizn wymagań czytelników (na szczęście we dwie mamy większą wyporność, co znakomicie ułatwia utrzymywanie się na powierzchni).
Jedną z konsekwencji bycia „autorem kryminałów” jest ciągła konieczność wypowiadania się na ten temat. Wypowiadania się fachowo, ze znajomością rzeczy, i to za pośrednictwem różnych środków przekazu. Po kilku dramatycznych momentach, kiedy w audycjach na żywo musiałam opowiadać o warsztacie pisarskim z absolutnym wewnętrzny przekonaniem, że takowego nie posiadam, postanowiłam się choć trochę teoretycznie dokształcić. Jako osoba nierozerwalnie związana z laptopem, weszłam więc sobie do pierwszej lepszej internetowej księgarni…
Tak na marginesie, nie miałam wcześniej pojęcia, jak szeroka jest oferta tak zwanej „literatury poradnikowej”. Wrzuciłam w wyszukiwarce księgarni internetowej słowo „jak”, i ilość wyskakujących pozycji przyprawiła mnie o zawrót głowy. Uświadomiłam też sobie, o ileż lepsze mogłoby być moje życie, gdybym zainwestowała w kilka pozycji, na przykład: „Jak dobrze wyglądać po czterdziestce”, „Jak mówić dziecku nie”, „Jak narysować księżniczkę”, „Jak wiązać szale i apaszki”, „Jak chodzić na obcasach”, a przede wszystkim: „Jak kontrolować swoje finanse”. Kusząco brzmiało też kilka innych tytułów, niestety ich lektura pociągałaby za sobą dalsze wydatki. „Jak fotografować aparatem cyfrowym” niechybnie zobligowałoby mnie do kupna cyfrówki, „Jak rozmawiać z koniem” – do kupna konia, „Jak przygotować sushi” do zainwestowania w odpowiednie ingrediencje, a nabycie poradnika „Jak być piękną” z pewnością by mnie zrujnowało. W kontekście przewidywanych nakładów finansowych dużo bardziej zachęcająco brzmiały tytuły: „Jak się nie ubierać”, „Jak robić przekręty” oraz „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało”.
Ja jednak, zamiast ulepszać swoje życie, postanowiłam ulepszyć warsztat literacki i zamówiłam książeczkę: Jak napisać powieść kryminalną autorstwa Lesley Grant-Adamson.
Kiedy po kilku dniach dostałam ją wreszcie do rąk, poczułam, że oto mam przed sobą dzieło, które w istotny sposób zmieni moje podejście do pisarstwa. Mój entuzjazm już na wstępie ostudziło motto pierwszego rozdziału: „Przy pisaniu powieści obowiązują trzy zasady. Niestety, nikt nie wie jakie” (Somerset Maugham). I po uważnym przeczytaniu następnych stu osiemdziesięciu stron mogę się pod tym twierdzeniem z absolutnym przekonaniem podpisać. Mimo to nie uważam wydanych dwudziestu siedmiu złotych (wraz z przesyłką) za stracone, ponieważ na stronie czterdziestej piątej znalazłam zbiór zasad, sformułowanych na użytek autorów powieści detektywistycznych przez Ronalda Knoksa w 1929 roku:
1. Przestępca musi być postacią wspomnianą na początku, nie może być jednak kimś, kogo myśli czytelnik mógłby śledzić.
2. Wszelkie działania sił nadprzyrodzonych muszą zostać automatycznie wykluczone.
3. Dopuszczalny jest najwyżej jeden sekretny pokój lub sekretne przejście.
4. Nie wolno używać nie znanych do tej pory trucizn ani żądnych urządzeń, które wymagałyby długiego opisu i wyjaśnień na końcu opowieści.
5. W powieści nie może występować żaden Chińczyk.
6. Detektywowi nie może pomagać przypadek. Nie wolno mu też posługiwać się szczególnie przenikliwą, wszystkowiedzącą intuicją, która na końcu okazuje się słuszna.
7. Detektyw nie może być przestępcą.
8. Detektyw nie może posługiwać się jakimikolwiek wskazówkami, które w tym samym momencie nie są przekazywane czytelnikowi.
9. Głupi przyjaciel detektywa, rodzaj doktora Watsona, nie może ukrywać niczego, co przychodzi mu do głowy; jego inteligencja musi być nieznacznie, bardzo nieznacznie poniżej inteligencji przeciętnego czytelnika.
10. Bliźniacy i sobowtóry nie powinni się pojawiać, chyba że jesteśmy na to należycie przygotowani.
Pomyśleć, że osiemdziesiąt lat temu ktoś wymyślił reguły, do których my dzisiaj z Agnieszką, zupełnie niechcący, ściśle się stosujemy… Zwłaszcza starając się przestrzegać punktu piątego.
Pozdrawiam
Katarzyna
Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl