Prezentujemy kolejny felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka, autorstwa Katarzyny Gacek. Przyszła kolej na literę K. (A już w najbliższy czwartek Gacek i Szczepańska w Bibliotece Oliwskiej).
Właśnie minęły święta, które przyniosły mi kilka miłych kryminalnych akcentów w postaci sześciu książek Cobena, Warszawy kryminalnej, na którą od dawna miałam chrapkę, Oględzin zwłok oraz Modus operandi sprawców zabójstw. Przyniosły również szczeniaka rasy Briard, co skutecznie zniweczyło możliwość błogiego pogrążenia się w lekturze. Zrozumie to każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia ze szczeniakiem. Obojętnie jakiej rasy. A ponieważ ja mam również do czynienia z trójką dzieci, dwoma kotami i małym białym terierem o przerośniętym ego, książki odłożyłam na razie na półkę. Na szczęście nie sądzę, żeby się przeterminowały.
Święta przyniosły mi również refleksję, zapewne mało odkrywczą, że czasy się zmieniają…
Nie chodzi mi nawet o to, że Wigilia inaczej wygląda z perspektywy dziecka, a inaczej rodzica, który musi nie tylko zarobić na prezenty, ale również - ugotować, upiec i posprzątać, co w pewnym momencie zaczyna przekraczać jego możliwości fizyczne. Myślę raczej o różnicy w ilości bodźców.
O centrach handlowych wystrojonych od połowy listopada i kuszących obezwładniającym bogactwem ofert.
O lodówkach, uginających się na co dzień pod ciężarem delikatesów, które kiedyś były dostępne tylko w święta, więc smakowały niepowtarzalnie.
No i o telewizji.
Część z Państwa, choć już niestety coraz mniej liczna, pamięta na pewno kolejki, jakie ustawiały się przed kioskami Ruchu po gazetę ze świątecznym programem. Ponieważ oprócz szynki, owoców cytrusowych i rodzynek największą atrakcją świąt dla dziewięćdziesięciu procent społeczeństwa (i to się chyba akurat nie zmieniło) była możliwość błogiego lenistwa przed telewizorem. A w tym telewizorze z okazji Bożego Narodzenia leciały, uwaga!, zagraniczne filmy! Co trzydzieści lat temu nie było bynajmniej oczywiste.
Teraz szybkie wyjaśnienie dla tej części, która nie pamięta – w zamierzchłych czasach coś takiego jak Cyfra Plus nie istniało. Nie istniały również Telewizja N, Cyfrowy Polsat ani nawet - choć może trudno w to uwierzyć - TVN. Widz miał do wyboru raptem dwa programy telewizji publicznej, których tematyka była adekwatna do nazwy. Na antenie dominowały publicystyka oraz rodzima rozrywka na niezbyt wysokim poziomie. Dlatego właściwie każdy film, a już z pewnością film „zachodni”, smakował wspaniale. Nawet jeżeli do arcydzieła było mu daleko.
A kiedy święta mijały i powracała zwykła szara rzeczywistość, widzowi pozostawały już tylko seriale.
Kilka dni temu na Facebooku jedna z moich znajomych sprowokowała wspomnienia, pytając, jakiej rasy był pies porucznika Columbo. Mam wybiórczą pamięć i wiele rzeczy ulatuje z niej bezpowrotnie, jednak akurat tego psa, basseta, pamiętam świetnie, może dlatego, że pasował do gapowatego porucznika jak ulał. Niezorientowanym wyjaśniam, że basset wygląda jak owoc mezaliansu krowy z jamnikiem. Po jamniku dziedziczy zawieszenie, po krowie – oczy, łaty oraz osobowość, i jak się można po tej charakterystyce domyśleć, na posiadanie psa tej rasy nie trzeba mieć pozwolenia. W przeciwieństwie do dobermanów, które w jednym z odcinków zostały wytresowane, by zabijać na hasło Rosebud…
Przepraszam, zagadałam się, a to dlatego, że klimaty kynologiczne są mi ostatnio wyjątkowo bliskie... Wczoraj na przykład zeżarły mi zasilacz do laptopa…
Uwielbiałam ten serial. A przede wszystkim – uwielbiałam porucznika Columbo. Grający tę rolę Peter Falk, ubrany w nieśmiertelny, wytarty prochowiec, w którym wyglądał jak ostatnia sirota, sprawiał wrażenie nieszkodliwego matołka. W związku z tym żaden przestępca nigdy nie brał go na poważnie, aż do momentu, w którym porucznik z przepraszającym uśmiechem zakładał mu na ręce kajdanki.
Wtedy oczywiście nie zastanawiałam się nad formułą serialu, dziś widzę, jak trudne zadanie narzucili sobie scenarzyści. Ponieważ schemat wyglądał tak: na początku każdego odcinka pokazywano mordercę, jego przygotowania do zbrodni oraz sam moment jej popełnienia. Potem do akcji wkraczał Columbo i widz czekał już tylko na to, w jaki sposób, na jakiej podstawie zdemaskuje mordercę. Klasyczną zagadkę kryminalną „kto zabił” zastąpiło skrupulatne dociekanie, w którym miejscu zbrodniarz popełnił błąd.
Ułożenie takiej, trzymającej w napięciu historii, nie jest łatwe.
W ogóle napisanie odcinka serialu kryminalnego łatwe nie jest.
Czego miałam okazję doświadczyć na własnej skórze.`
W zeszłym roku miałyśmy z Agnieszką przyjemność pracować przy polsatowskim serialu „Przeznaczenie”. Zaproszono nas do tego projektu jako „pisarki kryminalne”, czyli osoby, które wymyślaniem kryminalnych zagadek parają się zawodowo. Przystąpiłyśmy do pracy bez większych obaw, tym bardziej, że akurat ten schemat serialu wydawał się dla scenarzystów łaskawy. Po pierwsze przyjęto klasyczną zasadę – jeden odcinek, jedna historia, po drugie – w ściganiu przestępców miała pomagać policji wróżka. Przyznaję, bardzo nam się ten pomysł spodobał. Każdą kryminalną historię trzeba tkać delikatnie i starannie, uważając, żeby się nam materia gdzieś nie rozeszła, a tu proszę, dostałyśmy plaster uniwersalny w postaci wróżki. Myślałyśmy, jednak trochę naiwnie, że będziemy ją sobie wykorzystywać jako GPS, wykrywacz kłamstw i profilera w jednym, co nam pozwoli sprytnie załatać logiczne luki.
Z takim przekonaniem usiadłyśmy do pisania pierwszego odcinka…
Od razu wyjaśniam: napociłyśmy się potężnie. Okazało się, że ułożenie historii kryminalnej, która będzie krótka, spójna, ciekawa, a do tego atrakcyjna wizualnie to spore wyzwanie. Z myślenia rozdziałami musiałyśmy się przestawić na myślenie scenami, z luźnych rozmów książkowych – na krótkie, dynamiczne dialogi. Na czterdziestu czterech stronach (jedna strona scenariusza odpowiada mniej więcej minucie filmu) musiałyśmy zawrzeć akcję, którą w książce opisywałybyśmy na sześćdziesięciu. A gdyby nam przyszła fantazja, z sześćdziesięciu mogłoby się spokojnie zrobić stron sto.
Ale nie w scenariuszu. Czterdzieści i cztery, koniec, kropka.
Na szczęście wizja zobaczenia na ekranie tego, co wymyślimy, dodała nam skrzydeł.
W pierwszym odcinku zamordowałyśmy z zazdrości.
W drugim – z chciwości.
W trzecim pozwoliłyśmy poszaleć seryjnemu mordercy.
W czwartym odbezpieczyłyśmy granat.
Jedne zwłoki ukryłyśmy w monumentalnej rzeźbie, inne porzuciłyśmy nad Wisłą, jeszcze inne upchnęłyśmy hurtem w starej studni. Z równą wprawą posługiwałyśmy się strzykawką ze śmiertelną trucizną, co siekierą. Nasi bohaterowie malowali obrazy, jeździli motocyklami, brali zakładników oraz umieszczali odcięte dłonie ofiar w słoikach z formaliną. Rzucali się też z okna i latali samolotami, co akurat okazało się pomysłem nietrafionym. Przynajmniej z punktu widzenia kierownika produkcji.
- Słuchajcie, czy on naprawdę musi do tego Paryża lecieć? – zapytał po lekturze jednego ze scenariuszy. – Nie mógłby jechać pociągiem? Z Centralnego?
Istotnie, pierwsza scena odcinka rozgrywała się na lotnisku. Bohater czekał tam na swoją dziewczynę, którą chciał zabrać do Paryża, żeby się jej w romantycznej scenerii oświadczyć. Pomysł, żeby udali się tam pociągiem nawet ja, przy mojej zerowej asertywności, musiałam oprotestować.
- Oni tam jadą na weekend, żeby się zaręczyć – tłumaczę. - Naprawdę sądzisz, że tłukliby się w tym celu PKP?
- Nie, nie sądzę – odpowiedział spokojnie kierownik. – Ale czy ty wiesz, ile kosztuje dzień zdjęciowy na Okęciu?
Później przekonałyśmy się, że problem Okęcia to był pikuś.
Palm Pikuś.
Ale o tym dopiero przy literce W. Jak winda.
Pozdrawiam noworocznie.
Katarzyna
Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl