Kryminalny alfabet gacka - L jak lektura obowiązkowa

01.04.2011

Po nieco dłuższej przerwie mamy przyjemność zaprezentować naszym czytelnikom kolejny przezabawny felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka.

Czytelnictwo w Polsce spada na łeb, na szyję. W badaniach przeprowadzonych przez TNS OBOP tylko 38 procent Polaków przyznało, że w ciągu minionego roku miało w rękach książkę. I choć liczba ta wydaje się niewiarygodnie niska, w jakimś sensie mnie jednak pociesza, tłumacząc rozkład sił w mojej rodzinie. Wcześniej cierpiałam w cichości ducha, obserwując wstręt, z jakim dzieci osoby bądź co bądź zarabiającej pisaniem odnoszą się do słowa drukowanego. Teraz rozumiem, że nie mają innego wyjścia. Statystyki są nieubłagane. Według nich w czteroosobowej rodzinie (ja plus troje dzieci) czytać może najwyżej 1,6 osoby. I dokładnie tak jest. Oprócz mnie do książek kijem nie trzeba zaganiać tylko średniego dziecka. Jednak ma ono tyle innych, ciekawszych zainteresowań, że na czytanie po prostu nie starcza mu czasu. Myślę, że w tym kontekście sześć dziesiątych w pełni oddaje jego wydajność.

Reszta rodziny książek unika. Dziecko najmłodsze jest usprawiedliwione, bo uczęszcza na razie do zerówki i z literkami radzi sobie średnio, natomiast dziecko najstarsze… no cóż… Język polski nie jest jego powołaniem, to pewne. W klasie pierwszej liceum synek był zagrożony z tego przedmiotu na koniec roku i tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się uniknąć poprawki. Nieważne, że miał w zanadrzu inne atuty w postaci bardzo dobrych ocen z przedmiotów ścisłych. Moje matczyne serce krwawiło. Moje serce pisarki krwawiło w dwójnasób. Pod wpływem emocji zażądałam, by dziecko przez wakacje przeczytało lektury do drugiej klasy. Syneczek się wypiął, twierdząc, że nie ma listy lektur. No ale co to za argument w dwudziestym pierwszym wieku? Kazałam mu natychmiast usiąść do komputera i napisać maila do pani od polskiego z prośbą o odpowiedni wykaz. Następnego dnia przyszła odpowiedź zaczynająca się od słów: „Drogi Michałku! Po pierwsze: »lektury« piszemy przez u zwykłe...”.

Oczywiście, nie była to moja pierwsza próba zmobilizowania syna do czytania. Może tylko – najbardziej desperacka. Wcześniej po wielokroć podsuwałam mu pod nos książki, które w moim mniemaniu mogłyby go zainteresować. Czerpiąc z własnych wspomnień i regału w sypialni, przygotowałam zestaw, w którego skład wchodziły, siłą rzeczy i mojego zawodu, również kryminały. Niestety, synek bronił się zaciekle.

Psa Baskerville'ów, w którym groza snuje się złowieszczo po bagnach i wrzosowiskach - idealna stylistyka dla nastolatka - nawet nie wziął do ręki.

Róże pani Cherrington, które podrzuciłam mu cichcem na biurko, pożyczyła sobie jego ówczesna dziewczyna i się nimi zachwyciła, co automatycznie przekreśliło książkę w oczach Michała. A szkoda, bo wiele elementów tej historii wręcz idealnie pasuje do naszej domowej rzeczywistości. Występuje tam bowiem rodzina składająca się z matki – pisarki kryminałów, osoby totalnie roztrzepanej i niezaradnej życiowo, oraz trójki jej rezolutnych i przebojowych dzieci. I to właśnie dzieci rozwiązują zagadkę dokonanego w sąsiedztwie morderstwa, jednocześnie opiekując się matką i popychając ją delikatnie w ramiona przystojnego policjanta.

Udało mu się również obronić przed Agathą Christie, i nad tym boleję najbardziej. Wychowałam się na jej książkach. Uwielbiam je. Co jakiś czas zaczynam za nimi tęsknić. A w końcu, kiedy tęsknota staje się nie do zniesienia, sięgam po jeden z kilkudziesięciu tomów, zajmujących dwie najwyższe półki regału. Morderstwo w Orient Ekspresie, Pięć małych świnek, A.B.C., Śmierć na Nilu, Kieszeń pełna żyta… Trudny wybór. Ale nie dla Michała, który po prostu odmówił wszystkich, jak leci.

Odmówił również Joe Alexa, Chandlera, Chestertona i Chmielewskiej, kiedy wreszcie do mnie dotarło, że moje najstarsze dziecko zainteresowania literaturą kryminalną nie wyssało z mlekiem matki. No ale może dlatego, że siedemnaście lat temu stężenie tego pierwiastka w moim organizmie nie było jeszcze na wystarczającym poziomie?

Za to boję się, że gdyby to stężenie zmierzyć teraz, przekroczyłby wszelkie dopuszczalne normy. W myśl bardzo prostej zasady, że z pustego nie nalejesz, obkładam się nie tylko kryminałami sensu stricte, ale próbuję też liznąć nieco tak zwanej wiedzy fachowej. I tak na mojej szafce nocnej, obok Pana Kuleczki, na którego lekturę przychodzi do mnie do łóżka najmłodsze dziecko, leży kilka książek, do których zaglądam nie tylko z ciekawości, ale też – z poczucia zawodowego obowiązku. Prezentami od Mikołaja już się chwaliłam: to Modus operandi sprawców zabójstw – bardzo ciekawe opracowanie, które jednak do poduszki czyta się średnio nie przez swój podręcznikowy charakter, ale – ciężki kaliber omawianych tematów. Jeszcze gorzej jest z książką Oględziny zwłok i miejsca ich znalezienia, chociaż przynajmniej zdjęcia staram się omijać.

Ostatnio Mikołaj dorzucił mi w poświątecznej promocji Profil mordercy. Tę książkę dla odmiany czyta się świetnie, jak najlepszy, najbardziej wciągający kryminał. To rodzaj autobiografii jednego z najbardziej znanych na świecie profilerów, czyli osób zajmujących się tworzeniem psychologicznych profili przestępców. Autor, Paul Britton, poza krótkim opisem swojej drogi zawodowej, skupił się na poszczególnych sprawach, w jakich brał udział, pokazując sposób działania profilera i policji. Ciężki kaliber. Po przeczytaniu pierwszych pięćdziesięciu stron, idąc z psem na spacer drogą wzdłuż lasu, pierwszy raz w życiu poczułam się nieswojo, a gdzieś koło połowy książki przestałam w ogóle wychodzić z domu po zmroku, co trochę utrudnia funkcjonowanie. Na szczęście niedługo zmiana czasu…

Jakiś czas temu na półce w księgarni zauważyłam dziwnie znajomą twarz kobiety, wpatrującą się w przestrzeń z lekkim rozmarzeniem w oczach. Okazało się, że to okładka apetycznie grubych Sekretnych zapisków Agaty Christie. Wróciłam więc do domu lżejsza o czterdzieści pięć złotych, za to bogatsza o prawie pięćset stron szczegółowej analizy roboczych notatek królowej kryminału. Zeszyty pełne zapisków, szkiców, planów, koncepcji, rozmaitych wariantów rozwiązań odkryto kilka lat temu w jej rodzinnym domu. Na ich podstawie można prześledzić fascynujące procesy, jakie zachodziły w głowie pisarki podczas tworzenia kolejnych książek, a napisała ich, lekko licząc, około stu. Tej pozycji nie da się czytać szybko – mnóstwo tam nazwisk, odwołań do twórczości, fachowej analizy przesłanek – ale daje ogromną frajdę obcowania z osobą wybitną i przyglądania się zza jej ramienia, jak z pozornie niepasujących do siebie elementów powstaje zaskakująco kunsztowna budowla. Przy okazji obudziła się we mnie naiwna nadzieja, że lektura Sekretnych zapisków pomoże mi wdrapać się na wyższy poziom intelektualny i pisać kryminały lepsze, bardziej błyskotliwe i zaskakujące niż do tej pory. Dlatego dopóki życie i czytelnicy tej nadziei nie zweryfikują, przyjmuję opcję, że te czterdzieści pięć złotych to nie było szastanie pieniędzmi, ale ich inwestowanie.

Oprócz wszystkich wymienionych wyżej książek, po które sięgam wymiennie, na mojej nocnej szafce do niedawna występował jeszcze ostatni numer dwumiesięcznika „Śledczy”. „Urodzeni, żeby gwałcić i zabijać”, „Zwyczaje mafii”, „Gry sądowe”, to tylko niektóre z tytułów. Wrzucam je na wabia dla tych, którzy pisma jeszcze w ręku nie mieli. Rzetelne, mocne dziennikarstwo śledcze skoncentrowane na kilkudziesięciu stronach to gratka dla każdego, kto się tematyką kryminalną choć trochę interesuje, a dla kogoś, kto się nią para zawodowo – bezcenne źródło informacji. Oraz inspiracji, bo nie ukrywam, że część z historii, o których przeczytałam w „Śledczym”, gdzieś, w jakiejś formie literackiej na pewno powróci. A konkretnie powrócą historie z poprzednich numerów, bo ten z nocnej szafki kilka dni temu zeżarł mój pies. Od tamtej pory na spacerach porusza się wyłącznie z nosem przy ziemi, u sąsiadów w ogródku przeprowadził przeszukanie, a w jego posłaniu znalazłam gnata. Jak to dobrze, że „Oględziny zwłok” nie leżały na wierzchu…

Katarzyna

 

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl