Kryminalny alfabet gacka - Ł jak łapaj złodzieja

09.06.2011

Przed nami kolejny felieton z cyklu Kryminalny alfabet gacka. Dobrego humoru nigdy za wiele!

Przejrzałam ostatnio kilka literek wstecz i zauważyłam z pewnym zdziwieniem, że pisząc je, próbuję, mniej lub bardziej udolnie, obracać się w tematyce literatury kryminalnej. Na której, trzeba to wreszcie wyjaśnić, się nie znam. Za to na szczęście znają się inni, i to do tego stopnia, że piszą na ten temat artykuły. Ciekawe. I właśnie w jednym z nich znalazłam tezę: „Kryminalna fikcja przegrywa z kryminalną rzeczywistością”, co mi uświadomiło, że moja rzeczywistość, choć naprawdę staram się jak mogę, kryminalną nie jest zupełnie.

Miałam wczoraj gościa z Poznania.

Gość pojawił się u nas w późnych godzinach nocnych. Został przez psy obronne najpierw obszczekany, potem wylizany, o mało nie przewrócił się na schodach o kota, a następnie o kilka porzuconych przez psy i dzieci zabawek, a jednak w całym tym zamieszaniu zwrócił uwagę na pewien oryginalny element wystroju naszego zewnętrza. Co to?, spytał, a właściwie spytała, ponieważ gość był kobietą, a na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie pomieszane z obawą. Mój wzrok powędrował za jej wzrokiem… A, to, machnęłam ręką…

Dom, w którym mieszkamy, lata świetności ma już dawno za sobą, czyli, mówiąc wprost, się sypie. Odpadają kafelki w łazience, poręcz przy wejściu ledwo stoi, a ostatnio popsuł się zamek w drzwiach garażowych, i to na tyle skutecznie, że nie tylko nie da się ich zamknąć na klucz, ale nawet na klamkę. Garaż otwarty na oścież to nawet jak dla nas przesada, więc moje dzieci wymyśliły system zaskakujący w swojej prostocie – do zamykania używają szpadla. I zapewne nikogo by to nie dziwiło, gdyby drzwi otwierały się do wewnątrz. Szpadel znajdowałby się wtedy inside i spełniałby świetnie swoją rolę, to znaczy zabezpieczał drzwi nie tylko przed otwarciem samoczynnym, ale również przed wtargnięciem do środka osób niepowołanych. Niestety, nasze drzwi garażowe otwierają się NA ZEWNĄTRZ. W tej sytuacji chyba jasne, z której ich strony znajduje się szpadel.

I właśnie na ten szpadel, całkiem porządny, zielony, patrzył nieufnie nasz gość.

Szybko wyjaśniłam konieczność takiego rozwiązania, jednak gość nie poczuł się usatysfakcjonowany i zadał pytanie kolejne, uściślające: Ale drzwi między domem a garażem mają dobry zamek?

W ten sposób wkroczyliśmy niechcący na bardzo śliski grunt, ponieważ drzwi między domem a garażem zamka nie mają wcale. A mimo to i ja, i moje dzieci przesypiamy noce w poczuciu bezpieczeństwa, i nie wiąże się ono bynajmniej z faktem posiadania dwóch psów, z których jeden gabarytami naprawdę budzi respekt. To raczej życie nauczyło nas, że złodzieje idiotami nie są. Bo ryzyko kradzieży musi się opłacać, a jeden rzut oka na nasze obejście wystarczy, żeby nawet najbardziej zdesperowany bandyta machnął ręką i poszedł dalej.

No tak, zdecydowanie nie wyglądamy na zamożnych, powiem więcej – zamożni naprawdę nie jesteśmy, a nad tymi nielicznymi dobrami, które posiadamy, nie trzęsiemy się przesadnie. I być może to jest jakiś klucz do sukcesu, nie wiem. Ale już wiele razy doświadczyliśmy na własnej skórze, że pewna nonszalancja w podejściu do mienia przynosi zaskakująco pozytywne rezultaty.

Pomimo posiadania garażu, samochód parkuję na ulicy. Z różnych względów, między innymi dlatego, że wjeżdżanie w drzwi garażowe szersze od mojego auta o jakieś dziesięć centymetrów to według mnie sport ekstremalny, a ja za takimi nie przepadam. Tak więc sienka stała sobie grzecznie między jarzębiną a dębem i nigdy mi jakoś nie przyszło do głowy, żeby ją na noc zamykać.

Dodatkowo kilka razy zdarzyło mi się zostawić na noc otwarte na oścież okienka, i to te od strony ulicy, ale na tę prowokację również żaden złodziej się nie skusił. Za każdym razem ze zdziwieniem stwierdzałam, że nic nie zginęło: ani samo auto, ani parasol leżący na tylnej szybie, ani pojedynczy bucik najmłodszego dziecka, ani jego skarpetki, ani czapeczka, ani hulajnoga z bagażnika, nawet moja karta bankomatowa, leżąca na honorowym miejscu obok lewarka zmiany biegów, jakoś się ostała. Jakie to nasze społeczeństwo jednak uczciwe… Inna sprawa, że zostawianie otwartych okienek w deszczową noc ma konsekwencje, które się potem długo ciągną, w tej sytuacji niezastąpione są wielkie niebieskie torby z Ikei, polecam…

Ale tak naprawdę chciałam wam opowiedzieć o sytuacji, która naprawdę mogła się skończyć utratą samochodu.

Pewnego dnia wieczorem poprosiłam mojego najstarszego, podówczas siedemnastoletniego syna, o wyjęcie z bagażnika auta przywiezionej z magla pościeli. Michał jęknął, kwęknął, wziął kluczyki, i z pewnym trudem przytaszczył dwie wielkie, wymaglowane paki do domu. Rano następnego dnia jak zwykle odwoziłam dzieci do szkoły, i jak zwykle potrzebowałam do tego celu kluczyków do auta. Przeszukałam jeden stół, drugi stół, jedną szufladę, drugą szufladę, torebkę, plecak i niezliczoną ilość kieszeni, kluczyków ani śladu. Wtedy mi się przypomniało, że przecież wieczorem brał je Michał, więc na pewno tak zadziałał, że nie znajdziemy ich przez miesiąc, bo to jeden z podstawowych talentów mojego syna: gubienie rzeczy. Z westchnieniem otworzyłam kolejną szufladę i wyjęłam z niej kluczyki zapasowe. Jak to dobrze, pomyślałam, że to jedna z niewielu rzeczy w naszym domu, która jest zawsze na swoim miejscu…

Odwiozłam dzieci i prosto ze szkoły udałam się, oczywiście autem, do Pruszkowa. To miasto nie tylko wielbicielom tematyki kryminalnej kojarzy się jednoznacznie i bardzo możliwe, że istotnie zagęszczenie gangsterów na metr kwadratowy jest tu dużo wyższe niż norma krajowa przewiduje, ale na co dzień nikt się na ulicy nie strzela ani nic takiego, naprawdę. Są za to różne zakłady usługowe, sklepy oraz instytucje użyteczności publicznej, z których czasami mieszkaniec powiatu musi mieć do czynienia. Zaparkowałam więc sienkę i pobiegłam załatwiać, kupować i się badać, co mi zajęło ponad godzinę. Wróciłam, wrzuciłam zakupy na tylne siedzenie i ruszyłam z powrotem do naszej wsi.

Ostatnim etapem podróży była wizyta w piekarni w Otrębusach. Kupiłam chleb Baltazar, ciasto drożdżowe i kawałek sernika na zimno dla dzieci, zapłaciłam i wyszłam przed sklep. Wzrok mój padł na miejsce parkingowe, na którym zostawiłam sienkę…

Nie, sienka nie zniknęła. Stała sobie spokojnie do mnie tyłem, a w zamku od bagażnika dyndały kluczyki, wyraźnie odcinając się od czerwonego lakieru auta.

Powoli, bardzo powoli przeniosłam wzrok w dół, na moją prawą dłoń, która ściskała kurczowo drugi komplet kluczyków. W tym momencie dotarło do mnie, że kluczyki w zamku bagażnika siedzą tam od poprzedniego wieczoru, czyli od momentu, kiedy Michał wziął je, żeby wyjąć magiel… Co oznaczało, że sienka stała tak przez całą noc na ulicy, a potem przez godzinę w samym centrum mafijnego miasta…

Jak widać, złodzieje i inne postacie o życiorysie przestępczym omijają mnie i mój dobytek szerokim łukiem.

Chyba będę musiała wywiesić na płocie tabliczkę „obiekt chroniony, Solid Security”. Dwa dni i będziemy mieli włamanie.

Czego jednak ani sobie, ani Państwu nie życzę.

K.

 

Katarzyna Gacek - z wykształcenia psycholog, pracy w zawodzie nie podjęła. Za to wyszła za mąż i nauczyła się gotować rosół, choć zup nie znosi. W następnej kolejności zajęła się hodowlą trójki dzieci, praniem, redagowaniem książek, sprzątaniem, zmywaniem, pisaniem felietonów i zapuszczaniem ogródka. Jak podkreśla, ta ostatnia czynność wychodzi jej fenomenalnie. Jest bardzo towarzyska, uwielbia gości. Kiedy przed dwoma laty zaprosiła przyjaciółkę na kawę, ta tak się zasiedziała, że napisały razem książkę, a konkretnie – bestseller. Z populacji wyróżnia się wzrostem, krótkowzrocznością i punktualnością wręcz obsesyjną. Lubi jazdę na rowerze, zwierzęta, czekoladę, Stinga i „Fandango”. Nie wyobraża sobie mieszkania w mieście. Stała felietonistka serwisu ZwB.

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl