MFK 2011, dzień 3: Czy retro, czy w mieście, najważniejsze, że kryminał

24.11.2011

Czwartek, trzeci dzień Międzynarodowego Festiwalu Kryminału 2011. Oto relacja naszej wysłanniczki Marty Matyszczak.

Dobre kryminału początki

MFK 2011, dzień 1: Kryminalne tortury, naukowcy od trupów i smakołyki Makłowicza

MFK 2011, dzień 2: Niezwykli mordercy, dziennikarz detektywem oraz blondynki w akcji

Na warsztatach było dzisiaj szatańsko i w klimacie retro. Poznaliśmy opowiadanie Piotra Bolca Człowiek z przedziału nr 25 i zatopiliśmy się w atmosferze wielokulturowego Breslau, gdzie cadyk rozwiązuje zagadkę kryminalną w środowisku żydowskim. A Wojtek Kulawski i jego Zabójczy azyl wziął nas pod klucz zamkniętego pokoju, a raczej tzw. panic roomu, czyli specjalnego schronu w piwnicy, w którym zostali zabici odprawiający satanistyczne rytuały bogacze. Tylko nie wiadomo, jakim cudem, gdyż schron ów zamknięty był na dziesięć spustów i nikt z zewnątrz nie miał szans tam wejść.

Wydostawszy się z żalem z literackiej pułapki godnej Agathy Christie, przenieśliśmy się w świat nauki, gdzie dr Tomasz Kunz przekonywał nas, że Gombrowicz był autorem fabuł kryminalnych, w których słały się często i gęsto trupy, zwane zezwłokami.


Tuż potem z nieco makabrycznym hasłem „Przeszczep tkanki historycznej” wystąpił Marcin Wroński, twórca między innymi lubelskich kryminałów retro z komisarzem Maciejewskim w roli głównej. Wroński bez wahania przyznał, iż jest neokanibalem, który żyje kosztem cudzej wiedzy. Względnie zwać go można także pasożytem na skrupulatnie zbierających dane o przeszłości historykach. Jednak, żeby nie było, że pasożyt jest z gruntu zły, może się on poszczycić wkładem własnym w postaci przetwarzania wiedzy historyka na kryminał retro. Nasz gość raczył także porównać swą skromną osobę do Gucciego. Tak jak Gucci nie jest wynalazcą torebki, a on – Marcin Wroński – nie jest wynalazcą kryminału, tak Gucci torebce, a Wroński kryminałowi mogą nadać własny kształt.

Najwyraźniej wywody pisarza nie spodobały się panu w rogu, gdyż nagle z odległego kąta Literatki dało się słyszeć:

- Proszę tak nie wrzeszczeć!

Wroński, posądzając krzykacza o szpiegowanie dla konkurencji, przeszedł płynnie do instrukcji pasożytowania dla ewentualnych chętnych. Pokazał nam dwa fragmenty opisujące zachowanie policjanta w sytuacji konieczności użycia broni i opowiedział, jak można wykorzystać te dokumenty w literaturze. Praktycy notorycznego omijania „opisów przyrody” zostali ostrzeżeni, by nie traktować po macoszemu napisanych nawet najdrobniejszym druczkiem przypisów. Te często mogą się okazać ciekawsze od tekstu głównego. Niech za dowód świadczy przypisowe użalanie się w pewnym nudnym zbiorze ustaw nad policjantami, którzy prawidłowo nie potrafią wskazać stron świata.

Pisarz, jak się okazuje, musi nie tylko umieć pisać, ale i... biegać. Marcin Wroński zaleca bowiem latać po ulicach, mierząc jednocześnie czas, aby dzięki temu wiedzieć, ile zająć może naszemu bohaterowi przebycie danej trasy. Muszę przyznać, że dawno nie miałam przyjemności spotkać autora tak zabawnego, a jednocześnie obdarzonego prawdziwą, niezaprzeczalną klasą.

Zgodnie z radą prelegenta, udaliśmy się na maratońskie biegi. Daleko na szczęście nie mieliśmy. Wystarczyło jedynie przetransportować się na sąsiednią ścianę rynku do Speakeasy. Tam rozpoczęła się dyskusja panelowa pod szumnym hasłem: „Kryminał w mieście”. Gośćmi specjalnymi byli: Krzysztof Kotowski (Warszawa), Ryszard Ćwirlej (Poznań) i Marek Harny (Kraków). Niestety na festiwal nie zdołał dojechać zaproszony również Zygmunt Miłoszewski. Marek Harny przyznał, że nie bardzo lubi gród Kraka i coraz bardziej jest mu wszystko jedno, gdzie mieszka. Ryszard Ćwirlej za to zapewnił, że o stolicy Wielkopolski pisze z czystego lenistwa, gdyż właśnie zakamarki Poznania zna najlepiej. Swoją przygodę pisarsko-kryminalną zaczął zresztą z niecierpliwości. Czekał, czekał i nie mógł się doczekać, aż ktoś napisze kryminał dziejący się w Poznaniu. Postanowił więc sam zakasać rękawy i wziąć się do roboty.

- A ja mieszkam w najmniejszej wsi w Polsce! - pochwalił się Krzysztof Kotowski. - Mieszkam tam ja, pani Janeczka i krowa. Warszawy nie lubię – dodał.

Jedynym, lecz niezwykle irytującym mankamentem spotkania, był prowadzący, czyli Robert Ziębiński, który zachowywał się tak niestosownie, że aż widowni zrobiło się wstyd za niego.


Gdyby ktoś miał dość otaczającej go kryminalnej fikcji, nieco realizmu czekało na niego w knajpie Włodkowica 21 w postaci prawdziwych, wrocławskich policjantów, którzy wzięli pod lupę polskie seriale traktujące o ich kolegach po fachu. Na scenie tyłem do publiczności, zachowując anonimowość i otaczając się gęstą mgłą tajemnicy, zasiedli: komisarz Ksiądz, komisarz Mała oraz podinspektor Kloss. Wyjaśnili nam, że w takich produkcjach, jak Kryminalni, Pitbull, Oficer czy Glina, wcale nie ma aż tak wielu przekombinowanych bzdur. Otóż prawdziwi przestępcy również potrafią, w panice przed wkraczającymi z kopyta w ich włości glinami, połknąć zastawę sztućców, która mogłaby ewentualnie obciążać ich nieskazitelne sumienia. Sami policjanci, by zmylić przeciwnika i wejść do budynku, czasem udają księdza bądź świadków Jehowy. Nie zaimponuje im więc Dorociński czy inny Gajos.

Podbudowani na duchu, że tacy odważni i bezkompromisowi stróże prawa czuwają gdzieś tam nad nami, wróciliśmy do Mleczarni i mogliśmy spokojnie zapaść w sen.

Marta Matyszczak