Po dłuższej przerwie zapraszamy do lektury kolejnego felietonu z cyklu Kryminalny alfabet gacka.
Pozwolicie państwo, że zacznę od przeprosin za głuchą ciszę, która zaległa nagle po literce M. Nie mam na swoje usprawiedliwienie absolutnie nic spektakularnego: nie padłam ofiarą morderstwa ani sama nikogo nie zamordowałam (choć wielokrotnie byłam tego bliska), nie trafiłam do zamkniętego zakładu karnego, nie ukradziono mi laptopa, nie porwano mnie dla okupu, nie zostałam świadkiem koronnym, no po prostu nie mogę tutaj przedłożyć żadnego racjonalnego powodu, które mogłyby Państwa, gości portalu o mocnym zabarwieniu kryminalnym, usatysfakcjonować. Przydarzyła mi się za to zupełnie niespektakularna i absolutnie niekryminalna klęska żywiołowa w postaci tak zwanej fuchy, która wyjęła mi trzy miesiące z życiorysu i sprawiła, że dzieci zaczęły mówić na mnie Zombie (ksywa stąd, że sypiałam po cztery godziny na dobę, snułam się po domu w stroju niedbałym, spojrzenie miałam nieobecne i lekko szalone, włos w nieładzie, a kontakt ze mną był mocno utrudniony). Fucha wzięła mnie w swoje objęcia z początkiem sierpnia, wyssała ze mnie wszystkie soki, przeżuła i wypluła pod koniec października. Od tamtej pory powoli dochodzę do siebie, próbując nadrobić zaległości. Niestety, nadrabianie zaległości wymaga nakładu energii, której nie posiadam. Właściwie jedynym wyzwanie, jakie byłabym w stanie podjąć i wykonać rzetelnie, to zwinięcie się w kłębek w gawrze i zapadnięcie w sen zimowy.
Ale ponieważ razem ze mną w ten sen musiałoby zapaść troje dzieci, dwa psy, cztery koty i patyczak, boję się, że nic z tego nie będzie, bo tak pojemnych gawr nie produkują. Pozostaje mi więc tylko zebrać się do kupy i wziąć za bary z życiem. A konkretnie: z literką N jak… nadrabianie zaległości.
Od razu wyjaśnię, że łatwo nie będzie, bo przez ostatnie miesiące z tematyką kryminalną niewiele miałam do czynienia. Wymieniona wyżej fucha polegała na pisaniu scenariusza do serialu obyczajowego z Unią Europejską w tle, obyczajowego, podkreślam, gdzie fabuła miała się snuć leniwie wokół zwykłego, codziennego życia bohaterów, i przyciągać widza nie dramatycznymi zwrotami akcji, ale normalnością, żeby nie powiedzieć: nudą.
Naprawdę, bardzo się starałam.
Pracowicie przerzucałam bohaterów między kawiarnianymi stolikami, centrami handlowymi, biurami, parkami a kinami, między eleganckimi mieszkaniami, mieszkaniami zwykłymi a obiektami, które otrzymały unijne dotacje. Wysyłałam ich na randki i na unijne szkolenia, kazałam na zmianę mówić o uczuciach i interesach, składać wnioski o dofinansowanie oraz uprawiać seks. Ich rękami piekłam ciasta, organizowałam festyny, głaskałam psa sąsiadów i rozlewałam kawę.
W końcu przekonana, że udało mi się dzielnie utrzymać w karbach moje krwiożercze skłonności, oddałam projekt do zatwierdzenia.
I oto, co usłyszałam:
MIAŁ BYĆ OBYCZAJ, NIE KRYMINAŁ!
Takim niesprawiedliwym twierdzeniem poczułam się dotknięta.
Przecież główna bohaterka wyszła mi grzeczna i niewinna jak baranek.
A chłopak, w którym się zakochuje – poprawny i nudny aż do bólu.
Rodzina uczciwa, przyjaciele uczciwi, bardzo się starałam.
No może jedna postać odrobinę wymknęła mi się spod kontroli…
Jej były narzeczony…
Facet przystojny, zamożny, raczej grzeczny... Tylko rzeczywiście odrobinę zbyt autorytarny…
Kiedy błagał dziewczynę, żeby do niego wróciła, a ona odmówiła – przejechał jej psa…
Kiedy poprosił grzecznie parę staruszków, żeby mu odsprzedali swój dom, a oni odesłali go z kwitkiem – puścił ich z dymem…
Kiedy kazał świadkowi podpalenia zapomnieć o całym incydencie, a on się zaczął stawiać, zagroził, że go zabije…
Dorzuciłam też, trochę z rozpędu, wypadek, próbę porwania, kradzież i kolejne podpalenie.
Dzięki temu w absolutnie naturalny sposób pojawiła się policja. Jeśli policja, to oczywiście śledztwo, na którego potrzeby sfabrykowałam szybko parę dowodów, przesłuchałam kilku świadków i aresztowałam podejrzanego…
Cholera...
To się nazywa zboczenie zawodowe czy jakoś tak…
Oczywiście szwarc charakter musiałam z fabuły usnąć, a razem z nim – większość apetycznych kryminalnych akcentów, i przez następne tygodnie umierałam z nudów, opisując ciągnącą się jak rozgotowane spaghetti historię unijnej dotacji na remont przedszkola…W ramach nadrabiania zaległości pojawił się przez ostatnie kilka miesięcy tylko jeden godny wzmianki akcent, a mianowicie: wycieczka czytelników „Śledczego” do Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Stołecznej Policji, bardzo pouczająca… Biegły grafolog uświadomił nam, że każdy podpis da się sfałszować. W sekcji mechanoskopii usłyszeliśmy, że każdy zamek da się otworzyć, a każde ciało – przestrzelić. Potwierdziła się również moja intuicyjna teoria, że im bardziej próbujemy nasz dobytek chronić, tym większe prawdopodobieństwo, że się z nim pożegnamy, bo nic bardziej nie nęci złodzieja niż nowe, solidne zamki w drzwiach. Zwłaszcza że NAJWYŻSZA klasa odporności na włamanie, czyli klasa C, oznacza, że czas potrzebny złodziejowi na otwarcie tegoż zamka wynosi… około sześciu minut. Natomiast odsunięcie szpadla, którym przez pół roku zamykane były OD ZEWNĄTRZ nasze popsute drzwi garażowe, nie zabrałoby włamywaczowi więcej niż pięć sekund (ciekawe swoją drogą, jaka jest klasa odporności na włamanie w przypadku szpadla) , a mimo to nikt się jakoś na nasze sztućce z Ikei i starą MP trójkę synka nie połaszczył… Wizyta w laboratorium dała mi więc pewność, że policja w naszym kraju ma się dobrze, przestępczy proceder również, a pisarz kryminałów może na tym całkiem nieźle skorzystać.
Miejmy nadzieję, że czytelnik również.
Jeszcze raz NAJMOCNIEJ PRZEPRASZAM.
K.
Katarzyna Gacek - z wykształcenia psycholog, pracy w zawodzie nie podjęła. Za to wyszła za mąż i nauczyła się gotować rosół, choć zup nie znosi. W następnej kolejności zajęła się hodowlą trójki dzieci, praniem, redagowaniem książek, sprzątaniem, zmywaniem, pisaniem felietonów i zapuszczaniem ogródka. Jak podkreśla, ta ostatnia czynność wychodzi jej fenomenalnie. Jest bardzo towarzyska, uwielbia gości. Kiedy przed dwoma laty zaprosiła przyjaciółkę na kawę, ta tak się zasiedziała, że napisały razem książkę, a konkretnie – bestseller. Z populacji wyróżnia się wzrostem, krótkowzrocznością i punktualnością wręcz obsesyjną. Lubi jazdę na rowerze, zwierzęta, czekoladę, Stinga i „Fandango”. Nie wyobraża sobie mieszkania w mieście. Stała felietonistka serwisu ZwB.
Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl