Kryminalny alfabet gacka - O jak oszustwo, nie tylko matrymonialne

03.02.2012

Jako że zbliżają się Walentynki, kolejna litera Kryminalnego alfabetu gacka poświęcona jest... oszustwom matrymonialnym. Miłej lektury! (A przy okazji: może warto ukochanej osobie zrobić "kryminalny prezent"? W księgarni ZwB znajdziecie wiele tytułów, które sprawią obdarowanemu wielką przyjemność. Na przykład te autorstwa Katarzyny Gacek).

Dzisiaj nie zaczniemy kryminalnie. Zaczniemy romantycznie.

Wyszłam za mąż, mając lat dwadzieścia pięć, czyli dokładnie w momencie, kiedy w mojej głowie zaczynało się kołatać denerwujące określenie „stara panna”. Byłam przekonana, że oto właśnie osiągnęłam wiek podeszły i jeżeli teraz nie zadzieje się nic w temacie matrymonialnym, to koniec. Doszłam do punktu, w którym praktycznie jedynym moim marzeniem było zobaczyć na palcu błysk złotej obrączki, niepodważalnego dowodu, że ktoś mnie kocha.

No cóż, udało się. Błysk zobaczyłam.

I nawet to, że po kilkunastu latach tenże dowód wylądował na dnie szuflady, nie zmienia faktu, że biorąc ślub czułam się najszczęśliwszą osobą na świecie.

Dziś pojęcie „stara panna” właściwie wyszło z obiegu, zastąpione przez dużo mniej depresyjnie brzmiącą „singielkę”, co nie znaczy, że singielki czują się jakoś specjalnie szczęśliwsze. Tak samo tęsknią, tak samo wzdychają, tak samo marzą o miłości rodem z Harlequina.

I dałyby wszystko, żeby w ich życiu pojawił się książę na białym koniu. Słoniu. Whatever.

A ponieważ tam, gdzie zaczynają wchodzić w grę uczucia, rozsądek z logiką idą w odstawkę, tworzy się rozległe pole dla przystojniaków o niecnych zamiarach, zwanych potocznie oszustami matrymonialnymi.

Grunt to żyzny, urodzajny, bogaty w próchnicę. Dżdżownice na potęgę wiercą w nim swoje tuneliki, a każde najmniejsze nasionko, przyniesione przez wiatr, ma szansę wyrosnąć w dorodną i solidnie ukorzenioną roślinę.

Przez wiatr, ewentualnie internet…

O niebezpieczeństwach czyhających w sieci już w Alfabecie ostrzegałam.

Po lekturze literki „I” wiadomo, że korzystając z komputera należy wykazywać należytą czujność: obwąchiwać dokładnie wszystkie transakcje finansowe, oglądać kilka razy pod światło strony swojego banku, sprawdzać rzetelność ofert na Allegro, nie otwierać podejrzanych mejli i tak dalej, i tak dalej. Jednak wszelkie środki ostrożności biorą w łeb, kiedy się człowiek zakocha...

Przykładem jest historia, dzięki której weszłam w posiadanie psa oraz pewnej wiedzy o życiu.

Miałam przyjaciółkę, nazwijmy ją M., zaś przyjaciółka – uroczego szczeniaka rasy west highland white terier.

Niewiele rzeczy mogłabym powiedzieć o M. z większą stanowczością niż to, że psiaka uwielbiała. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy któregoś dnia zadzwoniła z pytaniem, czy nie chciałabym czasem go sobie wziąć.

Podczas krótkiej, odrobinę nerwowej rozmowy na jaw wyszły zaskakujące fakty.

Otóż w życiu mojej przyjaciółki pojawił się mężczyzna, który nie tolerował psów. Poznali się przez internet. Zakochali się przez internet. I również tą drogą podjęli decyzję o zamieszkaniu razem. Wszystkie w/w czynności zajęły im trzy tygodnie, po którym to czasie facet pojawił się z walizeczką pod drzwiami M. Zawrotne tempo, przeleciało mi przez głowę. Ale nie tempo było tutaj najbardziej szokujące.

Zgadnijcie, proszę, skąd ukochany przyjechał.

Od razu podpowiem, że nie z sąsiedniego osiedla. Nie z sąsiedniego miasta. Nawet nie z sąsiedniego województwa.

Że o sąsiednim kraju nie wspomnę.

Człowiek ten, rozgrzany uczuciem, przyjechał… z Australii.

Przyjaciółka była totalnie wniebowzięta. Ja – jakby mniej. Po pierwsze spadł mi na głowę pies, uroczy, ale jednak… Po drugie: z miejsca ruszyła moja kryminalna wyobraźnia, podsuwając mi mrożące krew w żyłach obrazy.

Bo jak można nie podejrzewać o złe zamiary kogoś, kto na samym wstępie pozbywa się konkurencji w postaci psa?

Kto na przylot do Polski wydaje wszystkie swoje pieniądze, i w dodatku nie ma na bilet powrotny?

Kto u mojej przyjaciółki mieszka, je, pije, pierze oraz prasuje na jej koszt?

Kto jeździ jej samochodem?

I kto unika kontaktu z jej znajomymi?

No czy to nie wygląda podejrzanie?

Ale kiedy próbowałam delikatnie zwrócić M. uwagę i ją ostrzec, dostałam tylko po uszach.

Na szczęście moje kryminalne przeczucia się nie potwierdziły, do oszustwa na większą skalę nie doszło, a straty finansowe okazały się, suma summarum, niewielkie.

Po miesiącu sielanki na cudownie gładkiej powierzchni związku pojawiły się pierwsze zadrapania. Okazało się, że gość, wirtualnie cudowny, w rzeczywistości posiada wiele cech, które na co dzień są nie do zniesienia.

Zadrapania przeszły w rysy, rysy – w wyrwy, i po dwóch miesiącach po wielkim uczuciu nie było co zbierać. To znaczy przepraszam, było – M. zaczęła zbierać na bilet powrotny dla ukochanego i dokładnie pół roku po spektakularnym pojawieniu się Australijczyk z życia mojej przyjaciółki zniknął.

Mimo niewielkich strat finansowych, wnioski nie są budujące. Dorosła, rozsądna i mocno stąpająca po ziemi dziewczyna kompletnie straciła głowę dla zupełnie przeciętnego, poznanego przez Internet faceta. To, że w swojej naiwności nie trafiła na internetowego oszusta i nie została naciągnięta na dużą kasę, zawdzięcza wyłącznie szczęściu.

Jestem przekonana, że gdyby na początku pobytu gość poprosił ją o pożyczkę, na przykład na rozkręcenie własnego interesu, wysupłałaby wszystkie oszczędności, a może nawet wzięłaby kredyt, żeby tylko uszczęśliwić ukochanego.

Bo tak to działa.

Pamiętam program Ewy Drzyzgi, do którego zaprosiła kobiety, które miały zdecydowanie mniej szczęścia niż M. Opowiadały historie identyczne jak ta wyżej przeze mnie opisana. Poznanie przez internet. Zauroczenie. Pożyczka. Jedna, niewielka. Zwrot w terminie, kwiaty, kolacja. Zakochanie. Kolejna pożyczka, tym razem większa. Ale również oddana w terminie. Romantyczne wakacje we dwoje. Planowanie wspólnej przyszłości. Prośba o większą pomoc finansową. Powody różne: operacja chorego ojca… nieuczciwy wspólnik roztrwonił pieniądze firmy, która bez odpowiedniego zastrzyku gotówki padnie… spłacenie byłej żony, która inaczej będzie im zatruwać życie… i inne tego typu bzdury, na które nikt normalny nie dałby się nabrać.

Ale ponieważ nie mówimy o osobach normalnych, tylko zakochanych…

Drzyzga zapytała jedną z oszukanych, ile pieniędzy „pożyczyła” ukochanemu. Kobieta się zaczerwieniła, spuściła głowę i wybąkała coś pod nosem. Poproszona o powtórzenie, wymieniła kwotę, od której zakręciło mi się w głowie. W tym momencie nie pamiętam, czy było to pięćdziesiąt, sto czy dwieście tysięcy, ale na pewno nie chodziło o złotówki. To były dziesiątki tysięcy DOLARÓW.

Power of love…

Oczywiście tego typu oszustwa funkcjonują w wielu odmianach, na które nabierają się zarówno kobiety, jaki i mężczyźni. Podobno ostatnio bardzo popularnym sposobem wyłudzania pieniędzy jest zawieranie internetowych znajomości przez urocze „Rosjanki” lub „Ukrainki”. Jeden z moich znajomych dostał list, który ku przestrodze udostępnił na fejsie: „I am looking for my soul mate here. Maybe it sounds unbelievable, but I know that one day my dream will come true. Just writing these lines puts a smile on my face. I am waiting for your sweetness, kindness, tenderness and thoughtfulness… I am waiting for you, my true love!”.

Dziewczyny, o ile oczywiście są to dziewczyny, przy pomocy takich oto wzruszających tekstów znajdują swoje ofiary, najchętniej za granicą. Następnie korespondencyjnie rozpalają ich wyobraźnię, a kiedy stęskniony wirtualny kochanek zaczyna prosić o spotkanie, okazuje się, że Rosjanka nie ma niestety pieniędzy na podróż.

I raczej nie chodzi o bilet na pociąg osobowy…

Nasz naiwniak wysyła więc odpowiednią kwotę na wskazane konto i tak kończy się ta krótka, acz intensywna znajomość.

Wokół naiwności, zarówno męskiej, jak i kobiecej, osnuto wiele filmów i książek, daleko nie szukając, w Zabójczym spadku uczuć skorzystałyśmy z tego właśnie mechanizmu. Beatka, zapatrzona cielęcym wzrokiem w Pawełka, budziła niechęć i politowanie, ale kto bez wahania wykasowałby mejla od „jedynej prawdziwej miłości”, czy raczej do jedynej, prawdziwej miłości, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem.

Oszustwa matrymonialne były, są i będą, i zdaje się są tylko dwa sposoby, żeby nie dać się na nie nabrać.

Pierwszy to pozostawać w dobrym, szczęśliwym i trwałym związku.

Drugi, jakby trochę mniej skomplikowany – nie posiadać oszczędności.

Żadnych.

Ale to żadnych.

Ja właśnie nad tym drugim wariantem pracuję.

K.

 


Katarzyna Gacek - z wykształcenia psycholog, pracy w zawodzie nie podjęła. Za to wyszła za mąż i nauczyła się gotować rosół, choć zup nie znosi. W następnej kolejności zajęła się hodowlą trójki dzieci, praniem, redagowaniem książek, sprzątaniem, zmywaniem, pisaniem felietonów i zapuszczaniem ogródka. Jak podkreśla, ta ostatnia czynność wychodzi jej fenomenalnie. Jest bardzo towarzyska, uwielbia gości. Kiedy przed dwoma laty zaprosiła przyjaciółkę na kawę, ta tak się zasiedziała, że napisały razem książkę, a konkretnie – bestseller. Z populacji wyróżnia się wzrostem, krótkowzrocznością i punktualnością wręcz obsesyjną. Lubi jazdę na rowerze, zwierzęta, czekoladę, Stinga i „Fandango”. Nie wyobraża sobie mieszkania w mieście. Stała felietonistka serwisu ZwB.

Autorka zaprasza do wymiany opinii i wrażeń k.gacek@zbrodniawbibliotece.pl

KUP W KSIĘGARNI ZwB