Mon cheri Hastings! 6

20.12.2007

Tym razem Poirot zdaje relację z sopockiego spotkania miłośników twórczości Caroline Graham i serialu Morderstwa w Midsomer.

Witaj Hastings.

Byłem na niezwykłym spotkaniu, żałuj, że Cię nie było. Mogłem na nim popatrzeć w przeszłość i – co zdumiewające – w przyszłość. Tak, tak, nie mylisz się. Duch Caroline Graham, nazywanej przez niektórych największą pisarką kryminalną od czasów naszej Wielkiej Agaty, mimo fizycznej nieobecności, był jednak widocznie obecny. Bo poniekąd było to spotkanie z nią. Właściwie wszystko tego wieczoru złożyło się na ową niecodzienną atmosferę intrygi, tajemnicy i – nie mogło zabraknąć tego słowa – zbrodni. Zagadka przedstawionego nam "morderstwa w teatrze" pozostała nierozwiązana chwilowo, bo jak się domyślasz, wszystko zostało dokładnie przedstawione w książce Śmierć pustego człowieka przez Caroline Graham. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że świetna amatorska grupa teatralna Crime & Passion powstała wyłącznie na potrzeby tego jednego wieczoru. Dlatego na próżno szukałem jakichś dalszych informacji na jej temat. Inscenizacja wyszła im świetnie, mogliśmy w tym – my widzowie – uczestniczyć, co spowodowało, że niektórzy poczuli dreszczyk emocji. Po krótkiej inscenizacji nastąpiło spotkanie z Anną Sawicką-Chrapkowicz, tłumaczką trzech książek Caroline Graham. [Tak na marginesie, to zaiste niezwykła pani (mam tu na myśli autorkę, o tłumaczce – też niezwykłej - potem). Kontakt z nią wydaje się niemożliwy: nie ma komputera ani komórki (!), odbiera tylko tradycyjną pocztę, ale jej adres strzeże agentka. Tajemniczość to jej drugie imię?]

Wracam do tłumaczki. Z punktu widzenia detektywa czy śledczego – świadek bezcenny, bo mówiący wszystko bez oporu i namowy. Znowu padały odpowiedzi na wszystkie pytania, które chciałbym zadać. Ale to rzeczywiście niesamowita postać (tym razem myślę o tłumaczce). Psycholog z wykształcenia (to poniekąd najlepsze studia dla tłumaczy powieści kryminalnych), tłumaczka z miłości do języka angielskiego. Zastanawiam się, czy dałoby się tłumaczyć, posiadając znajomość języka, ale nie mając do niego zamiłowania, pasji. Chyba nie, bo wyszedłby z tego suchy przekład, relacja. A ta pasja sprawia, że chce się ciągle sięgać po kolejne powieści, czytelnik rozsmakowuje się w słowie; nie na darmo mówi się o duchowej uczcie. A poza tym te książki to naprawdę rodzaj przewodnika, nie tylko po angielskiej prowincji, ale także poradnik ogrodniczy i smakowita książka kucharska. Nabrałem ochoty na sporządzenie pietruszkowego wina. O przepis nie muszę się martwić. Każdy gość dzisiejszego wieczoru otrzymał taki miniprzewodnik po świecie roślin i kuchni, zamierzam z niego w najbliższym czasie skorzystać. Wiesz, przyszło mi właśnie do głowy, że tłumacz musi być pasjonatem nie tylko języka obcego, z którego przekłada, ale także i swojego ojczystego. Jak inaczej starczy mu cierpliwości do niekończących się poszukiwań jak najlepszego i najwierniej oddającego sens jednego zdania? To tak na marginesie.

Na koniec chciałem się pochwalić, że wygrałem książkę Pisane krwią. W programie znalazłem jedno słowo na czerwono: "morderstwo" – to był właśnie ten szczęśliwy los. I to by było na tyle. Kolejne spotkanie już w Nowym Roku. Oby był równie ekscytujący i bogaty w spotkania jak ten miniony. Do zobaczenia w przyszłym roku!

Twój Herkules Poirot