Przedstawiamy fragment powieści hiszpańskiego autora Jerónimo Tristante o przygodach detektywa Victora Rosa w Madrycie pod koniec XIX wieku, zatytułowanej Tajemnica domu Arandów (Oficyna Literacka Noir sur Blanc). Patronat medialny nad książką objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.
ROZDZIAŁ 3
Nazajutrz Víctor Ros Menéndez, świeżo upieczony podinspektor, obiecujący funkcjonariusz korpusu policji, stawił się w siedzibie Ministerstwa Rządu na Puerta del Sol. Przydzielono mu mały gabinet, gdzie urzędował wspólnie z doświadczonym inspektorem Alfredem Blazquezem, który cieszył się sławą jednego z najlepszych detektywów. Był to chudy, drobny, z lekka już łysiejący mężczyzna o lękliwym spojrzeniu i niewielkim wąsiku. Nosił okulary w drucianej oprawce, a jego niepozorna powierzchowność, grube szkła oraz wątły, cichutki głosik tworzyły mylny wizerunek nieśmiałego buchaltera. Prawda wyglądała zgoła inaczej, o czym Víctor przekonał się już po kilku dniach pracy pod komendą swojego nowego kolegi i zwierzchnika. Na don Alfredzie zaś już w chwili poznania młody współpracownik wywarł wielce korzystne wrażenie. Po latach z rozrzewnieniem wspominali to pierwsze spotkanie. W ów piękny, słoneczny poranek, około dziesiątej, don Alfredo przyszedł do biura i zobaczył, że za jego biurkiem siedzi jakiś młody człowiek. Nieznajomy zatopiony był w lekturze ogromnej sterty papierów, rozrzuconych niedbale w tak schludnym dotąd pokoju. Na widok wchodzącego inspektora oderwał się od pracy i uśmiechnął szeroko.
– No, no, don Alfredo, zaspaliśmy dziś troszkę.
– Co też pan? Przecież jestem pięć minut przed czasem! – odparł detektyw, zdumiony, że młokos odzywa się do niego po imieniu.
– A więc popełniłem omyłkę?
– Nie, nie – zaprzeczył don Alfredo Blázquez, zdumiony. – Ale, ale... Czy my się znamy?
Młodzieniec wybuchnął śmiechem.
– Proszę mi wybaczyć, don Alfredo, ma pan zupełną rację. Myśli pan pewnie, że jestem źle wychowany. Nazywam się Víctor Ros Menéndez, oto moja wizytówka. Właśnie wstąpiłem do tej brygady i powiedziano mi, że będę pracował z panem. Niedawno przyjechałem z północy i mianowano mnie podinspektorem.
– A niech mnie! Czyli to pan jest tym słynnym młodzikiem, który rozmontował spisek radykałów w Oviedo.
– We własnej osobie – odrzekł melancholijnie, a don Alfredo nie wiedział, czy ma to przypisać nadmiernej skromności swego rozmówcy, czy głęboko skrywanemu smutkowi.
– Słyszałem, że jest pan bardzo obiecującym młodym człowiekiem. Pracował pan już tutaj, prawda?
– Tak, zaczynałem jako chłopiec na posyłki. Dlatego rozpoznałem pana, don Alfredo, jak tylko pan wszedł. W korpusie jest pan prawdziwą legendą.
– Głupoty! – powiedział Blázquez, zadowolony z komplementu. – I dajże wreszcie spokój z tym „panem”. Jesteśmy kolegami.
– Tak jest. Wybacz, że zająłem twoje biurko, ale mojego jeszcze nie wstawili, a chciałem nadrobić zaległości.
– Nie szkodzi, nie szkodzi, młodzieńcze, skoro mamy pracować razem, co moje, to twoje.
– Dziękuję. Polecono mi oddać się pod twoją komendę i powiedziano, że wprowadzisz mnie we wszystko.
– Może wyskoczymy gdzieś na kawę? Obawiam się, że czeka nas sporo pracy.
– Świetny pomysł, Blázquez. Musimy obgadać wiele spraw, a najlepiej rozmawia się przy filiżance mocnej kawy.
Zanim wyszli, inspektor zapytał:
– Ale, ale, Victorze... skąd wiedziałeś, że zaspałem?
Młody człowiek popatrzył na niego z uśmiechem i powiedział:
– Drobiazg, Alfredzie, zwykły drobiazg. Zapamiętałem pana... przepraszam, ciebie... jako człowieka może nie wymuskanego,ale zawsze ubranego bardzo starannie, a teraz zauważyłem, że włożyłeś kamizelkę od innego surduta, bez wątpienia z pośpiechu. Surdut jest brązowy, kamizelka zresztą też, ale wytłaczana i nieco za ciepła, raczej zimowa. Nie masz w kieszonce zegarka, a pamiętam, że za moich czasów nigdy się z nim nie rozstawałeś. Poza tym na wąsach masz pełno okruszków, prawdopodobnie po zjedzeniu bułki.
– Magdalenki.
– Właśnie, magdalenki. Kilka okruchów widać też na gorsie, co dowodzi, że jadłeś śniadanie w pośpiechu. Jeśli dodamy do tego czerwoną pręgę biegnącą wzdłuż policzka, pozostawioną bez wątpienia przez zagniecioną poszewkę poduszki, możemy śmiało powiedzieć, że jeszcze pół godziny temu leżałeś w łóżku.
– Błyskotliwe. Proste, ale błyskotliwe – odrzekł z uznaniem zdumiony inspektor. – Żałuję, że nie pamiętam cię równie dobrze jak ty mnie, ale muszę przyznać, iż twoje rozumowanie, tak jak je przedstawiłeś, wydaje się najzupełniej oczywiste.
– W tym rzecz. Prostota, tylko prostota. Nie zapominaj, mój drogi Alfredzie, że najkrótsza odległość pomiędzy dwoma punktami to...
– Linia prosta!
– Właśnie. Jestem wielkim miłośnikiem dedukcji, prawda jest tuż, trzeba tylko umieć ją dostrzec. Czasami jeden lub dwa szczególiki pozwalają znaleźć oczywiste i niezbite wyjaśnienie faktów oraz motywów zamieszanych w nie osób. Niektórzy nazywają to przeczuciem, ale ja uważam, że to zwykła umiejętność obserwacji, wyciąganie wniosków post factum.
– Ale z tym człowiek albo się rodzi, albo nie.
– Masz rację i zarazem się mylisz. To prawda, że niektóre umysły mają łatwość dostrzegania w pozornie nieistotnych szczegółach tego, co ktoś próbuje przed nami ukryć, ale tę cechę da się wyćwiczyć. Dobry trening może sprawić, że umysł, powiedzmy, przeciętny stanie się sprawnym i ostrym jak skalpel instrumentem detektywistycznej wiwisekcji.
Chociaż przyznasz, że odsłaniając swoje metody, człowiek taki przestaje być w naszych oczach geniuszem i upodabnia się do zwykłych śmiertelników.
– Istotnie – przyznał Blázquez, nieco oszołomiony potokiem słów młodszego kolegi.
– A teraz sądzę, że po tym moim krótkim, skromnym exposé możemy spokojnie udać się na obiecaną kawę – dodał Víctor, otwierając drzwi.
– Najzupełniej się z tobą zgadzam – odparł Blázquez, biorąc kapelusz i laskę. – Jestem pod wrażeniem, trudno zaprzeczyć.
Obaj policjanci wyszli, pełni zapału i nadziei na przyszłość. Zostali niedawno członkami nowo utworzonej Brygady Stołecznej, której zadaniem było bezlitosne tępienie zbrodni w centrum Madrytu oraz inwigilacja przestępczych grup zorganizowanych, które po wydarzeniach z 1868 roku wzmogły swoją działalność. Najtęższe mózgi w ministerstwie uznały, że ów doborowy oddział policji powinien skupić się na wykrywaniu sprawców zabójstw, których liczba zwiększała się w alarmujący sposób wraz z nadejściem nowych czasów i wciąż rosnącą populacją miasta.
Przywitali się z Abenzą, dryblasem o wielkich wąsiskach, pełniącym tego dnia wartę przed wejściem. Don Alfredo zapytał:
– I co? Jak tam sytuacja epidemiologiczna?
A strażnik odpowiedział z powagą:
– Jak podaje „Siglo Médico”, w tym tygodniu przeważała gorączka gastryczna, reumatyzm i gruźlica, jak również dolegliwości układu nerwowego oraz łagodna postać zapalenia płuc i opłucnej.
– A niech mnie... – szepnął zdumiony Víctor.
– A u dzieci, Aniceto?
– Podobnie jak w ubiegłym tygodniu częste są przypadki gorączki z wysypką, więc niech pan dobrze pilnuje wnuczki.
– Nie omieszkam – powiedział Blázquez z pocieszną miną, kiedy odeszli w kierunku kawiarni „Levante”. – Sam widzisz, straszny z niego hipochondryk.
– Ale to przecież kawał chłopa. W życiu nie widziałem takiego wielkoluda.
– No to teraz zobaczyłeś. Nie ma takiej mikstury ani syropu, jakiego by nie kupił, gorzej nawet, on to wszystko zażywa! Panicznie boi się zarazków. Nie do wiary, prawda?
Przeszli przez zatłoczoną Puerta del Sol, uskakując przed konnymi tramwajami i dorożkami. Po ostatniej przebudowie ów wielki plac stał się newralgicznym centrum Madrytu, równo wybrukowanym, poprzecinanym szynami tramwajowymi, a nocą skąpanym w świetle stylowych latarni. W głębi falowały kawiarniane i hotelowe markizy, przydając lokalnego kolorytu temu niezwykłemu miejscu. Przebudowa kosztowała swoje, powołano nawet specjalną komisję, która przyjęła aż siedem różnych projektów. Doszło do tego, że zatwierdziwszy plan przygotowany wspólnie przez trzech inżynierów, następnego dnia zmieniła zdanie i zleciła zupełnie nowy projekt... jednemu z tych trzech. Na szczęście ostateczny rezultat spodobał się madrytczykom.
Dzień był przyjemny i ciepły, wiosna w pełni, dziewczęta spacerowały pod parasolkami, konkurując ze sobą fasonami kapeluszy. Mężczyźni przebrali się już w lekkie garnitury, a niektórzy mieli na głowie letnie panamy. Zamożni goście luksusowych hoteli, takich jak „Londres”, „Príncipe” czy „Universo”, kroczyli w asyście służby i tragarzy, taszczących ciężkie kufry, wielkie pudła na kapelusze i wszelkiego rodzaju bagaże. Woziwody, zachwalający chłodne napoje, wódkę i ciągutki, przekrzykiwali się z gazeciarzami, wywrzaskującymi na cały głos tytuły prasowych nagłówków. O tej porze ruch był wyjątkowo duży i w kawiarni „Levante” panował ścisk. Mieli szczęście, że znaleźli wolny stolik. Don Alfredo zamówił u kelnera dwie kawy i churros, po czym zdjął okulary i zapytał:
– A więc, kolego, na którą nogę kulejesz?
– Co?
– No, w polityce. Zapytam inaczej. Jaka jest twoja ulubiona kawiarnia?
– Chyba „Lorencini” – odparł Víctor po krótkim wahaniu.
– No jasne! Trafił mi się kolega liberał. Tam się spotykają Przyjaciele Wolności.
– Tak, wiem, ale właściwie lubię wszystkie. Chętnie zaglądam tu i tam, żeby posłuchać plotek.
– Jak na dobrego policjanta przystało.
– Właśnie. Ale, ale... – zaczął Víctor i odczekawszy, aż kelner odejdzie, kontynuował: – Jako stary wyga próbowałeś wyciągnąć ode mnie deklarację moich sympatii politycznych, a sam nie powiedziałeś mi o swoich.
Alfredo Blázquez uśmiechnął się, maczając churro w kawie.
– Niczego nie przepuścisz. Cóż, odpowiem, że nie stoję ani po jednej, ani po drugiej stronie, więcej, zacytuję ci pewien piękny wiersz, który parę lat temu przeczytałem w „El Eco de España” i który odtąd stał się moją dewizą:
Ja tam się nigdy nie buntuję,
czy republika nam panuje,
czy też monarchia najjaśniejsza,
ustroju ja nie krytykuję,
chcę spokój mieć, o resztę mniejsza.
Víctor uśmiechnął się i powiedział:
– To nie jest taka zła filozofia.
– Też tak myślę, synu. A zadałem ci to pytanie, bo jeśli mamy razem pracować, nie powinno być między nami sekretów. Mawiają, że każdy mężczyzna musi w życiu wybrać trzy rzeczy: stan, fach i kawiarnię. Ja już wiem, co ty wybrałeś, ale uważam, że w tej wyliczance brakuje jeszcze jednego elementu.
– Tak?
– Toreadora. Trzeba wybrać toreadora.
– Lubisz walki byków, Alfredzie?
– Namiętnie.
– Cóż, na to nie potrafię odpowiedzieć.
– Ale masz przecież jakieś typy.
– Chodzi o to, że nigdy nie byłem na korridzie.
– Że co?! Niesłychane! Mieszkać w Madrycie i nie znać kunsztu Cucharesa! Musimy to naprawić. Rachunek! – zawołał Blázquez, w pośpiechu dopijając kawę.
Kiedy wychodzili z zatłoczonej kawiarni, Víctor zatrzymał się i powiedział:
– Alfredzie, nie zdradziłeś mi, kogo ty wybrałeś. No wiesz, kto jest twoim toreadorem.
– A któż by? Frascuelo – odparł, jakby to było coś oczywistego. – To dopiero jest toreador, nie to co ten Lagartijo, który po raz ostatni zbliżył się do byka w knajpie, kiedy rzucił się na wypchany łeb bestii zabitej przez Frascuela, bo Frascuelo nie robi uników. A teraz bierzmy się do roboty.
Po latach, z perspektywy, jaką daje upływ czasu, i z mądrością, jakiej nabywamy z wiekiem i doświadczeniem, Víctor wspominał z nostalgią te pierwsze dni po powrocie do Madrytu. Cieszył się z tego powrotu i wiązał wielkie nadzieje na świetną przyszłość, jaka zapewne czekała go w korpusie policji, jednak z drugiej strony dręczył go skrywany starannie niepokój.
Później, już w wieku dojrzałym, pojął, że w owych dniach wykuwał się jego charakter, że z wolna stawał się dorosły. Był zagubiony, to prawda. Przywdział maskę, która na innych robiła wielkie wrażenie, maskę przystojnego młodzieńca, błyskotliwego, nowoczesnego w swoich poglądach i śmiało patrzącego w przyszłość, ale w głębi ducha pełen był zwątpienia. Czuł się osierocony przez matkę i przez don Armanda, a Madryt wydawał mu się bardzo duży. Za duży.
Był obcy we własnym mieście, a po wydarzeniach w Oviedo, kiedy to zdradził tych, którzy mu zaufali, miewał czasami wrażenie, że jest jak wyrwana z korzeniami roślina albo bezpański pies.
Swego nowego kolegę polubił od razu. Alfredo Blázquez był człowiekiem spokojnym, który ożywiał się tylko wtedy, kiedy mówił o walce byków albo kiedy chorowała jego wnuczka. Ów zaprawiony w policyjnych bojach weteran często bywał sceptyczny i ostrożny, cecha bardzo przydatna w chwilach, gdy należało nieco studzić zapał Victora, który z racji młodości był większym idealistą i czasami dawał się ponosić liberalnym mrzonkom.
Don Alfredowi z kolei przypadła do gustu niepoprawność Victora, choć czasami czuł się z lekka onieśmielony jego naukowymi wywodami i skłonnością do działania wbrew utartym regułom. Ów młody miłośnik rozumu i logiki nie pasował do skostniałej policyjnej machiny, reagującej ze ślamazarnością dinozaura. Najdrobniejszą zmianę w istniejącym systemie traktowano z nieufnością, analizowano starannie i zasięgano opinii zwierzchników. Propozycje reform tonęły zazwyczaj w morzu biurokracji, paraliżującej wszelkie decyzje, toteż już w chwili wdrożenia były przestarzałe. Taki właśnie był ów kraj, który z trudem przystosowywał się do nowej epoki. Pełen sprzeczności, raz katolicki i tradycyjny, raz antyklerykalny i otwarty na zmiany. Istny obłęd. Víctor był dzieckiem tego nowego pokolenia, które swoimi „nowinkami” podkopywało fundamenty starego reżimu, lecz dla Blazqueza świat ewoluował stanowczo za szybko.
Víctor i don Alfredo urzędowali w małym, przytulnym gabinecie, którego okno wychodziło na ulicę Carretas, na tyłach budynku. Ich bezpośrednim zwierzchnikiem był komisarz Buendía, madrytczyk z dziada pradziada, niski, gruby i krewki, o wydatnej szczęce, przez co podwładni nazywali go za plecami „Brytanem”. Wywodził się z nizin społecznych, ale dzięki swemu uporowi zdobył, podobnie jak Víctor, wysokie i odpowiedzialne stanowisko.
Don Victorowi, bo tak już go zaczynano nazywać, pierwsze dni w nowym miejscu pracy upłynęły bardzo miło. Czuł, że koledzy darzą go szacunkiem i uznaniem, wiedział też, że zawdzięcza to determinacji, jaką wykazał się przy likwidacji komórki radykałów w Oviedo, w dniach poprzedzających rewoltę z 1868. On z kolei nie czuł się szczególnie dumny z udziału w tej sprawie, chociaż przyniosła mu niezłą posadę w Figueras oraz póŹniejszy awans, a co za tym idzie – status wschodzącej gwiazdy w instytucji, która u progu nowej epoki wymagała radykalnych reform. Víctor nie przestał być owym niespokojnym duchem, który dzięki nienasyconemu głodowi lektury porzucił życie kieszonkowca, aby stać się kimś, ale dręczyło go poczucie winy, wciąż powracająca myśl, że zdradził ludzi, którzy kiedyś mieli go za przyjaciela. Nikomu w korpusie policji nie udało się przeniknąć tak głęboko w struktury radykałów. Dlatego wysłali tam jego, nieopierzonego jeszcze i nikomu nieznanego agenta, i kazali mu udawać młodego emigranta, szukającego pracy w Oviedo.
Pod przybranym imieniem Paco Gil zdobył z czasem zaufanie najwybitniejszych postaci liberalnego Oviedo, by później wkraść się w kręgi radykałów działających w asturyjskiej stolicy. Trzy lata upłynęły, nim stał się jednym z nich. Trzy lata spędzone nad książkami Kartezjusza, Woltera, Jeffersona i innych postępowych myślicieli. Trzy lata dysput, konspiracji, marzeń...
Víctor zakończył swoją misję, doprowadzając do aresztowania ośmiu bojowników, którym zarzucano autorstwo trzech zamachów bombowych i jedno morderstwo. W samotności swego pokoju powtarzał sobie, że nie zaparł się wolnościowych ideałów, którymi przez te trzy lata przesiąkł głęboko. Rozmyślał, szukał argumentów i sam siebie przekonywał, że ekstremiści szkodzili sprawie, byli zawadą w modernizacji Hiszpanii, w jej stopniowym odchodzeniu od klerykalizmu i nadejściu epoki rozumu, utrudniając przez to demokratyzację i obronę uciemiężonego ludu, niepiśmiennego i słabego, potrzebującego wsparcia ludzi światłych, którzy zdolni są zmieniać reżim od wewnątrz. Coraz bardziej potrzebna była łagodna rewolucja, dokonywana w ukryciu, cierpliwie, choć przez to nie mniej skuteczna i nieuchronna. Radykałowie zagrażali ruiną wszystkich tych marzeń, marzeń ogromnej rzeszy hiszpańskich liberałów. A Víctor, poprzez swoje lektury, bez wątpienia stał się jednym z nich. Zbyt późno być może, ale jednak. Dlatego po wydarzeniach z Oviedo wolał unikać pracy związanej z polityką i skupić się na walce ze zbrodnią w jej najczystszej, lecz zarazem najbardziej przygnębiającej postaci – z morderstwem, kradzieżą i gwałtem, które były smutną codziennością niespokojnej stolicy królestwa.
przeł. Dorota Walasek-Elbanowska