Adam Zalewski, Wywiad

21.12.2009

 

Na święta mamy dla naszych czytelników "świąteczne" opowiadanie polskiego mistrza krwawego thrillera Adama Zalewskiego, zatytułowane Wywiad. Miłej lektury!

Dzień lub dwa przed terminem wywiadu dla Zbrodni w Bibliotece miałem koszmarny sen. Dotyczył właśnie biblioteki. Biblioteka to osobliwe miejsce. Jedyne w swoim rodzaju. Niepowtarzalny zapach książek i kurzu. Cisza, nasączona tajemniczością i obietnicą nieznanej przygody. Jest tutaj wszechobecna magia, podobna do nastroju ciemnej sali kinowej. Jedno i drugie wzbudza nasze oczekiwania. 

Czasami bywa jednak inaczej. W jednym ze swoich najlepszych opowiadań, zatytułowanym Policjant biblioteczny, mistrz grozy i nastroju – Stephen King ukazał nam inne oblicze biblioteki. Mój koszmarny sen był właśnie w tym stylu.

Szedłem wąskim chodnikiem na spotkanie z Jolantą Świetlikowską, redaktorką Zbrodni w Bibliotece.  

Cisza. Nieprzyjemnie szczęknęły zamykane drzwi. Hol biblioteki był pusty. Zupełnie pusty. Nie myślę o ludziach, choć w zasięgu wzroku nie po-jawił się nikt żywy. Dookoła nie było nic. Zimny, marmurowy stopień, prowadzący na główny poziom. Zimna, śliska posadzka. Żadnego mebla, czy choćby prostej donicy z kwiatami. Żadnych tablic informacyjnych ani kolorowych plakatów, zazwyczaj zdobiących takie miejsca. Chłód i pustka. Najmniejszego dźwięku przedostającego się poprzez szyby czy spoza ścian. Wszedłem po stopniu i ruszyłem bibliotecznym korytarzem. Ciągnął się w nieskończoność. Był ciemny, choć przestronny. Nie potrafiłem zrozumieć, skąd bierze się ten półmrok. Zrozumiałem po przebyciu kilkunastu kroków. Regały! Stały wzdłuż obydwóch ścian korytarza. Wypełnione książkami – mniej lub bardziej wytartymi. W miejscach, gdzie wstawiono książki odwrotną stroną, widziałem pożółkłe szczyty kart. Mo-że winien był temu ten mrok, a może moja struchlała wyobraźnia.

Pośrodku ciemnego korytarza płonęła słaba żarówka, bez klosza czy abażuru. Zwykła słaba żarówka wkręcona w porcelanową oprawkę.

Zatrzymałem się w tym miejscu. Poczułem chłód ciągnący po plecach. W tej chwili oddałbym życie za papierosa. Sięgnąłem do kieszeni.

– Nie palimy w bibliotece – usłyszałem kobiecy głos, dochodzący z ciemności przede mną. Żarówka zamigotała. Przez moment rozjarzyła się jasnym światłem. Wtedy zobaczyłem Ją. Dostrzegłem niewiele – bladą plamę twarzy, otoczoną falą jasnych, jakby sinych włosów. Powiewały w ciemności niczym meduza w głębinach oceanu. Fosforyzujące i magiczne.

– Myślałem… – zacząłem niepewnie.

– Niedobrze. Zła odpowiedź – usłyszałem głos tuż przy uchu. – Tutaj się nie myśli. Tutaj się czyta. Po to są te książki, drogi panie. Nie zauważył pan, że nie są to zwyczajne, tuzinkowe pozycje? To książki Zbrodni w Bibliotece.

Mimowolnie zerknąłem na regał. Może sprawił to ten sugestywny głos, a może cichy szmer kapiącej wody. Żarówka ponownie przygasła, ale mimo panującego półmroku dostrzegłem źródło swojej pomyłki. Nie była to woda, o nie! Spomiędzy grzbietów książek, ustawionych na górnej półce, spadały na marmurową posadzkę lepkie, ciemnoczerwone krople.

Obudziłem się zlany potem.

– Jezu! – szepnąłem. – Głupieję na starość.

Do samego rana nie udało mi się zasnąć.


Nie leży to w moim zwyczaju, ale tym razem, starannie przygotowałem się do wywiadu. Miał to być zwykły wywiad, ale wolałem nie ryzykować. Dzisiaj wiem, że miałem także inny cel, ale przed ubiegłą środą nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Spotkanie odbyło się w jednej z kafejek w okolicy sopockiego Monciaka. Wywiad, zapisany na dyktafonie, niczym specjalnym właściwie się nie wyróżniał. Może do chwili, kiedy redaktorka zadała proste na pozór pytanie. Brzmiało to tak:

ZwB Panie Adamie. Zbliżają się święta. Jak spędzi pan ten czas?

AZ Z rodziną. Jak większość Polaków. Zamierzam odpocząć. Zbyt wiele ostatnio pracowałem. To odbija się na moim zdrowiu.

ZwB Praca? Wszyscy czytelnicy pańskich książek sądzą, że to pańska ucieczka od codzienności – pański azyl. Sam pan mówił o tym wielokrotnie.

AZ Cóż, mówiłem. To w pewnym sensie prawda, choć jest też inne tego oblicze.

ZwB Nie będę niedyskretna, jeśli zapytam – jakie?

AZ No tak. Masz babo placek! W końcu to wywiad. Niech będzie. Posłużę się przykładem, pani Jolu. Wspomniała pani o świętach. Większość z nas kojarzy je sobie z rodziną, wigilijną kolacją, zielonym drzewkiem, przybranym ozdobami i stertą prezentów, drzemiącą u jego stóp. Taka tradycja panuje w wielu krajach na świecie. Także w Stanach. Opowiem pani oraz czytelnikom pewną autentyczną historię, która zdarzyła się w dziewięćdziesiątym piątym w Talladega Bay w stanie Waszyngton na Zachodnim Wybrzeżu. Nazwijmy tę anegdotę Gwiazdkowy prezent.

GWIAZDKOWY PREZENT

 

Oto dwa bliźniacze domki w południowej dzielnicy. W większym, solidnie wykończonym, mieszkają państwo Ross – Erica i Allan z dwójką synów: piętnastolatkiem Juliusem i pięcioletnim Clarkiem. Allan Ross pracuje w Urzędzie Podatkowym i boryka się z życiem, mając u boku żonę alkoholiczkę i starszego syna, który ma nierówno pod sufitem i przesiedział dwa lata w psychiatryku po wyczynach w dziedzinie pastwienia się nad zwierzętami. To, czego dokazał z seterem Adamsonów, nie nadaje się do powtórzenia. Julius nadal ma kuratora.

W sąsiednim domku żyje stara, osiemdziesięcioletnia dama, panna Simp-son. Jest przyjaciółką większości sąsiadów, szczególnie Rossów, których uważa niemal za rodzinę. Uwielbia ich synów i gości często chłopców ciasteczkami własnego wypieku. Czysta sielanka.


W wigilię dziewięćdziesiątego piątego Erica Ross krzątała się, szykując kolację, po której mieli pójść kolędować wraz z grupą przyjaciół. Nigdzie już nie poszli. Erica nie miała pojęcia, że jej Julius i mały Clark szykują mamie niezwykły prezent gwiazdkowy. Miała otrzymać przedmiot, o którym często wspominała w rodzinnym gronie. Niestety – zbyt często.


Bracia wbiegli po schodach na poddasze. Minęła trzecia po południu. Za godzinę powinien wrócić ojciec.

– Dawaj to pudło, Clark! Tak, to duże! Tam leży papier. Weź ten w księżyce. Mama się ucieszy. – Julius rzucił na podłogę spore zawiniątko.

– Czy my dobrze robimy, Julius? Chce mi się płakać.

– No coś ty! Pani Simpson nie był potrzebny ten drobiazg, a mama zawsze chciała mieć taki. Nie pamiętasz?

– Chce mi się płakać, Julius!

– No to rycz! Byle nie przy rodzicach.


– Dzisiaj otwieramy tylko po jednym prezencie! Pamiętajcie! – Allan Ross odsunął talerz. Mrugnął w stronę żony. Oboje byli ciekawi, czy chłopcy trafią na najnowszy model kolejki elektrycznej.

– Ruszaj się Clark! – Ross rozpiął guzik koszuli. – To twoje zadanie, chłopcze.

Clark zsunął się z krzesła. Ku zdumieniu rodziców, wydobył niezdarnie zapakowane pudełko i położył je na stole prze Ericą.

– To dla ciebie, mamo. Ode mnie i Juliusa.

– Boże! Dla mnie? – Pani Ross sięgnęła po paczkę. – Kochani! – Julius opuścił głowę. Nie chciał, żeby mama widziała, jak chichocze.

– Zawsze chciałaś to mieć – wypalił Clark. – Ten ładny kamuszek. Ten, co jest w środku, wiesz, mamo.

– Jaki „kamuszek”? – Erica spojrzała na syna. – Może kamyczek?

– No tak, mamo. Kamuszek. Ten, który ci się tak podobał.

– Podobał? Co ty mówisz, chłopcze?

– No ten od pani Simpson. Mówiłaś, że się u niej marnuje. Że pani Simp-son ma takie brzydkie, pomarszczone ręce i chude palce…

– Clark! Boże! Ukradliście pannie Simpson pierścionek? Erica chwyciła paczkę.

– Nie krzycz, mamo! – Clark się skrzywił. – To Julius. Ten kamuszek był mocno za ciasny. To te zimne sreberko, wiesz. Julius nie mógł tego zdjąć. Próbował, ale nie mógł. Tylko nie krzycz! Chce mi się płakać!

– Jezu! – Jednym szarpnięciem Erica zerwała pokrywkę pudełka. – Chryste! Litości! Allan, ratuj! Dobry Boże! Nieee!!!

Przeciągły, rozdzierający krzyk zatrząsł ścianami pokoju. Poprzez oszronione szyby przedostał się na zewnątrz i zawirował w mroźnym powietrzu, pomiędzy domami południowej dzielnicy Talladega Bay, mieszając się z chórem pierwszej grupy kolędników, intonujących trzy domy dalej słodko brzmiące tony tradycyjnej kolędy – Cicha noc.


AZ Teraz wie już Pani, jakie historie chodzą mi po głowie? Czy zabrzmi szczerze, jeżeli pani oraz czytelnikom Zbrodni w Bibliotece złożę serdeczne życzenia Wesołych Świąt?

ZwB Wzajemnie, panie Adamie. Wzajemnie. Dziękuję za wywiad. Robi się późno.

 

Książki Adama Zalewskiego na ZwB

Murder Ballads - wywiad z pisarzem

...i pojawił się King - Zalewski w Bookarni

Czytajcie! - Zalewski na Halloween

Autor o sobie i swoich książkach: "Rower" znaczy wolność

Newsletter