Zaułek diabła. Jak to się zaczęło - Andrew Taylor o swej najnowszej powieści

03.08.2010

Z okazji dzisiejszej premiery najnowszej powieści Andrew Taylora Zaułek diabła (Wydawnictwo Zysk i S-ka) publikujemy tekst angielskiego autora o tym, skąd wziął pomysł na swój znakomity kryminał. Patronat medialny nad książką objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.

Książka, tak jak rzeka, musi się gdzieś zaczynać. I tak jak rzeka może mieć więcej niż jedno źródło. Zaułek diabła ma ich trzy. Nie pojawiły się one jednocześnie, lecz powoli, jedno po drugim.

Dwa z nich są stosunkowo młode. W latach dziewięćdziesiątych odkryłem w Londynie Ely Place, spokojny zaułek z szeregową zabudową. Wejścia do tej osiemnastowiecznej enklawy strzeże brama z kutego żelaza. Znajduje się tam średniowieczna kaplica, jest i woźny w brązowym cylindrze i surducie. Ely Place leży w ciekawym rejonie, na północ od Holborn, gdzie tuż pod cegłami i asfaltem nowoczesnego miasta kryją się splecione ze sobą zagmatwane i niekompletne pokłady historii i mitów. W zaułku tym mieścił się jeden ze wspaniałych pałaców średniowiecznego Londynu, będący miejską rezydencją biskupa Ely. Biskupie włości obejmowały sporo okolicznych terenów, w tym także leżący na zachód obecny Hatton Garden. Od północy zaułek graniczy z Bleeding Heart Yard, który często pojawia się w powieściach Dickensa. Obecnie znajdują się tam restauracje – i to właśnie w jednej z nich, podczas rozmowy z moim wydawcą, niczym kawa, która pojawiła się na stoliku, w mojej głowie pojawiła się myśl o tym, gdzie będzie rozgrywać się akcja tej powieści. Tytuł podsunęła mi moja żona. [Angielski tytuł powieści brzmi: Bleeding Heart Square - przyp. ZwB]

Drugim punktem wyjścia stała się Brytyjska Unia Faszystów. Mosley i jego czarne koszule ciągle są mitycznymi upiorami brytyjskiej polityki. Z perspektywy czasu i przez soczewkę historii widzimy ich jako fanatyków, śmiertelnie skażonych kontaktami z Hitlerem i nazistami. Jeśli jednak zdobędziemy się na wysiłek i postaramy się ujrzeć ich takimi, jakimi byli na początku lat trzydziestych ubiegłego stulecia, wówczas pojawi nam się zupełnie inny obraz. Ruch faszystowski cieszył się poważaniem, sympatyzowali z nim – a także wstępowali w jego szeregi – członkowie Izby Lordów i parlamentu. BUF była dobrze zorganizowana i wspierana finansowo. Mosley głosił spójne hasła, które przemawiały do wielu wyborców ze wszystkich klas. Wydawało się, że proponuje proste rozwiązania skomplikowanych problemów.

Siedemdziesiąt pięć lat temu atrakcyjność ruchu – a także jego taktyka i argumenty – były niebezpiecznie wiarygodne. Byłem kiedyś w muzeum na wystawie pamiątek związanych z brytyjskim faszyzmem. Mundury, które zakładali na siebie faszyści, plakaty, które rozklejali, pałki, które nosili, budziły mój niepokój. Aż nadto oczywisty był fakt, że BUF dawała poczucie przynależności i że poczucie to stanowiło o jej atrakcyjności. Członkowie Unii z dumą maszerowali w rytm wygrywany na zdobionych werblach. Niektórzy kupowali emaliowane spinki do mankietów lub zapalniczki ze znakami ruchu.

Brytyjska Unia Faszystów jest już częścią historii, jednak ruchy, które wymagają od swoich członków złowieszczej bezwzględnej lojalności ciągle, niestety, są jeszcze obecne.

Trzecie źródło jest najstarsze. Towarzyszy mi przez niemal całe życie. Tak naprawdę to tu rozpoczęła się ta książka, choć jej koniec znajduje się zupełnie gdzie indziej. W tym wypadku przeszłość rozpoczyna się w 1899 roku. I właśnie tu do historii wkracza moja babka.

***

Moja babka opowiedziała mi o morderstwie. Naszym morderstwie. Mówiła ze skromną dumą posiadaczki. Miałem wtedy dwanaście lat i znajomość tematu zawdzięczałem przede wszystkim Agacie Christie. Ogólnie rzecz biorąc, przypadek morderstwa w kręgach zbliżonych do rodzinnych zdawał się czymś dystyngowanym, tak jak posiadanie domu, w którym straszy. Nie sądzę, by wtedy przyszło mi do głowy, że morderstwo pociąga za sobą ofiarę, że ktoś w jego wyniku naprawdę traci życie.

O morderstwie na Farmie za Fosą było w swoim czasie głośno. Farma znajdowała się w Essex, niedaleko Saffron Walden. Już sama jej nazwa była romantyczna, przywoływała na myśl stare dzieje. Farma ta należała kiedyś do moich prapradziadków. W latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku moja babka wraz ze swoją siostrą jeździły tam z Londynu na dłuższe pobyty. Kiedyś widziałem ich zdjęcie tam zrobione: dwie małe dziewczynki w białych sukienkach bez rękawów, trzymające się za ręce w ogrodzie.

Ponad dwadzieścia lat później okazało się, że zarabiam na życie pisaniem powieści, w których trup ściele się gęsto. W ramach mojej pracy przeglądałem jedno z tych często trafiających do druku opracowań na temat słynnych śledztw w sprawach morderstwa. I nagle znalazłem je, przestało wreszcie przebywać tylko i wyłącznie we wspomnieniach z mojego dzieciństwa: morderstwo na Farmie za Fosą z 1899 roku.

Mój wzrok przykuły zajmujące dwie strony fotografie, które towarzyszyły artykułowi. Na jednej widać było dom i część osuszonej fosy. Przeczesywało ją, prawdopodobnie w poszukiwaniu ciał, dwóch mężczyzn: jeden w meloniku, drugi w czapce i bez marynarki. Druga ukazywała drewniane wnętrze wielkiej stodoły należącej do gospodarstwa, w której prowadzono dochodzenie. Był też morderca: brodaty mężczyzna przypominający Henryka VII. Nazywał się Samuel Herbert Dougal. Była wreszcie jego ofiara, panna Camille Cecile Holland, najpierw jako śliczna kobieta w średnim wieku, pozująca do zdjęcia na sofie w swoim najlepszym niedzielnym stroju, z nieśmiałym uśmiechem na twarzy, a potem, po śmierci, jako przemoczony tłumok zawinięty w workową tkaninę, ułożony na krzesłach z jadalni w szklarni Farmy za Fosą.

Tak rozpoczął się Zaułek Diabła, od mojej babki i zawiniętego w jutowy worek tobołka w szklarni. Nic nie wydarzyło się szybko: w pewnym sensie powieść ta dojrzewała przez ponad czterdzieści lat. Jednak zdjęcie ciała spowitego w jutowy całun nie dawała mi spokoju.

Kiedy zainteresowałem się bliżej tym morderstwem, los się do mnie uśmiechnął. Okazało się, że opisano je w serii „Notable British Trials” (Słynne brytyjskie procesy), która zaspokajała apetyty przedwojennych czytelników na lekturę o zbrodni, uwiecznione przez George’a Orwella w eseju o upadku sztuki angielskiego morderstwa. Każdy z tych opasłych, czerwonych tomów koncentrował się na jednej sprawie o morderstwo: udostępniał zapisy z rozpraw, kopie innych istotnych dokumentów, fotografie, mapy oraz podstawowe informacje na temat morderstwa i tego, co nastąpiło potem. F. Tennyson Jesse, wybitna kryminolog i prawnuczka poety Alfreda Tennysona, opracowała i opatrzyła wstępem tom Proces Samuela Herberta Dougala (William Hodge and Company, London and Edinburgh, 1928).

Panna Holland poznała Samuela Dougala w 1898 roku. Była wtedy pięćdziesięciopięcioletnią starą panną z pokaźną sumką na koncie. On, trzy lata młodszy, były żołnierz, kobieciarz i oszust, ledwo uciekł z więzienia, w którym siedział za szereg innych przestępstw, w tym podpalenie, kradzież, bigamię i, prawdopodobnie, morderstwo. Amoralny człowiek, który potrafił omotać każdą kobietę, szybko pokonał wszelkie religijne, moralne i towarzyskie skrupuły panny Holland. Nie minęły trzy miesiące, a mieszkali już razem, jak mąż i żona, choć małżeństwem nie zostali.

Nie ma wątpliwości, że Dougal kierował się wyłącznie interesem. Jak kwieciście opisuje to F. Tennyson Jesse, „z podboju owej nieśmiałej, skrupulatnej starszej kobiety nie mógł czerpać żadnej fizycznej przyjemności. Gustował raczej w dorodnych wiejskich dziewkach, których miał jeszcze mnóstwo wokół siebie zgromadzić”. Zdołał namówić pannę Holland do przeznaczenia niemal jednej czwartej swojego kapitału na kupno farmy – i tutaj do historii włącza się moja babka. Głowa rodziny, William Savill, niedawno umarł. Rodzina wystawiła farmę, znaną wówczas pod nazwą Coldhams, na sprzedaż. Dougal, albo raczej panna Holland, ją kupili.

Nie można teraz z całą pewnością stwierdzić, dlaczego chcieli wejść w posiadanie tego miejsca. Panna Holland mieszkała dotąd przez cały czas w mieście. Może oddała się romantycznym marzeniom o wiejskim życiu, w domu na farmie otoczonej fosą, podobnym do ponurej, lecz romantycznej posiadłości z Mariany Tennysona. Może miała nadzieję, że Dougal ustatkuje się i zacznie pracować na gospodarstwie, że przestanie patrzeć pożądliwie na piersiaste dziewki i pić zbyt dużo brandy.

W trakcie negocjacji dotyczących zakupu Dougal chciał, by w umowie widniało tylko jego nazwisko. Jednak panna Holland, w nagłym przepływie zdrowego rozsądku do tego nie dopuściła. Zabrakło jej jednak mądrości, by odejść od Dougala. Być może czuła, że wreszcie znalazła mężczyznę, który ją kocha. Nie chciała go stracić, tak jak nie chciała stracić należących do rodziny cennych mebli i innych rzeczy, które teraz znajdowały się w Farmie za Fosą. Albo może uważała, że jej reputacja była już tak nadszarpnięta, że najlepiej będzie jak najlepiej wykorzystać to, co się ma? Tak czy inaczej, skąd miała wiedzieć, jakie miał wobec niej plany? Ostatnia próba zaznaczenia własnego autorytetu mogła być przyczyną jej śmierci – Dougal dowiedział się bowiem, że nie zapanował nad nią całkowicie.

Umowę podpisano 19 stycznia 1899 roku. Siedem dni później, 26 stycznia, para wprowadziła się do umeblowanych pokoi w Saffron Walden, gdzie mieszkała przez następne trzy miesiące, w trakcie których finalizowano sprzedaż i przygotowywano dom. Panna Holland zabrała ze sobą pieska, Jacko, za którym przepadała.

Ich gospodyni, pani Wiskens, mówiła później, że gdy panna Holland ubierała się na jakieś okazje, wyglądał dziesięć, piętnaście lat młodziej. Jednak już nawet wtedy pani Wiskens dostrzegała oznaki napięcia w związku swoich lokatorów. „Pani Dougal” jasno dawała do zrozumienia, że pieniądze, za które kupili dom, należały do niej. Nie podobało się jej, że Dougal miał w zwyczaju wyjeżdżać do Londynu, a potem w ostatniej chwili przysyłać jej telegraficznie wiadomość, że „zatrzymały go interesy” i musi spędzić noc w mieście. Panna Holland przesiadywała w salonie, czekając – na próżno czasem – na dźwięk dzwonka roweru Dougala wracającego ze stacji. ”Nie wierzę, że musiał zostać na noc”, zwierzała się pani Wiskens. „Gdyby chciał, to by wrócił”.

Do Farmy za Fosą Samuel Dougal i panna Holland przeprowadzili się 27 kwietnia. W linii prostej dzieliło ją od centrum Londynu trzydzieści mil, jednak nawet teraz jest to miejsce leżące na uboczu, otoczone polami, między wioskami Calvering i Rickling. W tamtych czasach domem położonym najbliżej farmy była plebania w Rickling. Dzielił je dystans pół mili.

F. Tennyson Jesse musiała widzieć to miejsce w latach dwudziestych ubiegłego wieku: „Sam dom nawet w słoneczne dni ma w sobie coś złowieszczego i posępnego. Wygląda jakby żywcem wzięty z jakieś burzliwej opowieści Brontë. Kiedy jest szaro i mokro natomiast, jest on uosobieniem samotności i smutku”. Dalej opisuje dom w stylu typowym dla najstraszniejszych baśni, być może nawet odpowiednim, biorąc pod uwagę los panny Holland. Nawet nazwiska pracowników farmy i służących mają w sobie coś nie z tego świata, jakby pochodziły z dzieł samego Bunyana [John Bunyan,  siedemnastowieczny angielski pisarz i kaznodzieja, autor Wędrówki Pielgrzyma - przyp. ZwB]. Dwukółka, która pierwszy raz przywiozła pannę Holland i Dougala na farmę, była powożona przez Henry’ego Pilgrima (Pielgrzyma). Jedna ze służących, które z zawrotną prędkością pojawiały się i znikały na Farmie za Fosą, była Lydia Faithful (Wierna).

Zdawało się, że wszyscy i wszystko się sprzysięgło, by nadać całej historii jeszcze ciemniejsze barwy. Na wsi zapanował kryzys. Ciężka, gliniasta ziemia lepiła się do stóp. Nieliczni okoliczni mieszkańcy byli moralnie zdeprawowani i przygnębieni. F. Tennyson Jesse poświęca deprawacjom seksualnym kilka gorzkich uwag: „zwierzęce zwyczaje, tak niewinne u zwierząt właśnie, a tak degradujące człowieka, stanowiły regułę raczej, niż wyjątek w tych małych, przeludnionych chatach”.

Panna Holland miała przed sobą jeszcze trzy nieszczęśliwe tygodnie życia. Samotna farma położona była na końcu błotnistej drogi dojazdowej; do domu można było dojść przez jedyny most przerzucony ponad fosą. Pocztę zostawiano w skrzynce na drugim końcu drogi dojazdowej, codziennie rano Dougal szedł pieszo, by ją odebrać. Nie zaglądał tu żaden handlarz, wszystko dowożone było dwukółką. Pierwszego ranka, który para spędziła w nowym domu, służąca poskarżyła się, że pan usiłował ją pocałować.

W piątek, 19 maja, około osiemnastej trzydzieści, panna Holland oznajmiła służącej, że pan Dougal zabiera ją dwukółką na zakupy. Był to ostatni raz, kiedy ktokolwiek - poza mordercą – widział ją żywą. Kilka minut później, gdy czekała w dwukółce przy moście nad fosą, Douglas zastrzelił ją ze swojego rewolweru. Zaraz potem pochował ją w nieużywanym rowie między polem a fosą.

Późnym popołudniem, gdy wrócił sam do domu, powiedział służącej, że „pani Dougal” postanowiła pojechać do Londynu. Następnego ranka oznajmił, że dostał list od „żony” (choć poczta jeszcze nie przyjechała), w którym informuje go, że odchodzi, by zamieszkać z przyjacielem. Tego samego dnia wysłał telegram do swojej prawdziwej żony (trzeciej), w którym zaprosił ją na farmę. Przedstawił ją miejscowemu pastorowi jako swoją córkę. Prawdziwa pani Dougal wkrótce nosiła już niektóre ubrania panny Holland oraz jej biżuterię. Zdobyła się też na hojny gest wobec żony pastora, dając jej w prezencie szal i nuty, które nigdy do niej nie należały.

Po kilku miesiącach Jacko, ukochany piesek panny Holland, pojawił się w drzwiach pani Wiskens, gospodyni z Saffron Walden. Pani Wiskens, zaskoczona i lekko urażona, że panna Holland wyjechała bez pożegnania, napisała na Farmę za Fosą. Dougal odebrał psa. Unikał odpowiedzi na pytania dotyczące miejsca pobytu jego żony.

Mijały lata. Dogual nie miał trudności z podrobieniem podpisu panny Holland. Stopniowo sprzedawał jej akcje i wypłacał jej pieniądze. Przepisał farmę na siebie. Z początku cieszył się sporą popularnością wśród sąsiadów, był sympatyczny, rozmowny, świetnie strzelał; zawsze gotów postawić drinka bądź dorzucić się w jakiejś słusznej sprawie. Był godny uwagi również dlatego, że jako jeden z nielicznych w sąsiedztwie posiadał rower, a także pierwszy samochód (który nazywał lokomobilem).

Jedynym problemem był seks, a zwłaszcza to, że (jak pisała dyskretną i zawiłą prozą F. Tennyson Jesse) Dougal „nie potrafił opanować swoich miłostek we wcale niewąskich granicach niezbyt ciasnych kręgów, w których się obracał” (ciągle nie jestem pewien, co to znaczy). Wdał się w szereg romansów w pobliżu domu i nie za bardzo zawracał sobie głowę tym, by je ukrywać – na przykład kusił jedną siostrę na oczach drugiej albo wypierał się ojcostwa, kiedy zasądzano mu alimenty. Kiedy indziej „miał romans” z trzema siostrami i ich matką. Bez wątpienia było to „zachowanie człowieka, dla którego seks był chorobą, którego pożądanie doprowadzało do szaleństwa i który nie wiedział, co to zwykła roztropność”.

Ludzie zaczęli gadać o Farmie za Fosą. Można było usłyszeć historie o tym, jak Dougal uczył nagie dziewczęta jeździć na rowerze. „Cóż za obrazek”, pisała F, Tennyson Jesse z narastającym podnieceniem, „na tym gliniastym, nierównym polu, oblepione gliną dziewczyny, nagie, siedzące okrakiem na tym mało romantycznym przedmiocie, na rowerze, i Dougal, wielki i pełen energii, zagrzewający je do tych nieprzyzwoitości…!”

Ludzie zaczynali sobie przypominać różne rzeczy z przeszłości – i pytać o to, co się stało z panną Holland. Była wśród nich również prawdziwa pani Dougal, która uciekła z innym mężczyzną i z którą Dougal usiłować się rozwieść. Rodziło się coraz więcej wątpliwości, które zamieniały się w podejrzenia, a te w marcu 1903 roku doprowadziły do rozpoczęcia policyjnego śledztwa w sprawie zniknięcia panny Holland. Dougal wymyślił jakąś historię, by wyjaśnić jej wyjazd, szybko jednak okazała się ona nieprawdziwa. Po bliższej analizie transakcji finansowych dokonanych na nazwisko panny Holland od maja 1899 roku ujawniono cały szereg fałszerstw.

Jeszcze przed odnalezieniem ciała sprawa wywołała olbrzymie zainteresowanie. Dom na Farmie zajęła policja, która osuszyła fosę i rozkopała sporą część okolicznych pól. Jak podawał „The Times”, sześć tysięcy „wycieczkowiczów” zjechało na farmę w poniedziałek wielkanocny w 1903 roku. Wielu z nich polowało na „pamiątki”, inni uzbrojeni byli w aparaty fotograficzne. Krążyli między nimi sprzedawcy orzeszków i innych przekąsek. Zawodowi fotografowie robili widokówki i sprzedawali je turystom.

W końcu znaleziono zwłoki kobiety, znajdujące się w stanie znacznego rozkładu. Kiedy je przenoszono, odpadła od nich stopa. Włosów już nie było, podobnie jak większej części twarzy. W czaszce widoczna była dziura po kuli. Jednak to, co pozostało z ciała i ubrania, wystarczyło policji do zidentyfikowania zwłok panny Camille Holland.

Dougal popełnił błąd, chowając ją w rowie, który częściowo przykryty był ściętymi gałęziami. Patolog stwierdził, że gdyby zakopał ją w pochodzącym z farmy gnoju, w wyniku działania kwasów po czterech latach z ciała i ubrań nie zostałoby nic poza, być może, niedającą się zidentyfikować kością biodrową.

W trakcie dochodzenia koronera ławnicy potrzebowali tylko pięciu minut, by stwierdzić, że Samuel Herbert Dougal jest winny popełnienia morderstwa z premedytacją. Zabójca panny Holland zapewniał o swojej niewinności, jednak zebrane dowody świadczyły przeciwko niemu. Większość z nich opierała się na rozkładach jazdy pociągów i przesyłkach pocztowych, na zeznaniach urzędników bankowych i plotkach gospodyń, co potęgowało wrażenie, że owo dokonane w rzeczywistości morderstwo zaczęło żyć drugim, ulotnym życiem w wyobraźni wielu autorów i czytelników kryminałów „złotego wieku”.

Dougal został oskarżony i skazany. Czekając na dzień egzekucji sprzedał swoją historię gazecie „The Sun”. Swoją upiorną opowieścią nieprzekonywająco usiłował dowieść, że śmierć panny Holland nastąpiła w wyniku okropnego wypadku. O wszystko obwiniał brandy. Został powieszony w więzieniu w Chelmsford czternastego lipca 1903 roku. Pochowano go w bezimiennym grobie, jakkolwiek jego inicjały i numer są wyryte na pobliskim murze.

Jego ofiara spoczywa na cmentarzu w Saffron Walden. F. Tennyson Jesse zwraca uwagę na to, że pannie Holland spodobałaby się inskrypcja na krzyżu nad jej grobem: „Dla uczczenia pamięci Camille Cecile Holland z Maida Vale w Londynie, która zmarła w Clavering w smutnych okolicznościach 19 maja 1889 roku, mając lat 56".

Natomiast Jacko, piesek panny Holland, znalazł dom u pani Wiskens, gospodyni w Saffron Walden, która była ważnym świadkiem oskarżenia w procesie Dougala. Pozwólmy ostatnie słowa powiedzieć F. Tennyson Jesse: Jacko stał się „przedmiotem ciekawości pomieszanej z podziwem”. I nawet sama śmierć nie położyła temu kresu: „Teraz stoi on wypchany w szklanej gablotce na stoliku w salonie, gdzie panna Holland czekała kiedyś na dźwięk dzwonka roweru Dougala”.

***

Powieściopisarzowi przysługuje luksus wyboru. Jacko nadal żyje w Zaułku diabła, podobnie jak woźny w cylindrze, faszystowskie spinki do mankietów i wiele więcej. Książka ta jednak zaczęła się od mojej babki. Zaczęła się od pragnienia, by mogła przemówić kobieta zamordowana „w smutnych okolicznościach”.

Andrew Taylor


przeł. Anna Sawicka-Chrapkowicz

foto: Caroline Silverwood Taylor