Adam Zalewski - Halloween

28.10.2010

Z okazji zbliżającego się Halloween publikujemy miniaturę mistrza grozy Adama Zalewskiego napisaną specjalnie dla naszego serwisu!

George Splitt nie cierpiał Halloween. Będąc poważnym przedsiębiorcą, w ogóle mało uwagi poświęcał większości świąt. Może z wyjątkiem Bożego Narodzenia, które w jego rodzinnym domu zawsze było traktowane jako rzecz niezwykła. Całą resztę traktował jak dopust Boży. Irytował go fakt, że Linda zrzucała przy takich okazjach obowiązek wychowywania dwójki ich synów w poszanowaniu jakiejś tam tradycji. To on musiał dbać o właściwą oprawę Dnia Dziękczynienia, to on musiał zabierać swoją czeredę na pikniki z okazji Święta Pracy, to on musiał kupować te głupie przebrania i gadżety na to całe zakichane Halloween. Do jego obowiązków należało witanie natrętnej zgrai dzieciaków z sąsiedztwa i częstowanie tej hałastry cukierkami. Najgorszą rzeczą, która przychodziła mu z trudem, było przygotowywanie tej durnej, wyszczerzonej dyni. Nie potrafiłby zliczyć, ile razy poparzył sobie palce podczas zapalania znicza umieszczonego w wydrążonym, pękatym wnętrzu.

W tym roku także przebrnął poprzez cały rytuał. Po kolacji jedenastoletni Brad i ośmiolatek Simmy, ubrani w nowe stroje, pognali na dwór, żeby wziąć udział w żebraczej włóczędze po domach wraz z jedną z grup rówieśników. Nigdy nie odwiedzali domu rodziców. George zastrzegł, że nie życzy sobie takich odwiedzin, i mimo protestów, nie ustąpił. Nie znosił głupich szczyli, wymachujących rękami i wrzeszczących: „Cukierek albo psikus!”.

Zeszłego roku przywlókł się tutaj Joe Silvestri, syn tego makaroniarza Enrico, prowadzącego kawałek dalej tandetną pizzerię. Przyszedł sam – zapewne liczył na obfity łup, ale ta świadomość rozwścieczyła Georga.

Na tradycyjne zawołanie opuścił torbę ze słodyczami i warknął:

– Spieprzaj, gówniarzu!

Zatrzasnął drzwi i zadowolony z siebie, wrócił na swoje miejsce przy kominku. Następnego ranka na bieli wejściowych drzwi zastał wypisany czerwonym sprayem wielki wyraz: „Dupek”. Jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem, dopadł Joego przed wejściem do pizzerii. Skopał gówniarzowi dupę, aż miło. Może nieco przesadził, ale chciał jedynie dać szczylowi nauczkę. Nie mógł przewidzieć, że smarkacz pryśnie na ulicę wprost pod koła ciężarówki. Zginął na miejscu. Ugoda z bandą Włochów kosztowała George’a furę pieniędzy. Na dodatek niektórzy z sąsiadów przestali poznawać go na ulicy. Miał już tego powyżej uszu i poważnie myślał o przeprowadzce. Znalazł nawet przyzwoitą posiadłość w sąsiedniej dzielnicy. Dom miał zwolnić się na wiosnę i George niecierpliwie liczył czas do upragnionej przeprowadzki. Cieszył się, że po raz ostatni szykuje cukierki dla małych natrętów, ale nie miał wyjścia. W tych sprawach Linda była nieubłagana.


Siedząc przy kominku, popijał dwunastoletnią whisky, nasłuchując odgłosów dobiegających z ulicy. Drgnął na odgłos gwałtownego pukania.

– Banda nicponi! – mruknął, wstając. Ostawił szklaneczkę, sięgnął po torbę z cukierkami i podszedł do drzwi. Niechętnie przekręcił gałkę i otworzył. Na widok gościa, szczęka opadła mu ze zdumienia.

Na ganku stał Enrico Silvestri w czarnej długiej kapocie i okularach bez szkieł. W lewej ręce trzymał płócienny worek na fanty, prawą dłoń wystawiając gestem jałmużnika.

– Cukierek albo psikus – usłyszał zdumiony George. Omal nie zakrztusił się własną śliną.

– Co to ma znaczyć? – syknął. – Dostałeś, ile chciałeś! Wypieprzaj, bo wezwę policję!

– Cukierek albo psikus – powtórzył Silvestri. George z trudnością mógł dostrzec jego rysy w zapadającym zmierzchu. Poczuł gwałtowne „kopnięcie” adrenaliny.

– Spieprzaj! – powtórzył. – Dzwonię po policję.

Obrócił się na pięcie, sięgając w stronę klamki. Nie zwrócił uwagi na gorączkowy błysk oczu gościa. Nie zauważył prawej ręki Włocha zagłębiającej się w płóciennym worku.

Jedyne, co usłyszał, to metaliczny szczęk odbezpieczanej broni. Huk strzału zatrząsł mieszkaniem.

Nogi George’a ugięły się komicznie, kiedy padał krwawym obliczem na lakierowaną podłogę. Palce rozwarły się konwulsyjnie, wypuszczając torbę. Upadła w progu, siejąc na ganek strumień błyszczących cukierków.

Z zaułka poza domami dobiegło radosne, chóralne: „Cukierek albo psikus!

Adam Zalewski

 

Czytajcie! - Zalewski na Halloween

...i pojawił się King - Zalewski w Bookarni

Recenzje książek Adama Zalewskiego