– Zabij ją.
Na dźwięk jej głosu najpierw uchylił powiekę, a potem usiadł, zaskoczony stanowczym brzmieniem słów.
– Zabij ją albo ja to zrobię – powtórzyła.
– Nie mów tak. – Chciał się wtulić w wilgotną jeszcze dłoń. Lubił zapach jej skóry, nawet bardzo go lubił.
– Kiedy od niej odejdziesz? – spytała z mocą.
Pod ciosem słów skurczył się i zmiękł.
– Nie mogę tego zrobić – powiedział bezradnie, a dolna warga zaczęła mu drżeć.
– Jeśli nie da ci rozwodu, to trzeba będzie ją zabić. – Wstała raptownie, a on zachwiał się i opadł na poduszki.
– Dlaczego? – wymamrotał, wciąż nie mógł uwierzyć, że anielskie usta kochanki mogą być tak okrutne.
– Inaczej – zagroziła – koniec tego miodu. Mam dość ukrywania.
Złość wykrzywiła jej twarz, wzrok był nieprzejednany. Wyciągnął do niej rękę, ale ona ją zignorowała, zajęta zbieraniem rozrzuconego po podłodze ubrania.
– Chcę stabilizacji. Nie będziesz mnie wpędzał w lata. – Zaczęła się szybko ubierać. Było w tym coś ordynarnie złowrogiego, gdy zniecierpliwiona strzelała gumkami różowych majtek, jakby każdy gest podkreślał, że temat został zamknięty, a nieodwołalne decyzje już zapadły.
Mimo upływu lat, gdy przekraczała próg szarego budynku, nadal przenikał ją zimny dreszcz. Tutaj, za zakurzoną neoklasycystyczną fasadą w samym centrum rozhisteryzowanego miasta, umarli wyznawali swoje ostatnie tajemnice.
Lewicka minęła korytarz i zapukała do odrapanych drzwi. Powietrze wypełniał zapach mokrego tynku. Gdzieś z góry dobiegał hałas młota udarowego, atakującego zaciekle stare mury.
– Cześć! Nareszcie! – niska blondynka rozjaśniła twarz w powitalnym uśmiechu. – Siadaj – poleciła.
Zielona płócienna sukienka, przypominając śmiertelną koszulę, nie sięgała nawet jej okrągłych kolan.
– Chcesz kawki? – spytała.
– Dziękuję, Madziu, ale nie. Jeszcze dzisiaj jadę do tego lekarza i do domu ofiary. Powiedz mi, co ustaliliście, i lecę, nie chcę czekać na oficjalny raport.
Przewiesiła żakiet przez oparcie krzesła i usiadła ostrożnie. Nie chciała zrzucić papierów, które zaścielały stłoczone w pokoju biurka, a nawet podłogę, piętrząc się w na pozór bezładnych stosach.
– Straszny bałagan mamy przez ten remont, ale raport się pisze. – Pulchna dłoń machnęła w stronę komputera, za którym siedział jasnowłosy chłopak. – Piotruś dobiera słowa.
Filiżanka szczęknęła o spodek, zapachniało świeżo parzoną kawą.
– Kolumbijska? Poproszę. Ale tylko pół filiżanki i dwie łyżeczki cukru. – Lewicka z przyjemnością zaciągnęła się aromatem kawy. – Zapach kawy mnie uspokaja.
– Mnie też. Podobno ludzie piją kawę, żeby się pobudzić. Na mnie działa kojąco – uśmiechnęła się okrągła blondynka. Rozsiadła się na skrzypiącym krześle i założyła nogę na nogę, wysoko odsłaniając pulchne uda.
Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że sympatyczna twarz Madzi pozbawiona cech szczególnych, jeśli nie liczyć nigdy niegasnącego uśmiechu, należy do przeciętnej kobiety, żony i matki, codziennie zmagającej się ze zwykłymi problemami dnia powszedniego. Jednak ktoś skupiony jedynie na prozie życie, nie mógłby mieć tych kilku cennych literek przed nazwiskiem, tych skrótów z kropkami i bez, które świadczą o pracowitości i talencie uczonego, a którymi Magdalena Wdowiak mogła się poszczycić.
O nieprzeciętności Madzi świadczyły przede wszystkim oczy. Orzechowe jeziorka przesycone miodowym blaskiem posyłającym najmądrzejsze i najbardziej wyrozumiałe dla ludzkich słabości spojrzenie, które momentalnie umiało się zmienić w twardy i zimny sprzeciw wobec niegodziwości świata.
– No to czekam na te rewelacje – Lewicka mieszała kawę, starając się nie dzwonić o wyszczerbiony kubek z muchomorkiem.
– Bezpośrednią przyczyną śmierci był obrzęk płuc – Madzia starannie oblizała łyżeczkę – wywołany nadmiernym nagromadzeniem acetylocholiny w organizmie na skutek zatrucia pestycydami fosfoorganicznymi.
– Inaczej mówiąc?
– Zatrucie środkiem owadobójczym. To potwierdza obserwacje lekarza pierwszego kontaktu. Wezwano go tuż przed jej śmiercią. Efekt był piorunujący, nie wiele mógł zrobić. Mam tu jego notatkę... Ślinotok... Obfite pocenie... Łzawienie... Wzmożone wydzielanie oskrzeli... Bradykardia... – Czytała, pomijając nieistotne szczegóły. – Mamy też dokładną godzinę śmierci: siódma pięćdziesiąt. To właśnie on wykluczył zejście naturalne i podejrzewał zatrucie pestycydami.
– Acha. – Lewicka nigdy nie popędzała Madzi. Lubiła słuchać jej niskiego głosu, gdy wygłaszała trudne do powtórzenia, obco brzmiące słowa, które nabierały w jej ustach nowych, brzemiennych w skutki znaczeń. – Czyli się nie mylił.
– Potwierdzamy, prawda Piotrusiu? – Madzia zwróciła się do swego asystenta.
Ten wyjrzał zza monitora i spod dramatycznie zmierzwionej grzywki spojrzał na nie nieprzytomnie. Miał delikatną, prawie dziewczęcą twarz i gdyby nie ciemne włosy porastające jego nagie przedramiona, można by pomyśleć, że to jeszcze chłopiec.
– Słucham? – zamrugał nerwowo, jak uczeń wyrwany nagle do tablicy. – No tak... – Podrapał się po głowie. – Takie są wnioski z autopsji, przed godziną dostałem wyniki analiz laboratoryjnych, które to również potwierdziły. Ach, więcej takich lekarzy, a życie byłoby dużo łatwiejsze.
– Niby jakich? – Lewicka odwróciła się i przyjrzała chłopakowi przez szparki ciemnych oczu.
– No... Takich dokładnych i rzetelnych – zaczął niepewnie, zdeprymowany nagłym zainteresowaniem inspektorki. – Po prostu fachowiec. Mieliśmy tu niedawno ekshumację, mężczyzna został otruty arszenikiem, a wie pani, co lekarz pierwszego kontaktu wpisał do aktu zgonu?
– Panie Piotrze – Lewicka pochyliła się w stronę asystenta i z uśmiechem pokręciła głową. – I pan, i ja mamy pełne ręce roboty. Zabójstw nam nie brakuje, w każdym bądź razie, ja nie uskarżam się na nudę. Po co nam nowe odkrycia? Czy tych panu nie wystarcza? Gdyby więcej było takich lekarzy, życie stałoby się nie do wytrzymania.
– No nie, to lekka przesada – obdarzył ją zdumionym spojrzeniem czystych oczu. – Naprawdę ma pani tak złe zdanie o bliźnich?
– Nawet jeszcze gorsze.
Lewicka opadła z powrotem na krzesło i zajęła się zawartością kubeczka.
– Myśli pani, że ilość niewykrytych zbrodni jest dużo większa niż to, co do nas dociera? – Lękliwie obejrzał się za siebie.
– Nie myślę, jestem tego pewna. Na szczęście dla nas większość z nich zostaje uznana za nieszczęśliwe wypadki lub naturalne przejście w inny wymiar.
– Pani uważa ludzi za bestie?
– Nie uważam. Dawno temu pozbyłam się złudzeń. Badamy zaledwie wierzchołek góry lodowej. Prawda jest głęboko skrywana. Na światło dzienne wychodzą przede wszystkim zabójstwa, które trudno ukryć, zdradza je rana po nożu, rozłupana siekierą głowa, postrzał, czasem wiele postrzałów. Tak naprawdę rzadko mamy do czynienia ze zbrodniami według Agathy Christie.
Zapadła cisza, podczas której chłopak z narastającym niedowierzaniem na przemian spoglądał to na swoją szefową, to na policjantkę.
– No nie! Wkręcacie mnie! – zaczerwienił się na twarzy.
– Nie deprawuj mi chłopaka – Madzia pogroziła palcem Lewickiej i parsknęła śmiechem.
– To co ten lekarz wpisał do aktu zgonu? – Inspektorka mrugnęła porozumiewawczo.
– Drogie panie, jesteście po prostu niemożliwe. – Piotr usiłował się uśmiechnąć, ale czuł żal, że sobie z niego zakpiły i nie traktują go poważnie. – Wpisał niewydolność krążenia na skutek powikłań pogrypowych, objawy są mniej więcej podobne.
– To ciekawe. Myślałam, że arszenik wywołuje wymioty i biegunkę. Czy to możliwe? – Lewicka przyglądała się zaciekawiona zaróżowionej twarzy chłopaka.
– Możliwe – przytaknął skwapliwie. – Ofiara pracowała na czarno przy pakowaniu trutek na szczury. – Rumieńce zaangażowania na nowo rozpaliły policzki Piotra. – Te trutki zawierały zakazany u nas arszenik. W pozbawionym wentylacji pomieszczeniu nawdychał się zabójczego pyłu. Tego samego dnia poczuł się źle i sam zgłosił do lekarza, pierwsze objawy były rzeczywiście podobne do choroby wieńcowej, zrobiono mu nawet EKG, katar i chrypkę uznano za nieżyt na skutek osłabienia, denat niedawno przechodził grypę. Potem wystąpiły zaburzenia przewodu pokarmowego, ale nie skojarzono ich z pozostałymi symptomami. Lekarz przepisał mu standardowe leki grypowe i odesłał do domu. Na drugi dzień facet już nie żył.
Inspektorka uniosła w podziwie brwi i spojrzała pytająco na Madzię.
– Tak było. Piotruś jest bardzo dokładny i szalenie skrupulatny, będą z niego ludzie.
– Jestem pod wrażeniem – Lewicka uśmiechnęła się szeroko. – A co z moją denatką?
– Nie wykluczamy nieszczęśliwego wypadku, ale... – Madzia zmarszczyła gładkie czoło. Wyglądała teraz dużo poważniej niż na swoje pięćdziesiąt lat.
– Uwielbiam twoje „ale” – Lewicka uśmiechnęła się lekko.
– Łatwo o zatrucie bez zabezpieczenia dróg oddechowych i skóry, bo to świństwo nie podrażnia, nie piecze, nie swędzi. Nim ofiara się spostrzeże, trucizna szybko przenika do wnętrza organizmu. O tej porze roku zdarza się, że jakiś rolnik bez maski robi opryski pod wiatr i trafia do szpitala z ostrym zatruciem. – Madzia upiła łyk kawy. – Mogłoby to być również samobójstwo. Była w szóstym lub siódmym tygodniu ciąży.
Lewicka szybko zajrzała do swoich notatek.
– Miała czterdzieści osiem lat...
– To nic nie znaczy.
– Myślisz, że to był powód? Wiedziała, że jest w ciąży?
– Nie wiem. Klimakterium przebiega u każdej kobiety nieco inaczej. Mogła zlekceważyć objawy ciąży lub potraktować je jako kolejne zaburzenie cyklu. Może przyjęła z ulgą utratę miesiączki.
– Myślisz?
– Nie bawię się w domysły. Badam i analizuję. Miała bardzo zadbane ciało, ale bez przesadnej troski o wygląd. Taka domowa higienistka. Przypominała mi pachnącą tanim mydłem katechetkę z mojej parafii: zwyczajnie ładna, bez zbędnych ulepszeń. Tylko moja katechetka nóg sobie nie goli, a denatka i owszem.
Zapadło milczenie, którego Lewicka nie miała zamiaru przerywać. Było jej dobrze w tym zagraconym pokoju, w towarzystwie racjonalnej Madzi z kubkiem kawy w dłoni.
– Czy już wcześniej rodziła?
– Tak. I to co najmniej dwa razy przez cesarskie cięcie, miała dwie stare blizny.
Madzia otworzyła blaszane pudełko i poczęstowała Lewicką herbatnikami.
– Wiesz, w Finlandii obserwowano dużą liczbę samobójstw popełnionych z użyciem środków owadobójczych, przodują w tym kobiety ze wsi. Tam łatwiej o dostęp – orzechowe oczy Madzi nabrały przenikliwości teriera na tropie. – Ale tu jest właśnie pies pogrzebany. Nic nie znaleźliśmy w przewodzie pokarmowym. Ona tego nie połknęła.
– Czyli wypadek przy pracy w wyniku niedbalstwa.
– Ale to też mi nie pasuje. Otrzymała śmiertelną dozę. Zatrucie drogą wziewną jest bardzo niebezpieczne, żeby jednak było skuteczne, trzeba naprawdę się postarać. Rozpylone pestycydy są przecież rozcieńczone, a okres utajenia może wynosić nawet kilkanaście godzin. Przy bezpośrednim kontakcie skóry z roztworem działanie toksyczne ujawnia się po kilku godzinach utajenia, ale rzadko jest śmiertelne, chyba że toksyna była skoncentrowana i nie została wystarczająco szybko zmyta ze skóry. Najszybciej, bo już po kilku minutach, objawy zatrucia występują po połknięciu nierozcieńczonego preparatu, ale mówię ci, że nic nie znaleźliśmy w przewodzie pokarmowym.
– Powiedzcie mi, czego ja mam właściwie szukać? – Lewicka westchnęła nieco zrezygnowana.
Piotr szybko podał jej zadrukowany arkusz.
– Środków owadobójczych. Zrobiłem listę preparatów dostępnych na naszym rynku. Trochę tego jest.
– Ile wynosi ta śmiertelna doza? – spytała inspektorka.
– Większość ma takie stężenie, że potrzeba łyżeczki od herbaty lub dwie łyżki stołowe. Na czerwono podkreśliłem te, których wystarczy kilka kropel – wyjaśnił Piotr.
– A dokładniej?
– Mniej niż siedem kropel.
– Dzięki za kawę. – Złożyła arkusik i schowała w kieszeni żakietu. – Na mnie pora.
– Jakby pojawiło się coś nowego, będziemy cię informować na bieżąco. – Madzia ruszyła za nią w stronę drzwi. – Czekamy jeszcze na pozostałe wyniki badań.
Nieduży sześcian gminnej przychodni stał na uboczu, wbity w świeżą zieleń drzew. Parking był pełen, zatrzymali się obok stojaka dla rowerów.
– Zaczekaj na mnie w samochodzie – Lewicka zwróciła się do młodego policjanta w cywilu.
Jeśli bakterie mają zapach, to właśnie nimi przesycone było gęste powietrze w poczekalni, którą wypełniali ludzie w przepoconych ubraniach. Panował tu nieustający szum przyciszonych rozmów, którym wtórowały głośne pociągnięcia nosem, od czasu do czasu monotonne mormorando zniecierpliwionych pacjentów rozdzierał suchy kaszel lub płacz dziecka na piętrze.
Na widok policyjnej legitymacji recepcjonistka szybko pobiegła po lekarza.
– Broszkiewicz. Czym mogę służyć? – wysoki mężczyzna w białej bluzie nagle wyrósł przed inspektorką. Miał szarą od dymu papierosowego twarz poprzecinaną licznymi bruzdami.
– Podinspektor Ewa Lewicka, wydział dochodzeniowo-śledczy komendy głównej – zaczęła. – Dziękuję, panie doktorze, że chciał mi pan poświęcić chwilę. Postaram się streszczać.
– Tak, mam dzisiaj urwanie głowy – powiedział znużonym głosem. Wyglądał na przygnębionego. – Wysyp wiosennych przeziębień i gorączki siennej. Słucham, w czym mogę pani pomóc?
– Czy dobrze pan znał Annę Matczak?
– Była moją sąsiadką i pacjentką – zaszemrał smutno.
– Kto pana wezwał do chorej?
– Jej mąż, Karol.
– Czy mógłby pan opisać, co się wydarzyło tamtego ranka?
– Wpadł do mnie z krzykiem, że Anna źle się czuje. Zaraz tam poszedłem. – Wyjął paczkę papierosów, w środku miał schowaną zapalniczkę. Gestem zaproponował papierosa, odmówiła, zrezygnowany na powrót wsunął paczkę do kieszeni. – Anna leżała na podłodze w wymiocinach. Była zlana potem, ale ciepła. Wykluczyłem krwotok wewnętrzny. Miała trudności z oddychaniem, zachłystywała się, piana wychodziła nosem. – Monotonny głos usiłował zdystansować się od niedawnych przeżyć. – Straciła przytomność. Kazałem wezwać pogotowie. Sam prowadziłem reanimację. Ponad czterdzieści minut...
Zamilkł, a cienie pod oczami stały się jeszcze ciemniejsze. Ramiona opadły, jak u śmiertelnie zmęczonego wędrowca.
– Dlaczego podejrzewał pan zatrucie? Obrzęk płuc może mieć także inne przyczyny.
Znużone spojrzenie szarych oczu utkwiło w twarzy inspektorki.
– Anna na nic nie chorowała. Znam ją... – zawahał się. – Znałem ją ponad dwadzieścia lat. Trochę uskarżała się na katar sienny. Była pod opieką alergologa. Bardzo dbała o siebie. Z najmniejszym pryszczykiem przychodziła do mnie... Taki pacjent to skarb. Wszyscy chorują, ale nie wszyscy tak posłusznie stosują się do zaleceń.
Ponownie wyjął paczkę papierosów, po chwili szary obłoczek opuścił jego nozdrza.
– Poprzedniego dnia widziałem, jak Anna wracała z mężem z oprysków. Są właścicielami sadu. Robotnik, który zazwyczaj tym się zajmował, ma złamany bark. Anna go zastąpiła. Widziałem już zatrucia pestycydami, dlatego od razu skojarzyłem.
– Czy wiedział pan, że Anna była w ciąży?
Brwi nieznacznie się uniosły i zaraz opadły, zbyt długo był lekarzem, by coś mogło go zdziwić.
– Nie. Nic mi nie mówiła. – Spojrzał na nią badawczo. – Miała wpaść do mnie w przyszłym tygodniu. Mówiła, że źle się czuje, że to pewnie menopauza daje się jej we znaki. Chciała bym coś doradził, dał na złagodzenie objawów. Poradziłem jej najpierw odwiedzić ginekologa.
– Czy Anna miała jakieś problemy? Była przygnębiona?
– Anna? Nie miała problemów, dobrze im się powodziło. Może nie tak jak kiedyś, ale nie narzekali. Chyba że z mężem.
– Z mężem?
– Proszę wybaczyć, ale nie chcę zajmować się plotkami. Nie, nie miała żadnych problemów – powiedział stanowczo. – Nic o nich nie wiem, w każdym bądź razie nie od niej.
– Dziękuję, panie doktorze, nie będę pana dłużej zajmować.
– Przepraszam... – Spojrzenie melancholijnie szarych oczu stało się jeszcze bardziej ponure. – Czy to było zatrucie pestycydami?
– Tak. Sekcja to potwierdziła.
– Dziękuję.
Wraz z porywem wiatru spadło na Lewicką i towarzyszącego jej policjanta wiosenne konfetti blado-różowych płatków. Dom, zbyt boleśnie prawdziwy w porównaniu z bajkowym otoczeniem kwitnących sadów, stał na małym wzniesieniu. Wysoka piwnica i zbyt niskie drugie piętro były świadectwem przynależności budynku do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy światem rządziły ograniczenia, które ludzka zmyślność usiłowała sprytnie ominąć.
W drzwiach powitała ich przysadzista, stara kobieta w czerni.
– Pani jest...? – inspektorka spytała z uprzejmym wyrazem twarzy, które większość ludzi brała za przejaw łagodności.
– Gospodyni. Kornelia Dyduch.
– Była pani tutaj tamtego ranka?
– Nie. Byłam u siostry. Ach pani, żeby mnie nie poniosło, to nic złego by się nie stało. Zaopiekowałabym się panią Anią. Zaraz bym pobiegła po doktora.
Wyciągnęła z rękawa pomiętą chustkę i otarła oczy.
Wprowadziła ich do dużego, prostokątnego pokoju na piętrze. Zewsząd wyzierały relikty dawnej świetności. Ciemny ołtarz regałów na wysoki połysk z nieodłącznym idolem w postaci kolorowego telewizora zajmował całą ścianę. Kryształowe kieliszki i chińska porcelana ustawione według wzrostu, rysunku i koloru pyszniły się jak na sklepowej wystawie. Półki uginały się pod ciężarem nigdy nieużywanych waz do ponczu i podobnych cebrzykom wielkich wazonów. Skórzana, gęsto pikowana kanapa bardziej odstraszała, niż zachęcała do odpoczynku. Na ścianie wisiał oksydowany krzyż, ze stylizowaną głową Chrystusa w cierniowej koronie. Małe dzieło sztuki, całkiem nie na miejscu w pokoju urządzonym z prowincjonalnym przepychem.
W drzwiach stanął niewysoki, drobny mężczyzna w ciemnym ubraniu. Wyglądał niechlujnie mimo czarnej koszuli gładko upchniętej w szarych spodniach. Nie nosił krawata. Za ciasny kołnierzyk zapiętej na ostatni guzik koszuli wpijał się w zaczerwienioną szyję. Jajowatą głowę okalał ciemny wianuszek włosów. Chytre oczka cały czas penetrowały zakamarki pokoju, zatrzymywały się przez chwilę na twarzach policjantów i zaraz uciekały spłoszone gdzieś w bok.
Lewicka nie mogła zrozumieć, dlaczego kobiety takie jak Anna, schludne czyściochy, żyją latami u boku niedbaluchów w typie pana Karola. „Dlaczego decydują się na życie z kimś, komu każdego ranka trzeba przypominać o zmianie gatek, a wieczorem o kąpieli” – westchnęła do własnych myśli.
– O co chodzi? – spytał Matczak obcesowo.
– Podinspektor Ewa Lewicka i młodszy aspirant Krystian Adamczyk z wydziału dochodzeniowo-śledczego – wyjaśniła.
– Podinskpektor? A dlaczego nie cały komisarz? Czemu tak niska szarża? – powiedział z przekąsem.
– Podinspektor jest wyższy rangą od komisarza.
– A co? Odgonili was od biurek? – uśmiechnął się cierpko i dopiero teraz zaszczycił ją swoim rozbieganym wzrokiem.
– Rozumiemy ból po stracie żony, musimy jednak przeprowadzić postępowanie wyjaśniające. Pańska żona nie umarła z przyczyn naturalnych.
Matczak wzniósł oczy ku górze. „Jeszcze jeden dopust boży, z którym przyszło się zmagać”, mówiła jego twarz.
– Tak, słucham. – Z miną cierpiętnika usiadł bokiem przy stole przykrytym wzorzystym gobelinem. Na znak, że ten teren należy do niego, demonstracyjnie objął ramieniem oparcie i założył nogę na nogę. Wciąż zajęty rachowaniem sprzętów w pokoju, unikał kontaktu wzrokowego.
– Czy możemy usiąść?
Zmierzył niechętnym wzrokiem Lewicką, ale skapitulował szybko i powiedział:
– Co? Oczywiście, proszę.
Na łysej głowie Karola Matczaka pojawiły się drobne kropelki potu, mimo że w pokoju było chłodno i przyjemnie.
– Podobno w przededniu tego tragicznego zdarzenia zajmował się pan z żoną opryskami?
– Tak. Ale dokumentację mam w porządku – zastrzegł się szybko. – Nasza uprawa jest certyfikowana, więc wszystko zapisujemy. Czy chcą państwo zobaczyć? – wstał raptownie.
– Za chwilę – powstrzymała go. – Czy żona zawsze panu pomagała przy opryskach?
– Zdarzyło się kilka razy.
– Czy miała świadomość zagrożenia?
– Nie rozumiem.
– Miała na sobie ubranie ochronne?
– Miała.
– Rękawiczki, maska, kalosze?
– Ale co to ma do rzeczy? U nas nigdy żadnych nieprawidłowości nie było. – Poruszył się nerwowo. – Przecież to jakaś choroba płuc. Nawet lekarz tak mówił.
– Sekcja zwłok wykazała, że pańska żona zmarła na skutek zatrucia pestycydami.
Matczak zamrugał nerwowo oczami i oblizał wyschnięte wargi.
– Czy tego popołudnia w sadzie żona miała na sobie odzież ochronną?
– Oczywiście. Wszystko zaraz pokażę...
– Sprawdzimy później. Kto przygotowywał roztwór?
– Żona – padła zbyt szybka odpowiedź.
– A nie pan?
– Dlaczego ja? Umiała przygotować roztwór.
– Nie robiła tego jednak stale.
Mężczyzna opuścił głowę. Między brwiami spotkały się dwie tłuste krople potu i powoli spłynęły w dół, po chwili opuściły czubek nos i splamiły szarość spodni.
– Nie zwróciłem na to uwagi. Coś mi mówiła, że wylała czy przelała...
– Co dokładnie?
– Nie pamiętam.
– Proszę sobie przypomnieć. Może coś jeszcze?
– Mówiłem jej, żeby włożyła maskę.
– Długo była bez maski?
– Chyba długo, nie wiem, nie patrzyłem na nią.
– Czy ktoś mógł to usłyszeć? A może ktoś widział?
– Nie, w sadzie nikogo nie było.
– A w domu?
– Byliśmy wtedy sami. To był czwartek.
– Tak, wiem – Lewicka zastanawiała się nad tym, co usłyszała.
– Myśli pani, że to był nieszczęśliwy wypadek? – spytał ostrożnie Matczak.
– Ustalamy. Proszę pokazać te środki owadobójcze, sprzęt do oprysków i dokumentację. Pójdzie z panem aspirant Adamczyk. Czy pańska gospodyni może mi pokazać pokój żony?
– Tak, chyba tak. Zaraz po nią pójdę.
Stara gosposia ciężko wdrapała się na piętro. Miała opuchnięte nogi z postronkami żylaków na łydkach.
– To pokój pani. – Szeroko otworzyła drzwi.
Przed Lewicką stanęło otworem lśniące białym lakierem i złotymi detalami prowincjonalne marzenie o hollywoodzkiej sypialni. W lustrach sześciodrzwiowej szafy odbijało się łóżko w królewskim rozmiarze. Lewicka skrzywiła w uśmiechu usta; pamiętała, jak matka robiła ojcu wymówki, że nie stać go na jugosłowiańską sypialnię. Nie pomagały żadne argumenty, nawet te, że takie meble nie zmieszczą się w klitce z wielkiej płyty.
– Jaka była pani Anna? – spytała.
– Porządna – skwitowała gosposia.
– Porządna? A wobec ludzi?
– Bardzo porządna i sprawiedliwa. Dobra była. Dobra żona i matka. Sąsiedzi też ją lubili.
Inspektorka niespiesznie przeglądała szuflady komody z damską bielizną. W szafach były wyłącznie rzeczy Anny.
– A gdzie śpi mąż?
– Pan Karol? Na górze. Tu jest większa łazienka, a na drugim piętrze tylko prysznic.
– Od dawna tam sypia?
– Odkąd urodziła się Klaudia – stwierdziła gosposia wyniośle.
– Starsza córka?
– Nie, młodsza. Starszy jest syn.
– Ale ostatnio chyba znowu trochę się zbliżyli.
– Kto? Takie stare małżeństwo? – zdziwiła się gosposia.
– To się zdarza. Dzieci wyszły z domu, ludzie mają więcej czasu dla siebie.
– Oboje zapracowani byli, nie mieli czasu na bzdety. Zresztą pani Anna wierząca była.
– A czy to przeszkadza kochać męża? – Lewicka uśmiechnęła się lekko.
– Nie przeszkadza – powiedziała stanowczo gosposia. – Ale i nie pomaga. Pani, grzech to robić, gdy się nie chce mieć dzieci.
– A gdy już ich mieć nie można, bo już nawet się nie da, choćby ze względu na wiek kobiety?
– Ja tam nie wiem, ale pani Anna mówiła, że to grzech. Ostatnio często do spowiedzi chodziła.
Na nocnej szafce stał staromodny budzik z dzwonkiem. Czerwona strzałka wskazywała godzinę piątą.
– Czy pani Matczak na coś chorowała?
– Nie. – Stara kobieta wygładziła pikowaną kapę na łóżku. – Katar sienny tylko. Czasem to takie ataki miała, że w ogóle z domu nie wychodziła. Ale teraz nowe leki dostała i się uspokoiło. Krople takie zażywała, zawsze rano, a czasem jeszcze drugi raz przed wyjściem, jak do sadu jechała doglądać prac albo jak wracała z ogrodu, bo zaraz kichać zaczynała, aż katar uszami jej wychodził. Biedna taka była.
– To musiało być nieprzyjemne.
– Dlatego taka porządna była, żeby tu tych... – Zmarszczyła czoło. – Tych... No wie pani, tych, co w dywanach i w kurzu żyją...
– Roztoczy – podpowiedziała Lewicka.
– O, żeby tych roztoczy nie było.
– No to miała pani tu dużo pracy. Spory dom, pełno dywanów – spojrzała wymownie na chińskie chodniki przy łóżku.
– Stara już jestem, to rady dać nie mogłam, a pani zajęta w sezonie skupem owoców i przetwórnię jeszcze chciała otworzyć... – Łzy zwilżyły pomarszczone policzki. – Tyle planów miała bidulka.
Lewicka pozwoliła jej wypłakać jeszcze trochę łez.
– Wzięła tę Martę. Do sprzątania.
– To chyba dobrze, bo dom lśni czystością.
Wyszły na korytarz.
– E tam...
– Nie starała się?
– Nawet za bardzo – powiedziała gosposia z dezaprobatą.
Na piętro, w towarzystwie Adamczyka, wszedł spłoszony Matczak.