Zachęcamy naszych czytelników do zrobienia sobie krótkiej przerwy w przedświątecznych porządkach i poświęceniu jej na lekturę opowiadania Agnieszki Szczepańskiej zatytułowanego Wieża ciśnień.
1.
Wszedł do klubu i usiadł jak zwykle w samym kącie. Można by powiedzieć, dyskretnie usiadł, gdyby nie jego wzrost. Ponad dwa metry gwarantowały zawsze świetne pole widzenia, czy chciał tego, czy nie.
Gwarantowały zawsze dobrą widzialność. Gdziekolwiek by się nie pojawił. Gdziekolwiek by nie stanął. Doskonale widzialny był. Czy chciał tego, czy nie.
Niewidzialny.
Czasami pragnął być niewidzialny. Albo mały. Jak mróweczka. Przemykać się niezauważony, boczkiem, pod ścianami, prześlizgiwać się razem z innymi mrówkami. Wślizgiwać przez uchylone drzwi. Dyskretnie.
Ale nie mógł. Wszyscy wodzili za nim wzrokiem.
Czuł się niczym celebryta z przypadku, ofiara nieustającej ludzkiej ciekawości. Wyblakła wersja kobiety z brodą, człowieka z żelaza, dziecka dżungli. Cyrkowiec zagubiony w ulicznym tłumie. Ludzie pokazywali go na ulicy, w sklepach palcami, ale czy komuś przyszło do głowy zapłacić za bilet? Czy komuś przyszło do głowy spytać, co on czuje?
Zamówił dzbanek czarnej herbaty.
Odpalił laptopa i zabrał się za tłumaczenie.
Nawet siedząc, był najwyższy. Ogarniał wzrokiem całą salę. Wszystkich stłoczonych na niej maluczkich. Chłopak z przeciwległego rogu przyglądał mu się uparcie. I dziewczyna przy barze. I blondynka siedząca opodal. Nawet kelnerka dziwnie się spojrzała, podając herbatę.
Był niczym wieża. Cholerna wieża ciśnień.
A ciśnienie wciąż rosło. Szło w górę i dobijało się do jego skołatanej głowy. Czekał spokojnie na wybuch.
2.
Kurz i brud. Cały świat był zakurzony. Komu by się chciało sprzątać na wysokościach. Szczyty szafek, wierzchy żyrandoli, brzegi gzymsów, pajęczyny na sufitach. No i łysiny. Większość facetów łysiała na czubku. Wszystko to widział. Chyba tylko on, bo kto jeszcze? Komu chciałoby się wchodzić na stołek, żeby to wszystko zobaczyć?
I po co?
Tylko on musiał na to wszystko patrzeć.
Musiał to znosić.
Do czasu.
3.
Zaczęło się od tego, że pękła sprężyna. Pękła i wyzwoliła dalszy ciąg. Jakby ktoś pociągnął za zwinięty w kłębek sznurek, który rozwinął się, chętnie ukazując wszystkie swoje barwy, odcienie i supełki.
Czy na pewno od tego się zaczęło?
Nie pamiętał dobrze.
W każdym razie w jakimś sensie zaczęło się od tego, że wchodząc na klatkę schodową pochylił się po leżący na posadzce kawałek waty. Mały, niepozorny, nieco przybrudzony kawałek waty. Musiała go zgubić ta mała staruszka z drugiego piętra. Pani Lusia. Musiał wypaść z jej ucha.
Tylko ona całkowicie nieodpowiedzialnie nosiła zimą kretyńskie kapelusze, takie na sam czubek głowy, przy których musiała się zabezpieczać za pomocą waty. Tylko ona była na tyle roztargniona, żeby zgubić wacik i nie zauważyć tego. A przecież tyle razy ją prosił: niech pani uważa na to co wylatuje z pani siatek, kieszeni i tak dalej. Tyle razy ją prosił.
Chodziło o porządek. Skoro szczyty tonęły w bałaganie, niechby choć posadzka była w porządku. Choć posadzka.
Pani Lusia kiwała uprzejmie głową.
- Dobrze, panie Michałku - mówiła, a potem znów coś się z niej sypało.
Papierki, paprochy, rachunki, kawałki waty.
Nieznośna staruszka.
Postanowił coś z tym zrobić. Z wacikiem ujętym złowieszczo w dwa palce ruszył w górę schodów. Pierwsze, drugie piętro. Zapukał gniewnie do drzwi. I dopiero wtedy zauważył, że są uchylone.
To nie było normalne.
Pani Lusia miała bzika na punkcie zamykania się na zasuwki.
Zamyślił się na trzy sekundy dosłownie, po czym pchnął drzwi.
- Pani Lusiu! - krzyknął, lecz odpowiedziała mu głucha cisza.
Wszedł do przedpokoju. Ciemny, duszny, cuchnął stęchlizną i preparatem na mole. Staruszki ani śladu. A przecież słuch miała dobry.
- Pani Lusiu!!! - ponowił jeszcze głośniej.
I znowu nic.
Z watką sterczącą oskarżycielsko spomiędzy palców, ruszył w głąb mieszkania. Wszedł do dużego pokoju.
Pani Lusia leżała na zabytkowej otomanie.
Nieżywa.
Nie mógł tego zrozumieć.
Jak to. Przecież niedawno z nią rozmawiał.
4.
Siedział pod ścianą. Na podłodze w swoim pokoju. Musiał jakoś się zniżyć. Za wszelką cenę musiał jakoś się zmniejszyć. Skrócić. Schować.
Pół godziny spędzone na czekaniu na pogotowie i policję, a potem godzinna pogawędka z nudnym, rudym sierżantem, całkowicie go zmęczyły. Zniechęciły do jakiejkolwiek aktywności. A myśli i tak płynęły.
Nie mógł zapomnieć pani Lusi leżącej bezwładnie na otomanie. Jej szczupłego, kruchego ciała ubranego w zieloną kwiecistą sukienkę, jej cienkich łydek w nieapetycznie grubych pończochach. Lewa noga przewieszona przez brzeg otomany wyglądała jak ułamana. Kapeć zsunął się na podłogę. Z oczka w pończosze wyzierał duży palec. Jakby wciąż był żywy.
Nie mógł zapomnieć. Pani Lusi na otomanie. A szczególnie nie mógł zapomnieć jej szklistych oczu wpatrujących się ze zdumieniem w sufit. Czekających na odpowiedź.
Nie widać było bezpośredniej przyczyny. Z ciała Lusi nie sterczał nóż, nie płynęła z niego krew.
- Serce nie wytrzymało - oświadczył lekarz pogotowia, wypisując akt zgonu.
Skąd w takim razie ten wyraz zdumienia w jej oczach? Co takiego zobaczyła? Michał nie mógł przestać o tym myśleć. Miał denerwujące uczucie, że z czymś mu się to kojarzy. Mgliście.
Ale co miał zrobić?
Na razie musiał wytrzeć nos. Katar mu kapał na podłogę.
Skąd katar?
5.
Leżał przeziębiony, pod kołdrą zagubiony po uszy, właściwie po same brwi. Stopy sterczały z drugiej strony nagie i zmarznięte. Mógłby skarpety może założyć, ale musiałby wstać. A nie chciało się. Powinien wstać.
Powinien wstać i do sklepu po mleko iść. Po bułki. Powinien coś zjeść. Powinien do księgarni pójść po książki.
Ale nie chciało się. Tylko spać.
Sen co prawda nie przynosił ulgi. Wciąż śnił mu się nieszczęsny wacik z ucha pani Lusi. Znajdował go i podnosił wciąż i wciąż na nowo.
Dlaczego?
Nieznośne. Męczące. Miał już dość.
Katar leciał. Dziwny taki jak nie katar. A może to łzy były.
Łzy z nosa.
6.
Przez okno patrzył. Na pogrążony w deszczu ogród sąsiedniego domu. Może by wyszedł. Na deszcz. Ale po co? Może do przyjaciela by pojechał.
Mogliby się napić we dwóch.
Musiał się napić. Bo skoro sen nie przynosił zapomnienia, to cała nadzieja w wódce była. Że ukoi. Otuli szalem nieświadomości. Choć na chwilę.
Na moment choć.
Od śmierci pani Lusi minął cały tydzień, a jemu wciąż śnił się cholerny wacik z jej ucha. Codziennie w nocy podnosił go z posadzki po wielokroć. Jeszcze.
I jeszcze.
Nie rozumiał tego. Dlaczego?
Dlaczego tak to przeżywał. Nie lubił tej małej staruszki. Niespecjalnie. Śmieciła na klatce. Nie słuchała jego próśb. Dlaczego więc tak jej żałował, dlaczego nie mógł zapomnieć? Może miał kryzys. Może chodziło o coś innego, a nie o nią, niską staruszkę z drugiego piętra.
W takim razie o co chodziło?
Spojrzał na stojącą w kącie gitarę.
Może chodziło o gitarę.
Wyglądała na opuszczoną. Niepotrzebną. Od miesiąca nie grał. Nie mógł. Nie miał ochoty. Nic z tego nie rozumiał.
W każdym razie musiał przetrzeć ją z kurzu. Nie mogła stać taka brudna.
7.
Chcieli z nim rozmawiać. I to nie ten sierżant, co wtedy. Chciał z nim rozmawiać komisarz. Komisarz Stawski. O czym?
Pojechał. Wszedł do pokoju i usiadł gdzie kazali.
- Jak dobrze znał pan panią Słowińską?
- Panią Lusię?
- Panią Lusię - kiwnął głową komisarz. Był młody i miał smugę brudu koło nosa. Michał nie mógł oderwać od smugi wzroku.
Taki dysonans w skądinąd przystojnej twarzy komisarza. Powinien coś z tym zrobić. Uporządkować to.
Komisarz poruszył się niespokojnie.
- Proszę odpowiedzieć. Czy dobrze znał pan panią Słowińską?
- Słabo.
- Ale rozmawiał pan z nią czasami?
- Czasami. Na schodach.
- O czym?
- Prosiłem, żeby nie śmieciła na klatce.
- A pani Słowińska śmieciła?
- Nieustannie.
- I panu to przeszkadzało?
- Trochę.
Czy naprawdę to było takie ważne. Tak ważne, żeby go aż wzywać, przepytywać, zajmować krzesło, gabinet i czas.
Nic z tego rozumiał. W czym on mógł im pomóc.
Przecież nic nie wiedział.
Nie wiedział nic.
Nic.
- Jeden z sąsiadów zeznał, że był świadkiem awantury, jaką zrobił pan denatce. Podobno aż się popłakała.
- Nie przypominam sobie.
Na biurku leżały jakieś paprochy. Jeden papierek i banderola po papierosach. Dlaczego ludzie nie potrafią utrzymać porządku?
- Gdzie był pan w dniu śmierci pani Słowińskiej między dwunastą a piętnastą?
- Na mieście.
- A dokładnie?
- Dokładnie nie pamiętam.
- Ale nie był pan w tym czasie na terenie kamienicy, którą pan zamieszkuje?
- Nie.
- Dziękuję, to na razie wszystko.
Wychodząc, zauważył jeszcze kilkanaście grudek błota przy drzwiach. Z ulgą opuścił wnętrze.
8.
Wracał z miasta. Padało. Bez parasola i bez czapki łapał wszystkie krople deszczu na siebie. Chętnie schronił się w ciepłą czeluść klatki schodowej swojej kamienicy. Ktoś wychodził właśnie z piwnicy. Sąsiad. Ten stary gaduła z parteru.
Nie sposób było go ominąć i nie zamienić kilku zdań.
Sąsiad był przejęty. Bardzo przejęty.
- Morderca grasuje w okolicy. Seryjny!
Podobno pani Lusia nie zmarła sama z siebie. Owszem, na serce. I w jej wieku nie byłoby w tym nic dziwnego. Ale któryś z sąsiadów słyszał krzyki dobiegające z jej mieszkania feralnego dnia w porze obiadowej. Dwie godziny przed znalezieniem ciała. Jakby się czegoś przestraszyła. Albo kogoś. Ten ktoś mógł ją wystraszyć na śmierć.
Inny sąsiad słyszał, jak ktoś zbiegał po schodach na dół. Kamienicę zamieszkiwali starsi ludzie, nie biegali po schodach, musiał to być ktoś obcy.
Morderca.
A kuzynka pani Lusi zauważyła, że zginęła szczotka do zamiatania. Chciała posprzątać mieszkanie po tym wszystkim i nigdzie nie mogła znaleźć ani szczotki, ani zmiotki. A jeszcze tydzień wcześniej, kiedy jak co miesiąc sprzątała u ciotki, szczotki były na miejscu.
Policja zainteresowała się tym, był to już drugi niewyjaśniony zgon staruszki w tej samej kamienicy w ostatnim miesiącu. Sąsiad podekscytowany, ubolewał nad zdziczeniem narodu. Czegóż ten dewiant, ten zboczeniec, ten morderca mógł chcieć od biednych staruszek?! Czym zawiniły?
Bo podobno z mieszkań nic nie zginęło.
Prócz tych szczotek.
- No niech pan powie - sąsiad był średniego wzrostu i wobec tego dźgał oskarżycielskim palcem w brzuch Michała. - Niech pan sam powie, czego on mógł od nich chcieć?!
- Może to był przypadek.
- Panie! Jaki przypadek! Dwie staruszki w tej samej kamienicy! Coś od nich chciał ten morderca. Ten zwyrodnialec.
- Może czymś go zdenerwowały.
- No co pan? To były takie miłe starsze panie. Najspokojniejsze staruszki na świecie. Czym mogłyby kogoś zdenerwować?
- Nie wiem - wzruszył ramionami Michał.
Przyglądał się lewej dłoni sąsiada, którą ten dotykał malowanej na kremowo lamperii. Dłoń sąsiada była brudna. Na gładkiej, czystej powierzchni ściany pojawiły się pierwsze smugi.
- Brudzi pan ścianę - zwrócił mu uwagę.
Sąsiad zezłościł się wyraźnie.
- Ja o mordercy seryjnym, a pan mi tu o ścianie!
- Trzeba będzie to wytrzeć, umyć - głos Michała był wciąż spokojny, ale gdyby się lepiej wsłuchać, można by wychwycić pewne napięcie.
- No nie da się z panem rozmawiać! - sąsiad oburzony wyminął go i poszedł do siebie. Do zielonych drzwi z numerem trzy.
Michał wyjął z kieszeni chusteczkę i starannie przetarł ścianę. Niestety na lamperii pozostały ciemne ślady. Westchnął ciężko i ruszył w górę schodami. Na swoje trzecie piętro. Do swojego małego mieszkania. Zaraz po wejściu, zdjął zabłocone buty, płaszcz, czapkę i z butami w ręku udał się do łazienki obmyć je starannie pod strumieniem wody. Zawsze tak robił.
Potem postawił buty na gazecie w przedpokoju, żeby obeschły.
Wszędzie było czysto. Czysto i cicho.
Tak jak lubił.
Zjadł kolację i położył się do łóżka. Nie czuł się za dobrze. Męczyła go myśl o brudnej lamperii na parterze. Czy powinien zejść i spróbować przetrzeć ją detergentem? A jeśli brud nie zejdzie? Będzie się czuł jeszcze gorzej, wiedząc że wszystko stracone. Tak przynajmniej mógł się mamić nadzieją, że być może smuga jest do zmycia. Zasypiając, zobaczył wyraźnie drzwi z numerem trzy. Brudne.
9.
Nad ciałem mężczyzny leżącego na tapczanie unosił się rój muszek. Było w zaawansowanym stanie rozkładu. Nic dziwnego. Czekało na odkrycie ponad tydzień.
Edward Brzycki. Siostra denata nie mogła się do niego dodzwonić i wreszcie podniosła alarm. Policjanci musieli wyważyć drzwi. W mieszkaniu wszystko było na swoim miejscu. Wszystko było jak zwykle. Oprócz ciała Brzyckiego leżącego na niezaścielonym tapczanie w sypialni. I oprócz okropnego smrodu.
Komisarz Stawski wyszedł na klatkę schodową i zamknął zielone drzwi z numerem trzy. Stanął przy ścianie, wziął z kieszeni gumę do żucia, wetknął ją do ust, rozgryzł i odetchnął głęboko miętą. Nie znosił takich spraw.
Na pierwszy rzut oka denat wyglądał, jakby zasnął. Po obejrzeniu horroru, bo na jego zastygłej twarzy było wypisane przerażenie. Stawskiemu skojarzyło się to od razu z poprzednią sprawą w tej samej kamienicy, tajemniczą śmiercią Lucjany Słowińskiej lat osiemdziesiąt dwa. Miesiąc wcześniej inna staruszka z tego samego domu również zmarła nagle na serce. Komisarz był bardzo ciekawy, co przyniosą wyniki sekcji. Czy Brzycki też zszedł na serce. Jak jego dwie sąsiadki.
Jeśli tak, to mógł nie być przypadek.
Schodami właśnie ktoś schodził. Ten młody facet z trzeciego piętra. Ten wysoki jak wieża ponurak. Michał Pielak.
- Dzień dobry - ukłonił się grzecznie i wyszedł z kamienicy.
Komisarz odprowadził go wzrokiem. Facet był dziwny. Świetnie nadawałby się na sprawcę tych nietypowych morderstw. O ile to w ogóle były morderstwa. Nie było pewności. Za dużo było wątpliwości, a za mało dowodów. Właściwie dowodów nie było wcale. Poza wyrazem przerażenia na twarzach denatów i nieskładnymi zeznaniami sąsiadów, że coś tam słyszeli, nie było żadnych sygnałów świadczących, że zgony w tej kamienicy mogły być morderstwami. Poprzednie dwie sprawy już zostały umorzone.
Stawski westchnął ciężko. Ze sprawą Brzyckiego pewnie będzie podobnie.
A szkoda. Bo ten Pielak bardzo by mu pasował.
Co prawda gdyby ktoś spytał dlaczego, Stawski nie umiałby jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Było to bardziej przeczucie, niepoparte niczym konkretnym. Bardzo męczące przeczucie.
10.
Przez szybę autobusu patrzył. Za szybą przesuwało się miasto. Wieczorne, ciemne, głuche, obce. Po co tam jechał? Mógł zostać w domu i tekst tłumaczyć. Ale nie mógł usiedzieć. Coś gnało go. No to ubrał się i wyszedł, i jechał.
Wszedł do położonej w piwnicy pracowni przyjaciela. Staszek siedział na podłodze i malował kolejny obraz. Zawsze malował, siedząc w kucki. Jak afrykański dzikus. Na widok Michała uśmiechnął się i mruknął: "Chwila".
Niebawem siedzieli przy stole i pili wódkę. Nie rozmawiali, bo i o czym. Nie spotykali się na gadanie, tylko na picie. Na tym polegała ich wieloletnia przyjaźń.
Staszek przyglądał mu się odkąd usiedli.
- Co, mam brudną twarz? - spytał w końcu Michał. Uważny wzrok przyjaciela przeszkadzał mu w piciu.
- Nie.
- To co?
- Nic - wzruszył ramionami Staszek.
Przez kilka minut siedzieli i pili w milczeniu. Wódka rozlewała się ciepłą, przyjazną falą w organizmie i Michał zaczynał wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
- Stało się coś? - spytał nagle Staszek.
- Nie, a co?
Przyjaciel znowu wzruszył ramionami.
- Nic.
Pili dalej. Potem jedli zimną pizzę. Potem znów pili. Michał czuł się coraz lepiej. Coraz bardziej zwyczajnie. Podobnie do wszystkich. Nareszcie był częścią tłumu. Jednym z wielu. Niewyróżniający się. Przeciętniak.
Czuł się znakomicie.
- Masz znów ten tik - stwierdził nagle Staszek.
- Jaki tik?
- Ten co kiedyś. Na Wybrzeżu.
Michał nie odpowiedział. Nie chciał wracać myślami do czasów na Wybrzeżu. Nie lubił tego okresu.
Ale Staszek nie zamierzał odpuścić.
- Znowu zapominasz?
- Słucham?
- Znowu zapominasz, co się dzieje?
- Nie wiem, o czym mówisz - Michał wzruszył ramionami.
Wypili jeszcze po jednym.
- Znowu zapominasz - podsumował Staszek.
Zapatrzyli się w ścianę naprzeciw stołu. Na środku widniał stary ślad po obrazie. Michał wyjął chusteczkę z kieszeni, podniósł się i spróbował zetrzeć ślad. Nie chciał zejść. Więc tarł coraz mocniej. Coraz bardziej zapamiętale.
- Odpierdol się - Staszek złapał go za rękę. - Nic to nie da.
Michał opadł na krzesło, schował chusteczkę do kieszeni.
- Nie mogę zapomnieć cholernego wacika z jej ucha - wyznał nagle. - Wciąż mi się śni.
- Napij się - Staszek polał do kieliszków.
- Nie wiem co robić.
- Najlepiej nic, kurwa, nie rób.
Wypili.
11.
Stawski z ulgą zamknął sprawę Brzyckiego. Miesiąc poszukiwań, ślęczenia nad wątłymi poszlakami, przepytywania sąsiadów i porównywaniu śladów nie dało niczego poza zniechęceniem. Owszem, Brzycki zmarł nagle na atak serca. Podobnie jak jego dwie sąsiadki. I podobnie jak one wyglądał na wystraszonego. To było zastanawiające, ale poza tym nic nie wskazywało, żeby w jego śmierci ktoś maczał palce. Od dłuższego czasu miał problemy z wieńcówką. Podobnie jak obie zmarłe wcześniej starsze panie. Nagły urodzaj na ataki serca wśród mieszkańców cichej kamienicy na warszawskim Grochowie musiał być więc zwyczajnym przypadkiem. Niczym więcej.
Przypadki się zdarzają.
Recenzje książek duetu Gacek & Szczepańska
Czasami aż wióry lecą - wywiad z Autorkami
Nie przyjechały zielonym trabantem - relacja ze spotkania z Autorkami w Bookarni