Raz
Kroki było słychać coraz wyraźniej. Stanowczy stukot obcasów na betonowych schodkach. Po chwili szczęknął zamek i do zaciemnionego pomieszczenia wpadło światło neonówek. W drzwiach ukazała się wysoka sylwetka. Przez kilka sekund stała nieruchomo w wejściu – spięta, nasłuchująca, ale prócz echa jej własnych kroków oraz szumu ulicy do wnętrza pokoju nie docierał żaden dźwięk. Wreszcie przekroczyła próg. Trzask zamykanych drzwi zagłuszył przejeżdżający niedaleko autobus.
Postać grzebała przez chwilę w kieszeni gumowego fartucha, wyciągając z niego zapalniczkę i jednego papierosa. Wyglądało na to, że mogła spokojnie zabrać się do pracy. Zaciągnęła się mocno i wtedy w pokoju rozległ się suchy kaszel. Wydmuchując smugę dymu, ruszyła w stronę piwnicznych okien, sprawdzając, czy wszystkie zostały należycie zasłonięte. Wreszcie przystanęła obok niedużego stolika i zapaliła stojącą na nim lampkę. Jej słabe światło ukazało wątłą postać kaszlącego. Był to niewysoki, chudy mężczyzna po trzydziestce. Całkiem nagi, siedział na stalowym krześle. Nogi i ręce przywiązano mu do niego skórzanymi paskami. Twarz miał wygłodzoną, policzki zapadnięte, a spojrzenie brązowych oczu wbijał w brudną ścianę pokoju.
Guma fartucha bezgłośnie się napięła, kiedy paląca papierosa osoba pochyliła się nad lampą i wzięła coś ze stołu. Po chwili dało się słyszeć ciche bzyczenie i maszynka do golenia włosów zbliżyła się do głowy mężczyzny. Jego skóra była blada, mocno naciągnięta na twarz. Lekko zadrżał, kiedy stalowa końcówka maszynki przesunęła się po jego skroni. Czarne włosy opadały na podłogę. Po kilkunastu minutach mężczyzna był już całkiem łysy – bez brwi, bez zarostu, niemal bez wyrazu. Gdyby nie grymas na twarzy, mogłoby się wydawać, że jest tylko gotową do wykorzystania sex lalką lub nieudanym modelem manekina.
– Popełniasz błąd – wyszeptał z trudem.
Odpowiedział mu dźwięk towarzyszący deptaniu niedopałka. – To, że mnie zabijesz, nic nie zmieni – kontynuował. – Kiedy ja odejdę, dobry Bóg powierzy moją misję innemu. Dobro i tak zwycięży, przecież wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. Popatrz mi w oczy – jego głos przyjął wyraźniejszy, rozkazujący ton. – Nie oddawaj dobrowolnie duszy diabłu, walcz z tym! Wiem, że możesz! Jeśli się jednak poddasz... Pamiętaj, mówię raz jeszcze, moja śmierć niczego nie zmieni!
Słuchająca go dotąd w milczeniu postać nagle się roześmiała.
– Mój drogi – powiedziała po chwili. – Nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile może zmienić twoja śmierć! Gdyby nie to, że mam z wami do czynienia od dawna, może dane byłoby ci usłyszeć, w jak wielkim kłamstwie żyjesz i jak podły jest twój... pan, władca, nazywaj go, jak chcesz, ale nie bluźnij, nadając mu moc równą Bogu... Teraz oczyszczę cię z brudu i grzechu. Jeśli rzeczywiście wierzysz w to, kim jesteś, zachowuj się przynajmniej na tyle godnie, na ile pozwala ci twoja wiara.
Mężczyzna splunął w jej stronę, a ona ponownie sięgnęła do kieszeni gumowego fartucha. Przedmiot, który z niej wyjęła, kształtem przypominał gruszkę. Wygrawerowane na jego stalowej powierzchni ornamenty zalśniły w świetle lampki. Wolno zbliżyła się do mężczyzny i złapała go za szczękę. Kiedy sapiący i przewracający oczyma mężczyzna otwarł usta, ona szybkim ruchem wcisnęła w nie przygotowaną gruszkę. Szczęknęła sprężyna i mechanizm rozłożył urządzenie na całą szerokość. Policzki napięły się pod naporem stali, zęby zatrzeszczały, a z brązowych oczu mężczyzny popłynęły łzy. Następnie postać uderzyła w oparcie krzesła i spod jego siedziska wyjechała ze szczękiem płaska szuflada. Już po chwili zaskwierczały w niej, dorzucone ze stojącego nieopodal pieca, rozżarzone węgle. Szufladę zasunięto i szarpiący się mężczyzna po kilku minutach zaczął wyć. W pomieszczeniu dało się wyczuć woń palonego ciała. Rozgrzana stal parzyła nagą skórę. Delikatne dłonie na przemian zaciskały się i otwierały na oparciach krzesła, ścierając z nich pasy rdzy...
Kilka godzin później ten sam ciasny, piwniczny pokoik wyglądał zupełnie inaczej. Deski zakrywające wcześniej okna zostały zerwane i całe pomieszczenie zalało światło stojącego wysoko słońca. W pobliżu krzesła, na którym wcześniej siedział nagi mężczyzna, oraz stojącego nieopodal stołu kręcili się ubrani w policyjne mundury funkcjonariusze. Gwar rozmów nasilał się, aż do chwili, gdy do pokoju wszedł ubrany w czarny płaszcz, wysoki, krótko obcięty mężczyzna w średnim wieku. Machnął mundurowym przed nosem odznaką i skoncentrował swą uwagę na rozgrywającej się przed nim scenie. Zanim dostał informację o piwnicy, siedział spokojnie we włoskim pubie znajdującym się dwie przecznice dalej. Był tak blisko tego adresu, że mógłby do niego dobiec w ciągu niecałych dziesięciu minut. Niestety, nie wiedział, co tu się działo. Nikt nie mógł wiedzieć.
Idąc w letni dzień zalaną słońcem ulicą, możemy nie zdawać sobie sprawy z wielu rzeczy. Na przykład z tego, iż za pomalowanymi na niebiesko drzwiami drewnianego domku z podjazdem starsza pani w skórzanym kostiumie okłada biczem ślepego męża. Stary wyje i tarza się po podłodze, prosząc o więcej. Nie wiemy, że dwunastoletni chłopiec topi właśnie w stalowej balii w ogrodzie ptasie pisklę i spokojnie obserwuje, jak na powierzchnię wody wypływa coraz mniej bąbelków.
Mężczyzna w czarnym płaszczu rozumiał, że o wielu takich rzeczach się nie wie. Czuł, że o istnieniu większości wcale nie chciałby się dowiedzieć – wystarczyły mu te, które już znał. Te, o których od dawna próbował zapomnieć. Zapominanie było jednak trudne.
Kiedy przyjrzał się stojącemu pod ścianą krzesłu, twarz wykrzywił mu grymas. Chciał dopaść sukę, która to robiła. Nie obchodziło go to, że w dziesięciu piwnicach w obrębie tej i sąsiedniej przecznicy mogły dziać się w tej chwili jeszcze gorsze rzeczy. Chodziło mu dokładnie o tę piwnicę, o tę właśnie sprawę. Powoli wzbierała w nim fala wściekłości. Miał zamiar odreagować na którymś z posterunkowych, lecz nagle dało się słyszeć ciche brzęczenie jego pagera. Za pół godziny czekało go umówione spotkanie. Do pubu, z którego właśnie przyjechał, przybył jego nowy informator. Podobno wiedział coś na temat „piwnicy”.
Trent bez słowa schował pager i ruszył do wyjścia. Wiedział, że dzisiejsza ofiara Kacicy raczej przeżyje, wiedział, że to mężczyzna z dobrze sytuowanej rodziny – człowiek spokojny i rozważny, teraz prawie skatowany na śmierć. Najprawdopodobniej będzie do końca życia jechał na morfinie, próbując zapomnieć o tym, co się tu stało. I nic już nie powie, nigdy i nikomu – ani słowa. A wszystko dlatego, że Trent siedział w pubie dwie przecznice dalej i nie miał pojęcia o tym, co działo się w piwnicy.
Ścigał Kacicę od ponad dwóch lat. Dostał tę sprawę zaraz po mianowaniu. Był przyjezdnym, nowym. Dali mu więc do rozwikłania największe gówno w całym wydziale. Sprawa ciągnęła się od bardzo dawna, ale dotychczas psychopatka uderzała rzadko. Dopiero niedawno naprawdę wzięła się do roboty, jakby wcześniej tylko się rozkręcała i nabierała wprawy. Teraz mieli przynajmniej dwa zgłoszenia w miesiącu, a o Kacicy zrobiło się głośno w mediach. Dzięki temu Trent przestał być nikim, a góra zdecydowała, że ma dalej prowadzić sprawę. W końcu, jeśli coś spartaczy, zawsze będą mogli powiedzieć, że był przyjezdnym, obcym, któremu zaufali, a on tego zaufania nadużył. Godzinami ślęczał nad śledztwem – przez dwa długie lata cała ta sprawa naprawdę stała się jego życiem – lekarstwem, pozwalającym zapomnieć o innych rzeczach.
Kacica nie pasowała do profilu – białych mężczyzn zazwyczaj usiłowali zamordować lub mordowali inni biali mężczyźni. Tymczasem ona była ponad wszelką wątpliwość kobietą i z całą pewnością nie krzywdziła ofiar w związku z zaburzeniami na tle seksualnym. Poszkodowani nawet jej nie znali. Pojawiała się nagle, porywała ich i bezwzględnie maltretowała, stosując niekiedy najbardziej wymyślne metody. Powód ataków był zupełnie inny. Wyjaśnił to jeden z poszkodowanych – niejaki Wynton Kirch, pastor nauczający w którymś z ohydnych, małych miasteczek, zagubionych gdzieś na południu Arizony. Jako jedyny ze wszystkich, których dotąd uratowano, opowiedział coś niecoś o tym, co właściwie mu się przytrafiło. Oznajmił, że Kacica dopada ich, bo wierzy, że są aniołami. Tak jest, aniołami! Wspominając to, Trent uśmiechnął się do siebie. Później Kirch wielokrotnie zapewniał jednak, że wie doskonale, iż wcale nimi nie są, i że nie wolno tak myśleć, ponieważ to ciężkie bluźnierstwo. Wszystkie te krótkie rozmowy kończyły się zazwyczaj wybuchem niekontrolowanego strachu – Wynton darł się, wyrywał, płakał, a kilka razy nawet zsikał przy wszystkich w spodnie. Bał się, że „ona” może znowu po niego wrócić, ale „ona” oczywiście nigdy tego nie zrobiła. Kirch od roku siedział w psychiatryku i nie zanosiło się na to, że prędko stamtąd wyjdzie.
Trent nie był szczególnie zdziwiony tematem aniołów. To oznaczało, że Kacica jest typem psychopaty wizjonera. Miała misję i nieważne, czy jej wykonanie nakazał tajemniczy głos lub pies sąsiadów, musiała robić swoje. Znali dziesiątki takich przypadków. I gdyby tylko mogli przewidzieć jej kolejny ruch, byłoby po wszystkim. W tym właśnie tkwił problem – ofiar nic nie łączyło. Nic poza tym, że byli to mężczyźni po trzydziestce, zajmujący ważne stanowiska, ale nie aż tak ważne, aby zainteresował się tym bezpośrednio np. ktoś z Waszyngtonu. Ot, dziwna zbieranina niedoszłych aktorów, małomiasteczkowych pisarzy, lekarzy, polityków. Trafił się nawet były wojskowy – wszyscy byli ważni, ale tylko w swojej małej społeczności, a takich ludzi są tysiące. Dlatego Trent wciąż uganiał się za Kacicą, błądząc jak we mgle – bez końca.
Kiedy szybkim krokiem szedł ulicą, pager ponownie zapiszczał. Sytuacja wyglądała podejrzanie. Informator chciał się z nim spotkać właśnie teraz, dosłownie w chwilę po odnalezieniu następnej ofiary. A jeśli tajemniczy pan „nie wiadomo kto” miał za zadanie odciągnąć jego uwagę od miejsca przestępstwa? Może Kacica nadal tu jest? Bez rysopisu byli zupełnie bezradni. Równie dobrze mogła właśnie siedzieć na ławce naprzeciwko, przy zjeździe do parku i śmiać się z nich w myślach. Naśmiewać się z Trenta, a on nawet nie miałby o tym pojęcia.
Odruchowo przystanął i odwrócił się w stronę parkowej ławki. Siedziała na niej młoda, ładna mama z córeczką. Trenta ścisnęło w żołądku, zaklął i ruszył dalej. Miał wrażenie, że zaczyna mu się od tego wszystkiego kręcić w głowie. Różne myśli wirowały i pokrzykiwały w jego umyśle, aby o sobie przypomnieć, ale on zdecydowanie je od siebie odsunął. Był pieprzonym specjalistą w odsuwaniu od siebie myśli. Przez lata wypracował w związku z tym wspaniały system, który nie pozwolił mu dotąd zwariować. Gdyby nie to, praca już dawno by go zabiła. W końcu, czy to możliwe, aby kroić indyka na Święto Dziękczynienia długim nożem do drobiu i nie pamiętać, że kilka dni wcześniej, takim właśnie nożem ojciec pewnej rodziny wydłubał swojemu nastoletniemu synowi oczy, obciął kawałek nosa i członek? Zrobił to tylko dlatego, że tamten opowiedział mu wcześniej z ulgą, że kocha się w swoim koledze i lubi, jak na siebie patrzą i dotykają się nosami przed pocałunkiem. A jednak. Trent potrafił skończyć kroić tego cholernego indyka i w ogóle o tym nie myśleć. Większość ludzi pracujących w wydziale zabójstw zapominała dzięki alkoholowi, on zapominał, bo tego chciał.
– Raz, dwa, trzy, wypadam z głupiej gry – powiedział pod nosem.
Było to jego magiczne powiedzenie, zapamiętane jeszcze z dzieciństwa. Działało zawsze w chwili, gdy trzeba było pozbyć się złych myśli. Wystarczyło tylko kilkakrotnie je powtórzyć. – Raz, dwa, trzy... – powiedział znowu.
Chodnikowy tłum zagęścił się, gdy ludzie zaczęli korzystać z przerwy na lunch. Włoska dzielnica, którą szedł, była wyjątkowo zatłoczona. Kacica mogłaby go właśnie mijać, a jemu nawet nie przyszłoby do głowy, że to ona. Któryś z przechodniów potrącił go lekko w ramię i Trent przystanął, sprawdzając, czy w kieszeni jego znoszonego płaszcza nadal spoczywa portfel. Wszystko było na miejscu, więc po chwili ruszył dalej. Spróbował na moment zapomnieć o Kacicy i skupił się na myśleniu o informatorze. Facet wyznaczył dziwną godzinę na rozmowę. Być może po prostu miał pecha i nie wiedział, że właśnie przed chwilą znaleźli kolejną ofiarę. Na dodatek miejsce zbrodni było tak blisko miejsca, w którym mieli się spotkać... Ale przecież wskazał je on sam – Trent...
Wzdrygnął się. Czy to możliwe, że ta pokręcona psychopatka wybrała dzisiejszą piwnicę nieprzypadkowo? W końcu, gdyby dokładniej się nad tym zastanowić, nietrudno było się dowiedzieć, w której knajpie najchętniej jadał. Przesiadywał w niej godzinami od ponad dwóch lat. Wiedział o tym każdy pismak. Z drugiej strony, nawet jeśli było to zaplanowane działanie, o czym myślała, wykonując taki a nie inny ruch? Aby dać mu do zrozumienia, że wie o informatorze? W co ona gra? A może to tylko kolejny zbieg okoliczności?
Rozmyślając, sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej dwa waciki do uszu. Przecieranie nimi małżowiny bardzo go uspokajało. Wolał to od alkoholu i papierosów. Skręcił w boczną ulicę i po chwili ukazał się przed nim pasaż, wypełniony włoskimi pubami i rodzinnymi restauracjami. Minął kilka sunących powoli taksówek i przeszedł przez jednię. Na środku chodnika, przy pryskającym wodą hydrancie, przekomarzała się grupka dzieci. Tłusta, wybrudzona czekoladą dziewczynka trzymała w strumieniu wody piszczącego szczeniaka.
Dwa
Dzwonek nad drzwiami do lokalu Vincenta odezwał się melodyjnie, oznajmiając jego przybycie. Przez godzinę, odkąd go nie było, zajęto prawie wszystkie miejsca. W powietrzu unosił się zapach przygotowywanych na zapleczu obiadów. Siedzący dookoła ludzie jedli, rozmawiali i śmiali się. Wysoka, przygarbiona sylwetka Trenta, którą skrywał wytarty płaszcz, zupełnie do nich nie pasowała. Krążący między stolikami Vincent natychmiast go zauważył i przyjaźnie skinął ręką.
– Stało się coś poważnego? – zapytał, podchodząc. – Wybiegłeś stąd tak nagle, że aż musiałem uspokajać chłopaków. Marco myślał, że masz kłopoty, stary draniu!
Uśmiechnął się, a Trent niezręcznie odwzajemnił uśmiech. Amerykańscy Włosi byli prawie tak samo lojalni, jak Irlandczycy – jeśli raz zdobyło się ich zaufanie, zyskiwało się przyjaciół do końca życia. Byli to ludzie doskonale zdający sobie sprawę z tego, że świat jest cholernie niebezpiecznym miejscem i skoro już przyszło w nim żyć, trzeba sobie pomagać. Zawsze wydawało mu się, że narody nie mające w przeszłości struktur klanowych podchodziły do tej kwestii bardziej egoistycznie.
– Mój klient już jest? – zapytał wreszcie.
Włoch przytaknął.
– Jest... Dałem ci sygnał.
– Jak wygląda?
– No cóż – zaczął Vincent. – Trudno powiedzieć – chrząknął znacząco.
Trent popatrzył na niego ze zdziwieniem. Pierwszy raz w życiu widział Vincenta bez przygotowanej odpowiedzi.
– Do cholery, jesteś szefem tej knajpy, znasz prawie wszystkich klientów. Byłeś przez lata barmanem i nie potrafisz mi powiedzieć o tym typie nic więcej?
Vicent wyglądał na zmieszanego.
– Co ja poradzę? – odparł. – Ten gość jest nijaki, zresztą, kiedy go zobaczysz, sam zrozumiesz, o co mi chodzi. Siedzi w małej sali, trzeci stolik po lewej.
Trent poklepał Włocha po ramieniu i ruszył we wskazane miejsce. Po drodze podszedł do kubła na śmieci i wyrzucił waciki. Jeden z nich był czerwony.
Rozglądając się, minął bar i pozdrowił uśmiechającego się szeroko Marco, po czym wszedł do sali jadalnej. Facet, którego szukał, siedział plecami do wejścia. Nie jadł ani nie pił, po prostu siedział i patrzył obojętnie na ścianę przed sobą. Trent chrząknął, aby wyrwać go z tego, jak mu się wydawało, głębokiego zamyślenia. Mężczyzna odwrócił się w jego stronę i niezobowiązująco skinął głową. Spojrzenie miał nadal obojętne. Równie dobrze mógłby patrzeć na rybki w akwarium, a nie na Trenta. Agent zaczynał rozumieć, co miał na myśli Vincet, mówiąc, że gość wygląda nijako. W twarzy nieznajomego nie było nic, co mogłoby przyciągnąć czyjąś uwagę. Nie był typowo ciemnym brunetem. Miał zwyczajną karnację, symetryczne rysy twarzy i ciemne oczy. Ich kolor trudno było określić z tej odległości. Nie wyróżniał go ani wzrost, ani budowa ciała. Nie miał też żadnych widocznych na pierwszy rzut oka znaków szczególnych. Gdyby tylko chciał, mógłby wejść i wyjść z każdego budynku, nie będąc przez nikogo zapamiętanym.
Trent nie mógł się zdecydować, czy takiemu człowiekowi należy współczuć, czy raczej powinno się go bać. Spodziewał się kogoś zupełnie innego – wynajmującego Kacicy mieszkanie starszego pana, który po obejrzeniu wieczornych wiadomości nabrał podejrzeń, co do hałasów w apartamencie jednej z lokatorek. Albo chociaż najlepszej przyjaciółki z college`u, która w rewanżu za lata upokorzeń i bycia „tą drugą” postanowiła opowiedzieć policji, z czego zwierza się jej pewna znajoma...
– Witam – powiedział Trent. – Chciał się pan ze mną spotkać w sprawie śledztwa. Podobno ma pan dla mnie użyteczne informacje.
– Tak – odparł niespiesznie tamten. – Miło mi pana poznać, agencie.
Trent kazał kelnerowi przynieść sobie szklankę wody.
– Jeśli jest pan z prasy i chce ze mnie wyciągnąć nowe informacje na temat Kacicy, osobiście zamknę pana w celi – powiedział, kiedy jego woda stała już na stole.
– Nie jestem z prasy. Jestem przyjacielem.
Mówiąc to mężczyzna patrzył się na Trenta tak bardzo bez skupienia, że agent zaczął się zastanawiać, czy jego rozmówca nie jest przypadkiem ślepcem.
– Mam tylko kilkoro przyjaciół i nie jesteś żadnym z nich, więc nie chrzań – odparł wreszcie. – Jeśli chcesz coś powiedzieć, to mów. Nie mam dwóch godzin na pogawędki.
Ostra wypowiedź nie zrobiła na mężczyźnie żadnego wrażenia.
– To, co zaraz usłyszysz, z oczywistych względów musi pozostać tylko między nami, agencie – powiedział wreszcie obcy. – Niech pan traktuje moje informacje jak przyjacielskie podanie ręki. Mnie także zależy na złapaniu tej kobiety. Wiem, dokąd właśnie jedzie, i podam panu jej dokładne miejsce pobytu, ale w zamian oczekuję drobnej przysługi.
Trent słuchał go i głośno przełykał kolejne porcje wody. Ton głosu mężczyzny nie zmienił się ani na chwilę. Chcąc zebrać myśli, rozejrzał się dookoła. Przy sąsiednich stolikach dwie młode pary z dziećmi z godną podziwu determinacją jadły spaghetti bez użycia łyżek. Kawałek dalej gruby Włoch popijał kawę i przeglądał gazetę, od czasu do czasu mamrocząc coś pod nosem. Trent ponownie przeniósł wzrok na nieznajomego i odstawił wodę.
– Czemu miałbym ci wierzyć, co? – warknął, szukając wzrokiem krzątającej się z tyłu sylwetki Vincenta. – Może zanim opowiesz mi o interesującej nas obu kobiecie, najpierw sam się przedstawisz! Położysz na stole dokumenty i rzeczowo odpowiesz na parę pytań, ponieważ, jak rozumiem, chcesz oddać tę dziwkę w moje ręce zupełnie bezinteresownie, czy tak? Przekonaj mnie, kolego. Wytłumacz, dlaczego miałbym wierzyć takiemu facetowi, jak ty?
Zwykle na tym etapie rozmowy większość rzekomych informatorów dawała za wygraną. Podkulali ogon pod siebie i tłumaczyli, że zaszło nieporozumienie, że nie chcą marnować jego czasu. Później wychodzili, a Trent spokojnie zamawiał kawę. Nieznajomy jednak nawet się nie poruszył. Ręce trzymał na blacie stołu, tak aby było je wyraźnie widać. Jego całkowita obojętność zaczynała działać agentowi na nerwy. Z nieruchomej twarzy niczego nie dało się wyczytać, żadnej reakcji, a mimo to niecałą minutę później ten sam zupełnie nijaki i obojętny na wszystko facet sprawił, że Trent zbladł i zadławił się kolejnym łykiem wody.
– Uwierzysz mi, bo znam twój sekret, agencie – powiedział wreszcie mężczyzna. – Wiem dokładnie, co wydarzyło się prawie cztery lata temu w małym pokoiku, na szczycie schodów. Było to w starym domu w Montanie, przy Alba Street 35. Wiem, dlaczego opuściłeś swoją rodzinę, i być może wiem także, jak ci pomóc...
Słysząc to, Trent patrzył na nieznajomego, szeroko otwierając ze zdziwienia oczy. Po chwili, kiedy wycierał mokrą od wody brodę, uczucie niedowierzania zastąpił strach.
Służbowy samochód pędził, znacznie przekraczając dozwoloną na autostradzie prędkość. Spod kół pryskała na boki brudna woda, a resztki jesiennego deszczu wciąż spływały po przedniej szybie. Znajdujący się za nią świat wydawał się jedynie dziwnym i rozmytym mirażem prawdziwej rzeczywistości. Przypięty na dachu policyjny kogut niemrawo migał, informując mijane pojazdy, że jego właściciel może sobie wyprzedzać kogo chce i kiedy chce, bez względu na wszystko. Przez ostatnie kilkadziesiąt minut Trent powstrzymywał narastający w nim niepokój i strach, koncentrując się na wykrzykiwaniu do telefonu nieskończonej liczby rozkazów. Każdy sprzeciw dowództwa kwitował obelgą i sięgał po kolejne czyścidełko do uszu. Grupa specjalna była już na odprawie. W ciągu sześciu godzin wszystkie niezbędne jednostki miały stawić się we wskazanym miejscu, do jego dyspozycji. I właśnie owo „miejsce” napawało go lękiem...
Po rozmowie z panem „obojętnym” jego twarz zmieniła się nie do poznania. W lusterku widział własne, zaczerwienione oczy. Rysy mu stężały, zęby były cały czas zaciśnięte. Zbladł. Ten cały informator, pan „nie wiadomo kto”… W normalnej sytuacji Trent uznałby go za podłego szantażystę i kazał wydać chłopakom Vincenta, ale tym razem nic nie było normalne. Mimo że niemożliwe wydawało się, aby ktokolwiek miał pojęcie o tym, co stało się cztery lata temu, on jednak wiedział. Znał powód, dla którego Trent wyszedł wtedy bez słowa z domu i już nigdy nie wrócił do swojej żony i córki. Agent przełknął resztki śliny. Wszystkie wspomnienia zaczęły ponownie kłębić się w jego głowie. W oczach stanęły mu łzy. Zabiłby tego małego skurwiela, strzeliłby mu prosto w twarz, ale powstrzymało go jedno – miejsce, do którego jechała teraz Kacica. ClueMount we wschodniej Nevadzie, małe, otoczone lasami miasteczko, oddalone o kilka kilometrów od Carson City. Dalej były już tylko góry. Tam właśnie, cztery lata temu przeprowadziła się jego żona z córką. Sprawdził to kiedyś, natykając się na jej panieńskie nazwisko w służbowych papierach. Przyjęli ją do miejscowej policji, w co nietrudno było uwierzyć, bo razem kończyli akademię. Tam się poznali – w damskiej szatni, kiedy szukał na kolanach jej wisiorka. Jakimś cudem zsunął się on wtedy z szyi Ruth. Szyi, którą tak bardzo lubił całować...
Za dużo zbiegów okoliczności i zbyt wiele przywołanych wspomnień. Skoro jednak wiedział o tym wszystkim ten mały gnojek, być może w jakiś niewyjaśniony sposób dowiedziała się tego także Kacica... Dlatego właśnie Trent poszedł na układ, zamierzał zrobić to, czego chciał od niego obojętny gość. Oczywiście, miał również własny plan. Skończy z tym raz na zawsze! Rozmyślając, coraz mocniej zaciskał zęby. Wściekłość przez chwilę nie pozwalała mu się bać. Wszystko się uda, oby tylko nie musiał patrzeć w oczy Ruth... Jak to możliwe, że w ciągu paru godzin jego dotychczasowe życie zaczęło się nagle wywracać do góry nogami? Zupełnie jakby po pięciu długich latach spokoju świat niespodziewanie postanowił sobie o nim przypomnieć i szeptał mu teraz wprost do ucha, że nawet jeśli on, Trent, nie pamięta, to pamiętają inni i wkrótce przypomną mu o wszystkim, co tak wytrwale starał się usunąć z pamięci. Obrazy z przeszłości powracały do niego z coraz większą dokładnością. Oczyma wyobraźni widział, jak tamtego feralnego dnia, idąc po schodach, wyjrzał przez okno i zobaczył ich sąsiadkę, panią Fischer. Staruszka kłóciła się ze śmieciarzem. Pamiętał, że w pokoju ich córki Lilly nadepnął na zabawkę, która wypuszczając powietrze, głośno pisnęła.
Zebrało mu się na wymioty. Wcisnął hamulec i samochód, sunąc po śliskiej jezdni, wpadł w kontrolowany poślizg, po czym zjechał na pobocze. Trent dławiąc się, wyskoczył z niego i pochylony nad kałużą zakaszlał. Z ust kapnęła mu ślina, ale nic więcej nie poleciało. Stał tak jeszcze przez chwilę, coraz bardziej mokry od deszczu, lecz uczucie ulgi nie nadchodziło. Chciał się czegoś pozbyć, ale nie mógł. Niektórych rzeczy nie można pozbyć się tak łatwo. Wreszcie wciągnął haust powietrza. Kilka razy wyszeptał swoją wyliczankę i wziął się w garść. Sprawa wciąż jeszcze była do wygrania...
Trzy
Schodząc ze wzniesienia, poślizgnął się na zalegającej dokoła grubej warstwie suchych liści. Poleciał w dół. Czuł, jak pod jego plecami łamią się z trzaskiem suche gałązki. Jakiś kamień obtarł mu kolano i Trent głośno zaklął. Wreszcie zatrzymał się przy jednym z drzew. Kilka metrów dalej zaparkował samochód. Wstał i pośpiesznie otrzepał się z liści. W aucie zatrzeszczało radio. Raz jeszcze spojrzał na drzewa, upewniając się, czy pamięta ich układ i czy trafi tu w kompletnych ciemnościach. Wyglądało na to, że wszystko jest przygotowane. W jego oczach nie było już strachu. Znowu polował.
– Brakuje tu tylko tej zawszonej suki! – warknął do siebie.
Radio ponownie zatrzeszczało i szybko ruszył w stronę samochodu.
– Tu Trent – powiedział szorstkim głosem. – Jak wygląda sytuacja?
– Cały budynek obstawiony, czekamy tylko na pana, sir – odpowiedział młody głos.
Na miejsce dotarł dziesięć minut później. Kacica miała ukrywać się w opuszczonym drewnianym domu, który niegdyś należał do zamieszkujących tereny ClueMount drwali. Dom z grubych bali przylegał jedną stroną do zbocza wznoszącej się za nim góry. Tuż przed nim rozciągał się szeroki plac, na którym niegdyś składowano dowożone popołudniami drewno. Obie prowadzące do budynku drogi zostały szczelnie obstawione. Dla wsparcia wezwano tutejszych funkcjonariuszy, którzy lepiej od ekipy Trenta orientowali się w terenie. Pomysł ten napawał go lękiem.
Pod jego nieobecność drzwi domku otworzyły się tylko raz. Jak wynikało z raportu, który prędko przejrzał, wyszła z niego niewysoka kobieta około lat czterdziestu. Pod pachą niosła owinięte folią wiadro, które zapakowała na przyczepę zaparkowanego nieopodal Pickupa, i wróciła do środka.
W chwili obecnej budynek otaczały trzy grupy policji. Oddział specjalny, podzielony na dwa czteroosobowe zespoły, czekał na znak Trenta i w końcu nadszedł odpowiedni moment. Pochylone sylwetki funkcjonariuszy ruszyły w stronę zabudowań, w których przeszło godzinę temu zapaliły się światła. Tuż za oddziałem, tym razem bez płaszcza, lecz w kuloodpornej kamizelce, biegł przygarbiony Trent. Jego blada twarz cała stężała. Głośno sapiąc, wciągał kolejne hausty chłodnego powietrza. Policjanci ustawili się w szyku. Dwóch obstawiło jedyne, wychodzące na plac okno. Dowódca pokazał coś ręką i do drzwi podszedł funkcjonariusz ze strzelbą. Huknął wystrzał. Posypało się drewno. Zaraz potem dały się słyszeć krzyki wbiegających do środka funkcjonariuszy. Agent był tuż za nimi. Widział, jak jego ludzie obstawiają schody i sprawdzają pokoje na piętrze. On został z policjantami przeszukującymi parter.
Budynek, który pośpiesznie przemierzali, wyglądał na bardzo zaniedbany. Pod sufitami ciągnęły się długie woale pajęczyn. Tylko gdzieniegdzie stały pozostawione przez drwali meble oraz narzędzia, które przez zalegającą na nich warstwę brudu, przywodziły na myśl wysuszone resztki ludzkich ciał. Drewniana podłoga trzeszczała pod naciskiem policyjnych butów. W nozdrza uderzał ich zapach starości. Do sprawdzenia pozostały jeszcze tylko jedne drzwi. Według dostarczonego przez tutejszą policję planu budynku miała się za nimi znajdować połączona z jadalnią niewielka kuchnia. Dowódca oddziału wydał ręką kolejny rozkaz i funkcjonariusze, wyważając kopniakiem drzwi oraz wykrzykując ostrzeżenia, wpadli do środka.
Pomieszczenie było rzeczywiście nieduże. Oświetlała je jedynie stara lampa naftowa i zamontowane na krótkich karabinach policyjne latarki. W chwili gdy do środka wbiegł Trent, światło latarek skierowano w stronę siedzącej nieruchomo pod ścianą postaci. Była to bardzo zaniedbana, starsza kobieta. Jej twarz przecinały liczne zmarszczki, a rozrzucone w nieładzie, pozlepiane włosy, siwiały całymi pasmami. Blade usta miała spękane. Skóra na szyi marszczyła się odpychająco. Wyglądała na dużo starszą niż zakładał Trent. Do jej wyglądu zupełnie nie pasowały oczy. Były jedyną pozostałością po odległych czasach, w których jej twarz mogła być piękna. Oczy były młode, bystre. Zupełnie, jakby nie przynależały do zniszczonego ciała, tylko do czegoś ukrytego w jego wnętrzu. Wzrok utkwiła w Trencie, on zaś odniósł nieodparte wrażenie, że gdzieś już miał do czynienia z takim spojrzeniem...
Policjanci wykrzykiwali rozkazy, tymczasem on podszedł do stojącego obok kobiety stołu. Leżał na nim zawinięty w foliowy worek pakunek. Jego kształty nasuwały nieprzyjemne skojarzenia. Coś, co opinała czarna folia, delikatnie drżało. Jak smolista larwa, która ospałymi ruchami próbuje wyswobodzić się z wiążącego ją kokonu. Podchodząc bliżej, Trent wezwał przez radio lekarza. W pomieszczeniu było coraz więcej policjantów. Zapach ich uniformów i oddechów powoli wygrywał z unoszącym się dotąd w powietrzu odorem stęchlizny. Sanitariusze zbliżyli się do worka, a kobietę położono na ziemi ze skutymi na plecach rękoma. Nie stawiała nawet odrobiny oporu. Nic nie mówiła.
Klnąc pod nosem, agent zaczął rozrywać pakunek, który aż lepił się od niewidocznej w pierwszej chwili krwi. W środku znajdował się nagi mężczyzna. Tak jak wszystkich odnalezionych wcześniej, jego także ogolono na łyso i pozbawiono brwi. Zęby miał tak mocno zaciśnięte, że aż drżały mu szczęki. Oczy wybałuszone. Żył, ale ktoś dość nierówno poobcinał mu wszystkie palce u rąk i nóg. Jeden z nich leżał pod stołem, reszty brakowało. Trent zmusił się, aby go podnieść, i poczuł, jak popołudniowy lunch podchodzi mu do gardła. Kobietę właśnie miano wyprowadzić. Widząc to, odwrócił się do niej, wyraźnie tłumiąc narastającą wściekłość.
– I co teraz, ty pojebana wariatko? – zapytał, wytrzymując jej spojrzenie. – Jeśli to ty maltretowałaś tego człowieka, przysięgam, że oddam cię władzom Teksasu, a tam czeka cię elektryczne krzesło! Może chciałabyś raz poczuć, jak to jest być torturowanym, co? – warknął.
Kobieta nie odpowiedziała. Trent kazał jej odczytać prawa, a funkcjonariusze, zachęceni jego przemową, nie obchodzili się z nią zbyt delikatnie. W pokoju wciąż przybywało ludzi. Wezwano czekającą w pogotowiu karetkę i ostrożnie wyniesiono tracącego przytomność mężczyznę. Agent automatycznie wydawał kolejne rozkazy. Kazał zabezpieczyć pomieszczenie i wyprowadzić podejrzaną. Kiedy dwóch rosłych policjantów ciągnęło ją w stronę drzwi, ruszył za nimi. Kacica nie stawiała oporu, ale kiedy zbliżyli się do siebie, nagle odwróciła głowę w jego stronę i powiedziała głębokim, czystym głosem:
– Mój drogi... Chciałabym wiedzieć tylko jedno...
Trent zmusił się, aby znowu popatrzeć w jej przebiegłe, żyjące własnym życiem oczy.
– Chciałabym wiedzieć, co u pana córeczki? Co słychać u małej Lilly? – dokończyła.
Znaczenie wypowiedzianych przez nią słów dotarło do Trenta z pewnym opóźnieniem, a kiedy już je pojął, jego nabiegła czerwienią twarz zdała się aż falować od nienawiści.
– Milcz, ty nędzna kurwo! – wycedził i wymierzył kobiecie siarczysty policzek.
Trzymający ją funkcjonariusze, nie bardzo wiedząc, jak tym razem zareagować, pchnęli ją mocno do przodu, tak że upadła na kolana. Nic więcej nie powiedziała. Na jej twarzy niespodziewanie pojawił się tylko tajemniczy uśmiech – taki sam, jaki gości zazwyczaj na buziach dzieci oblizujących się na widok pączka...
Raz
Uspokoił się nieco dopiero, gdy wsadził ją skutą do samochodu. Krew zaczęła wolniej krążyć, skronie już nie pulsowały. Spróbował się całkowicie opanować. „Raz, dwa, trzy, wypadam z głupiej gry” – powtarzał w myślach. – „Raz, dwa, trzy...” Wszystkiemu winne były te jej cholerne oczy. Gdzie wcześniej widział takie spojrzenie?
Ruszył do dowódcy oddziału, chcąc wydać mu ostatnie rozkazy. Czas najwyższy, by odjechać z tego okropnego miejsca. Rozmawiał z nim przez chwilę i nagle znieruchomiał. Zauważył, że przyglądała mu się, ubrana w mundur tutejszej policji, kobieta. Nerwy powstrzymane przed chwilą z takim trudem znowu zawładnęły jego ciałem. Rzucił jej zdawkowe spojrzenie i natychmiast się odwrócił. To jednak wystarczyło, aby zdać sobie sprawę z tego, kim jest policjantka. Mimo odrobiny nadwagi i kapelusza, pomimo jego zmęczenia i zapadających szybko ciemności, poznał ją od razu. Trent zacisnął zęby i spuścił głowę. To była Ruth. Nie mógł pomylić jej z nikim innym. Widział wyraz jej twarzy, a znał go doskonale z czasów, kiedy wyczytywanie różnych rzeczy z jej pięknych rysów miało dla niego jeszcze jakieś znaczenie. Wszystko rozgrywało się jak w piekielnym scenariuszu, najchętniej wyrwałby ręce temu, kto go napisał. Przyjeżdżając tutaj, podejmował ryzykowną grę.
– Raz, dwa, trzy – powtarzał znowu w myślach. Żeby tylko nie zwariować. Teraz musiał wziąć się w garść i działać.
Zawrócił na pięcie i udał się w stronę policyjnego radiowozu, w którym umieszczono Kacicę. Dał znak kierowcy, że wsiądzie do tyłu. W środku skuta kobieta dziwacznie podkurczyła nogi, przez co sprawiała wrażenie jeszcze mniejszej i bardziej bezbronnej, niż przed chwilą. Jak to możliwe, że tak doskonale radziła sobie ze swymi ofiarami? – zastanawiał się, obserwując ją uważnie. I czemu tak bardzo zależało na niej temu gnojkowi, panu obojętnemu? Na wspomnienie jego słów nerwowo poszukał w kieszeni kolejnych patyczków do uszu, ale nie miał już żadnego.
Samochód wykręcił i zaczęli powoli zjeżdżać w dół. Trent obejrzał się przez ramię – za nimi ruszył drugi radiowóz. Na dole miał dołączyć kolejny. Kapryśny deszcz zaczął ponownie siąpić, a przy pniach drzew rosnących dokoła zbierała się wieczorna mgiełka. Rzucił okiem na kierowcę. Nie widział jego twarzy, ale domyślał się, że prowadzi jeden z tutejszych policjantów. Włączył krótkofalówkę i ostrożnie sięgnął po służbową broń. Dopiero wtedy poczuł na sobie nieprzyjemne spojrzenie Kacicy. Patrzyła na niego jednym okiem. Drugie przysłoniły jej posklejane włosy. Nawet jeśli coś przeczuwała, nie miało to już żadnego znaczenia. Właściwie nic już nie miało znaczenia. Niedługo raz na zawsze uwolni się od swoich wszystkich zmartwień.
Powoli zbliżali się do miejsca, które sobie wcześniej upatrzył. Włączył krótkofalówkę.
– Radiowóz z tyłu, za podejrzaną, zgłoście się.
– Tak, słuchamy cię, to znaczy, słucham, sir? – odpowiedział odrobinę drżący głos.
Tutejsi wieśniacy są przejęci – myślał Trent. – Dla wielu z nich dzisiejsza akcja to największe wydarzenie w życiu...
– Zdaje się, że siada wam jeden reflektor – powiedział. – Sprawdźcie to. Nie możemy tak wyjechać na autostradę. Poczekamy na was...
– Eee…
– Bez dyskusji – dodał.
– Tak, tak jest, sir.
Kiedy jadący z tyłu radiowóz zaczął zwalniać, jego auto akurat wchodziło w zakręt i przed resztą konwoju zakryła je na moment obsadzona drzewami skarpa. Teraz Trent miał jedną, jedyną szansę, aby wyjść z tego cało.
– Zatrzymaj się! – krzyknął do kierowcy.
Chłopak nerwowo nacisnął na hamulec i radiowozem zarzuciło na stromej drodze.
– O co chodzi? – policjant odwrócił się w jego stronę i zobaczył, że Trent wysiada z samochodu. Agent podszedł do niego i chłopak zaczął opuszczać szybę. Jego twarz przybrała wyraz pełnego zaskoczenia. Nie miał pojęcia, co się dzieje... – Co pan robi? – zapytał, widząc przed sobą broń.
Trent nad nim górował. Jego chuda, wysoka, odrobinę pochylona sylwetka miała w sobie coś z modliszki.
– Leżę postrzelony, mój drogi, i patrzę, jak ta suka ucieka z samochodu, podbiega do kierowcy i rozwala mu zakuty łeb wyrwanym mi pistoletem – odparł chłodno.
Oczy chłopaka rozszerzyły się, a sekundę później Trent wymierzył w jego głowę broń i pociągnął za spust. Czerwona maź obryzgała przednią szybę.
Czasu było już naprawdę niewiele. Nie zastanawiając się, prędko zdjął kamizelkę i ciskając ją na ziemię, dwa razy do niej strzelił. Słyszał dochodzący zza zakrętu warkot silnika drugiego radiowozu. Wrócił do drzwi pasażera. Złapał za włosy Kacicę i wyciągnął ją na zewnątrz. Nie stawiała oporu. Była uśmiechnięta. Popędził ją na pobocze, między drzewa. Przez minutę pięli się ku górze, w las. Potem Trent szarpnął kobietę tak mocno, że padła na kolana. Obmacał wielki kamień, który znalazł kilka godzin temu, i wyjął zza niego niewielki pakunek. Z dołu do jego uszu dobiegł odgłos hamowania. Zaraz znajdą ciało kierowcy, przestrzeloną kamizelkę i pootwierane na oścież drzwi. Uznają, że Kacica uciekła, że prawdopodobnie go uprowadziła, ma ze sobą jego broń. Pogoń nie ruszy od razu, najpierw będą musieli o wszystkim zameldować, porozumieć się z dowództwem, a to da mu niezbędny do wykonania planu czas... Czas, aby spokojnie załatwić całą sprawę.
– Ruszaj się! – rzucił, stawiając ją na nogi.
Biegli przez dobre kilkanaście minut. Gałązki drzew uderzały Trenta w twarz. Kilka razy tracił oddech i zanosił się kaszlem. Dawno już przestał o siebie dbać, ale czuł, że w końcu będzie mógł zacząć wszystko od nowa. Miał wrażenie, że właśnie w tej chwili, raz na zawsze, zamyka pewien okres swojego życia. Przestanie mieć koszmary, przestanie uciekać. Uśmiechnął się do siebie tak, jak zwykł to robić za dawnych czasów. Ruth kochała ten uśmiech, ale teraz było to tylko kolejne wspomnienie. Wspomnienie, które za chwilę zupełnie straci na znaczeniu. Zapalił wyjętą z ukrytego za kamieniem pakunku latarkę. Żółte światło natychmiast ożywiło setki cieni. Najwyraźniej zgubił drogę, ale doszedł do wniosku, że i tak nic to już nie zmieni.
Kacica znosiła marsz zadziwiająco dobrze. Nie odzywała się. Spojrzenie oczu miała utkwione w ziemi. W końcu Trent nie wytrzymał. Szarpnął ją do tyłu. Przewróciła się na skute ręce. Kajdanki przecięły skórę na nadgarstkach.
– Zaraz wszystko sobie wyjaśnimy – warknął. – Skoro już jesteśmy w tym miejscu, sami, tylko ty i ja, powiedz dziwko, skąd wiedziałaś o mojej córce? Kto ci powiedział, co? Mów, bo cię, kurwa, zabiję!
Kopnął ją w nerki, aż stęknęła.
– Myślisz, że będziesz sobie ze mną pogrywać, jak z innymi? Nic z tego, moja droga, ja jestem inny, nie dam ci żadnych szans!
– Oj, nie jesteś aniołkiem, agencie, nie jesteś! – wybuchła piskliwym śmiechem. – A okłamujesz siebie prawie tak samo, jak on okłamuje ich, szkoda, że wcześniej się tobą nie zainteresowałam...
Trent uderzył ją w twarz.
– Milcz! – ryknął. – Zaraz wydłubię ci te jebane, diabelskie oczy! – krzyknął. – Zresztą mam już dość, kończmy z tym!
Złapał ją za włosy i pchnął w stronę jednego z drzew. Oświetlił latarką znaleziony wcześniej pakunek i wyjął z niego drugie kajdanki i kluczyk. W środku był jeszcze sznur i parę innych rzeczy z samochodu.
Szarpiąc, rozpiął jej kajdanki. Ponownie wybuchając śmiechem, oparła się o drzewo. Trent odsunął się dwa kroki i wycelował. Odbezpieczył broń. Ręka mu zadrżała. Wreszcie mógł to zakończyć. Wreszcie ta dziwka przestanie się śmiać i patrzeć na niego w ten dziwny, obcy sposób... Palec lekko naparł na spust i nagle za jego plecami rozległ się trzask łamanych gałęzi. Błyskawicznie odwrócił się, gotowy do strzału. Latarka omiotła światłem najbliższe drzewa. Cienie, setki cieni – nic więcej. Ułamek sekundy później coś piekielnie ciężkiego uderzyło go w tył głowy. Zachwiał się, lecąc do przodu. Upadł na twarz. Latarka wypadła mu z ręki, a kiedy próbował się podnieść, coś uderzyło go ponownie. Później wszystko znikło.
Dwa
Obudził się jakiś czas później. Było już jasno. Słońce co chwilę wychodziło zza chmur, rażąc go w oczy. W obolałej głowie miał mętlik. Okropnie bolały go także ręce. Wpijał się w nie sznur – ten sam, który wcześniej ukrył w pakunku. Został nim bardzo zmyślnie unieruchomiony. Rozpięto go między dwoma rosnącymi obok siebie drzewami. Na kostkach nóg miał kajdanki. Musiał klęczeć. Każda inna pozycja była nie do zniesienia. Wątpił w to, czy udałoby mu się wstać bez niczyjej pomocy.
Ostrożnie uniósł głowę i natychmiast zobaczył Kacicę. Wyszła zza jednego z drzew. Nuciła coś pod nosem.
– Obudziłeś się? Nareszcie! – powiedziała wyraźnie z siebie zadowolona. W rękach trzymała samochodowy klucz do odkręcania kół. Klucz z jego pakunku. – To straszne – mówiła dalej. – Czasem jesteście już na takim dnie, że nie pomoże żadna modlitwa, rozumie mnie pan, agencie?
Szarpnął więzy. Tymczasem kobieta podeszła do niego i zatkała mu usta kawałkiem szmaty. – A kiedy nie pomaga modlitwa, spowiedź, skrucha i żal za grzechy, pozostaje już tylko jedno.
Trent poczuł, że kobieta sprawnym ruchem ręki chwyciła go za prawą nogę i mocno pociągnęła ją do tyłu, opierając o coś twardego. Nie mógł się obrócić, by zobaczyć, co Kacica chce z nim zrobić. Przestał o tym myśleć. Wtedy padł pierwszy cios. Przejmująca fala bólu rozeszła się po całym ciele. Piszczał jak kopane szczenię. Stalowy pręt strzaskał mu piszczel. Chciał krzyczeć, ale wtedy kobieta chwyciła jego drugą nogę...
Godzinę później wróciła mu świadomość i z wysuszonych ust dał się słyszeć jęk. Każdy oddech był bolesnym ukłuciem. Język obracał się we własnej krwi. Starał się ją wypluć, by uniknąć zadławienia, ale wciąż napływały jej świeże porcje.
Złamane nogi próbował trzymać nieruchomo. Cały ciężar ciała opierał na kolanach. Zapadły się przez to w miękkim poszyciu lasu. Klęczał tuż obok niedużego mrowiska i kilka owadów łaziło już po jego spodniach. Skupił się na oddechu – jeden, drugi, trzeci. Powolne, płytkie oddechy... Tak strasznie go bolało. Siedząc wczoraj u Vincenta, nigdy by nie pomyślał, że tak właśnie skończy... Ale może wciąż istniała dla niego jakaś nadzieja? Popełnił błąd. Lecz w pewnym sensie wszystko zaczęło nagle odpowiadać scenariuszowi, który chciał „sprzedać” przełożonym po zastrzeleniu Kacicy. Policja powinna przeczesywać okolicę już od paru godzin. Nadal mógł wyjść z tego żywy.
Znowu podniósł wzrok. Kacica siedziała na kamieniu, ostrząc dość długą gałąź. Na myśl o nowej torturze za gardło ścisnął go strach. Ile jeszcze mógł go znieść? Nie tak się to miało skończyć! Bał się koszmarów przeszłości, one także sprawiały mu ból, ale ten, który czuł teraz, był inny – prosty i zwierzęcy. Teraz bał się zaostrzonego kija... Tego nie można było zapomnieć i odsunąć od siebie. Spojrzał jeszcze raz na swojego oprawcę i zauważył, że Kacica nagle znieruchomiała. Ktoś szedł między drzewami.
Krok miał równy, nieśpieszny. Kolory ubrania były zgaszone. Ani trochę nie rzucały się w oczy. Kobieta wycofała się nieco. Trent uniósł powiekę. To był on – skurwiel, który zaczął to wszystko. Obojętny wyraz twarzy i puste spojrzenie ślepca. Informator, mały gnój, szantażysta, który kazał mu ją zabić, w zamian za milczenie i coś jeszcze... Coś, co Trent nazwałby oczyszczeniem. Nigdy nie uwierzyłby w jego obietnicę, gdyby nie przedziwna wewnętrzna pewność co do tego, że jego zleceniodawca mówi prawdę. Ofiarowano mu odpuszczenie grzechów. Ani razu nie odważył się dotąd nazwać w myślach tego, kto złożył mu tę ofertę, ale pamiętał, że kiedy informator opuścił lokal Vincenta, Trent miał już cholerną, przerażającą pewność… Wiedział, że musi posłuchać obcego, musi działać. Inaczej będzie stracony.
– Jesteś! – powiedziała Kacica, przekrzykując szum wiatru w koronach drzew.
Prócz niego nie było słychać nic więcej. Drzewa chciały dać się ponieść sile wichru, ale stare korzenie mocno trzymały je w ziemi. Nie pozwalały im uciec.
– Oczywiście – odparł spokojnie tamten. Szedł tym samym, powolnym tempem. – Ja zawsze jestem w pobliżu.
– On na nic ci się już nie przyda – powiedziała kobieta, wskazując kościstym palcem na Trenta.
Informator był tuż, tuż.
– Drogi Michale – zaczął. – To właśnie nas różni. Mamy wprawdzie tego samego ojca, ale ja staram się myśleć perspektywicznie. Lubię się pobawić, wiesz? – mówiąc to, najwyraźniej próbował się uśmiechnąć, ale układ jego warg nie zmienił się za bardzo, tylko oczy zwężały się, jak do uśmiechu.
Trent wciągnął ze świstem kolejny haust powietrza. Oczy informatora były oczyma Kacicy – takie same, obce, nieludzkie.
– Gdyby nie zabawa, chyba bym tu zwariował – dokończył mężczyzna. – Swoją pracę trzeba lubić, Michale! A czy ty na pewno lubisz swoją? Tak dawno temu stoczyliśmy ostatnią bitwę. Przyznaję, że wygrałeś, strąciłeś mnie na ziemię, ale powiedz szczerze, czy którykolwiek z was przypuszczał, że zdołam uczynić z tego miejsca swój dom?
– Czego chcesz? – zamiast mu odpowiedzieć, zapytała wyzywająco. – Nasz agent już się nie liczy, a mnie nic nie możesz zrobić!
Gałązki cicho zatrzeszczały pod jego butami, kiedy nagle się zatrzymał.
– W pewnym sensie, nie – odparł monotonnym głosem. – Jak mówiłem, on już mnie nie interesuje, tak czy siak, należy do mnie, no w każdym razie, prawie... Czekam teraz na kogoś innego. Widzisz, aż mi się nie chce wierzyć, że to całe masochistyczne gówno wciąż tak dobrze sprawdza się w niektórych przypadkach – mówiąc to, zmierzył Trenta pustym spojrzeniem. – Cierpi ciało, cierpi dusza, tralalala. Nigdy nie znałem się na tym całym ciele – dokończył.
– Nigdy nie zrozumiesz ludzi, diable – wycedziła Kacica.
Zmierzył ją wzrokiem.
– To się okażę, mój drogi. W końcu bywam tu częściej niż wy. Mam ambicję zostać najbardziej ludzkim ze wszystkich aniołów! – kiedy to powiedział, jego puste oczy ponownie się zwęziły. – Dość jednak gadania. Nasz agent długo już nie wytrzyma, a co do ciebie, Michale... Wybacz i pożegnaj ode mnie swoje ciało. Chociaż to i tak zbyt delikatna kara, jeśli wziąć pod uwagę, ile mi tutaj napsułeś. Wiesz, jak wiele czasu zajęło mi przekonanie tych wszystkich durni, że są aniołkami?! Wiesz, ile musiałem się z nimi naużerać, żeby w końcu robili dokładnie to, co im każę?! – syknął przeciągle. – Trudno. Ty, mój kochany, wygrałeś jedną bitwę. Ja za jednym razem wygram trzy. Poza tym nigdzie mi się nie spieszy, tobie natomiast, wręcz przeciwnie. Zajrzyj do nas jeszcze czasem, a teraz idź się, proszę, powiesić!
Kacica słysząc to, najpierw stała nieruchomo, napięła każdy mięsień, szczęka jej drżała, oczy płonęły wściekłością, lecz nagle odwróciła się i biorąc leżącą wśród zeschłych liści resztkę liny, poszła między drzewa poza zasięg wzroku Trenta. Zostali sami. Informator zbliżył się do niego i uniósł mu głowę, mocno ciągnąc za włosy.
– Michał naprawdę wspaniale cię urządził, wiesz? – powiedział. – Gnojek ciągle mi to robi, co zawieszę na kimś oko, zaraz by mu pomagał. Fatalnie, bo ja lubię takich skurwieli, jak ty. Jesteście ciekawsi niż zwykli, dobrzy ludzie. Nie mam racji? Jak tam wtedy było, tatuśku, pięć lat temu, kiedy wsadziłeś kutasa w swoją małą córeczkę? Fajnie było?
Trent charczał. Krew z jego ust sączyła się na ziemię, brudząc buty Informatora.
– Nie taka była umowa – wystękał, plując czerwienią. Informator spojrzał mu w oczy.
– Trent, jesteś niesamowity! Piekielnie żałuję, że jeszcze teraz nie będę cię miał u siebie. Umowa, powiadasz... Wedle niej miałeś zabić Michała. Nie wykonałeś swojej części zadania, agencie. Ale ja nie jestem złośliwy, jak mówiłem... Lubię takie gówna jak ty i skoro obiecałem oczyszczenie, częściowe przynajmniej, to je otrzymałeś! Michał zrobił z tobą swoje... Ja nie posiadam mocy odpuszczania grzechów! Bez nich nie miałbym po co istnieć!
Trent spuścił głowę. Chciało mu się wyć. To był już koniec, wreszcie zrozumiał...
– Och – zaczął znowu diabeł – przejąłeś się, bo nazwałem cię wreszcie po imieniu, gwałcicielu małych dziewczynek?! Czyżbym był świadkiem aktu skruchy? Nie, Trent, nie teraz – szepnął mu do ucha. – Raz, dwa, trzy już ci nie pomoże, bracie, już nie... Chcesz odejść, dobrze, puszczę cię, ale jesteś mi potrzebny jeszcze na chwilkę, tymczasem znikam. Miło cię było poznać, Trent, i nie martw się. Będę w pobliżu.
Potem informator odszedł. Pożegnał go dźwięk napinającej się liny i chrzęst kręgosłupa, wiszącej nieopodal Kacicy.
Wiatr nadal wył w koronach drzew. Z zachodu wyraźnie nadchodziła burza. Naraz zrobiło się bardzo duszno, a niebo wyraźnie pociemniało. Trent opadał z sił. Ból był mu już obojętny. Umierał. Każdy oddech zbliżał go do granicy wytrzymałości… I nagle usłyszał nawoływania. Ktoś meldował, gdzieś zaszumiała krótkofalówka. Gałęzie uderzyły w czyjąś ortalionową kurtkę... Chciał krzyknąć, ale mógł tylko mamrotać. Na ustach pękały mu krwawe bańki.
Po lewej trzasnęła gałązka. Ostatkiem sił uniósł głowę. Obraz przed oczyma już mu się rozmywał, kiedy wreszcie ją zobaczył. Jednak wcale tak bardzo się nie zmieniła. Krótkie, czarne włosy, lekko zadarty nosek i wyblakłe piegi. Wyglądała na oszołomioną. Patrząc na niego, jej twarz zmieniła się w maskę cierpienia. Spuścił głowę, a jego żona powoli podeszła bliżej. Szlochając i z trudem łapiąc oddech, uklękła przy nim i spojrzała mu prosto w umęczone oczy. Spojrzenie było krótkie, ale wystarczyło. Łzy spływały jej po policzkach.
Przez pięć lat zadawała sobie wiele pytań, na które nie znała odpowiedzi. Wciąż nie była pewna, co się wtedy stało. Bała się tego, co cztery lata temu mógł zrobić jej mąż. Nie była tego pewna, aż do tej chwili. Nie mówiąc ani słowa, cofnęła się. Szlochała coraz głośniej. Nagle odezwało się jej radio. Przystanęła, a młody głos, przekrzykując szumy, zapytał, czy mają iść w stronę jej kwadratu poszukiwań i czy coś znalazła... Wzięła głęboki oddech, odwracając się do Trenta plecami.
– Nic tu nie ma – powiedziała odchodząc. – Bez odbioru...