Tomasz Wolniewicz, Helenka

31.05.2011

Mamy przyjemność zaprezentować naszym czytelnikom opowiadanie, które zwyciężyło w konkursie literackim Ze zbrodnią w tle, zorganizowanym przez portal społecznościowy kobieta50plus.pl, Oficynkę oraz serwis Zbrodnia w Bibliotece.  Autorem Helenki jest Tomasz Wolniewicz.


Tomasz Wolniewicz. Rocznik 1973. Posiadacz podwójnego wykształcenia: technik chemik - polonista. Miał to szczęście, że pracował w obydwu swoich zawodach, aczkolwiek z różnym skutkiem. Nigdy nie żałuje podjętych przez siebie decyzji, mówiąc, że przynajmniej spróbowałem. A że nie wyszło, to akurat nie koniec świata.

Jak to na Wodnika przystało ciągnie go do wszelkiego rodzaju tajemnicy i intrygi. I przy okazji buja w obłokach, chociaż potem lądowanie bywa niezwykle bolesne. Uwielbia gry językowe i niedpowiedzenia. Dlatego tak bardzo lubi oglądać kabaret i potem się zastanawiać, skąd w nim tyle moralnego niepokoju. Ale o tym ani mru, mru.

Chociaż mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii, cały czas wraca myślami do rodzinnego Lublina. Ma nawet plan tego miasta powieszony w swoim pokoju , by w wolnej chwili udać się na przechadzkę znanymi sobie ulicami.

Swoją przygodę z pisaniem rozpoczął jeszcze jako uczeń podstawówki. Powstałe w tamtym okresie wiersze nie przetrwały próby czasu. Zniknęły w czeluściach pieca kaflowego. Potem przyszedł czas na prozę a jeszcze bardziej potem na wielkie zwątpienie, które ma nadzieję, że już nie powróci.

W chwili obecnej pracuje z ludźmi z upośledzeniem umysłowym, co sprawia mu niezwykłą frajdę. A jak nie pracuje, to albo zasiada do komputera, aby trochę popisać, albo bierze rower i wyrusza na odkrywanie nowych miejsc. Poza tym pracuje nad powiększeniem swojej kolekcji muzyki, która towarzyszy mu niemal zawsze. Nawet podczas pisania.

Zupełnie nie wie, co go wtedy podkusiło. Dzień wstał wilgotny i ponury. Noc, która zdążyła już zniknąć, pozostawiła po sobie niechciany prezent: mgłę. W jej gęstym kożuchu do złudzenia przypominającym ruchomy dywan, majaczą kontury niedalekich budynków stacji benzynowej. W głębi dostrzega poustawiane w szereg pudełkowate kształty i domyśla się, że jest to zapewne kolejka tirów, która stoi w oczekiwaniu na załadowanie skrzynkami piwa. Wiatr nieoczekiwanie rozwiewa nisko zawieszone chmury i przez moment widok za oknem lśni najczystszym złotem. Promienie wschodzącego słońca muskają krawędzie neonu, informując, że oto stacja "Bliska" jest przygotowana na przyjęcie pierwszych klientów.

Ponadto zauważa, że słońce wydobyło z szarości sylwetki, które okazały się grupką uczniów, spieszących na poranny autobus. Mężczyzna cofa się instynktownie w głąb pokoju i chowa za powiewającą na wietrze firanką. Wie, że lada chwila blok powszechnie znany jako Manhattan zacznie powoli budzić się do życia. Jeszcze chwila, a usłyszy odgłosy zbiegających z ostatniego piętra dzieci Martyniuka. Zaraz za nimi odezwą się kroki, zapewne pani Lidii, które zwielokrotnione pustką korytarza, wypełnią swoim tupotem cały blok i przenikną go aż do szpiku kości. Mężczyzna ciepło myśli o właścicielce tak wszechwładnych kroków, ale wie, że ona jest jednak poza jego zasięgiem. Jest zarezerwowana dla innych, pachnących perfumami i dobrą pracą mężczyzn, dla których zbieractwo puszek stanowi jedynie hasło w encyklopedii internetowej.

Zgodnie z oczekiwaniami wyglądającego przez okno mężczyzny na klatce schodowej rozlega się poranna kanonada, która umarłego potrafiłaby obudzić. Wiedział z opowieści, że przy odrobinie szczęścia można usłyszeć odgłosy dochodzące z całego pionu. Od pijackich kłótni i awantur począwszy, na miłosnych uniesieniach kończąc. Kiedy Helenka powiedziała mu o tym po raz pierwszy, a jej słowa podkreślił dziewiczy rumieniec, uśmiechnął się tylko. Wydawało mu się, że to tylko rojenia kobiety samotnej, która potrafi dopowiedzieć sobie całą historię do zasłyszanych odgłosów. Ale kiedy w końcu zaprosiła go kiedyś na herbatę, przekonał się, że nie zmyślała. Na własne uszy usłyszał skrzypienie łóżka i okrzyki rozkoszy wydawane przez jakąś młódkę. I wtedy po raz pierwszy od śmierci jego żony naszła go ochota na miłosne igraszki.

Helenka. Mężczyzna myśli i wyciąga z kieszeni kolejnego papierosa. Siny dym wiruje przez chwilę w powietrzu, potem ucieka przez uchylone okno. Ma tylko nadzieję, że nikt go nie zauważył. Starał się być ostrożny i dopiero po dłuższej chwili odważył się sięgnąć do klamki. Skoncentrował wzrok, ale nie zauważył nikogo. Plac tuż przed blokiem był już opustoszały i wciąż przykryty pasmami mgły. Ale cholera wie. Niby pusto, ale ktoś, jak na złość, mógł go zobaczyć, zwłaszcza przy zapalonym świetle. Mężczyzna na samą myśl instynktownie ogląda się na żyrandol i oddycha z ulgą. Żarówka jest ciemna i zimna. Nie mogąc powstrzymać radości, wydmuchuje smugę dymu na spacerującą leniwie po firance muchę. Owad odskakuje z głośnym bzyknięciem, by po chwili osiąść kilka centymetrów wyżej. Najwyraźniej nie lubi dymu.

Helenka. Ona też nie lubiła, gdy palił. Twierdziła, że śmierdzi, a wszystko inne też przechodzi dymem. Pewnie dlatego zawsze palił przy uchylonym oknie – zupełnie tak jak teraz - aby jej nie rozłościć za bardzo. Nie chciał bowiem, aby się na niego pogniewała na dobre. Nie mógł sobie na to pozwolić. Za bardzo z czasem zaczęło mu na Helence zależeć.

Poznał ją na stacji benzynowej. Ona przyszła po drobne zakupy, on jak zawsze przekładał kontenery z piwem. Na początku to nawet jej w ogóle nie zauważył, zajęty przeliczaniem puszek na złotówki, ale gdy za którymś razem wyszedł z magazynku i zobaczył, że kobieta z reklamówką o mało nie upadła, zostawił kontener na środku ścieżki i podbiegł do niej. Nie była pijana, to mógł przysiąc na wszystkie świętości. Poza tym ktoś, kto nadużywa alkoholu, potrafi rozpoznać towarzysza niedoli. Ona taka nie była. Sprawiała wrażenie chorej i bardzo zabiedzonej. I długo nie potrafił zrozumieć, że taka osoba mieszka sama, bez opieki. Jego przypuszczenia okazały się prawdą. Helenka mieszkała sama i głodowała. Poza tym już na samym początku poskarżyła się na zawroty głowy, które przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach. Raz się zdarzyło, że upadła na pasach. Szczęściem kierowca nie jechał zbyt szybko i zdążył wyhamować. Inaczej, ktoś inny miałby ją na sumieniu.

Po mgle nie zostało już ani śladu. Ustąpiła miejsca błękitowi nieba i słońcu, które boleśnie kłuje w oczy. Mężczyzna cofa się jeszcze bardziej. Zawadza o stół i runąłby jak długi, gdyby w ostatniej chwili nie złapał równowagi. Cóż, lata spędzone na skakaniu po rusztowaniach robią jednak swoje. Budowlanka nie tylko go nauczyła tego rodzaju sztuczek, ale i pozostawiła pokręcone palce i skórę spaloną wapnem. To dlatego tak często trzymał ręce w kieszeniach, wstydził się bowiem swoich pokręconych towarzyszy. Poza tym to dawał w ten sposób sygnał, że wszystko mu jedno i lepiej z nim nie zaczynać. Z reguły się to sprawdzało. Ludzie omijali go szerokim łukiem. Raz się tylko zdarzyło, że jakiś menel nie dał mu spokoju, a potem skończył ze złamanym nosem i wybitymi zębami. Pamięta, że tak bardzo wściekł się na tego śmierdziela, że musieli go siłą odciągać. Gdyby nie to, zatłukłby go pewnie jak psa. Nie potrafi się opanować, gdy raz już zacznie. Wpada w szał i bije do upadłego.

Słońce jest coraz bardziej jaskrawe. Mężczyzna mruży oczy i siada na pufie, tuż przy stole, o który się o mało co nie wywrócił. Korci go, aby podejść do okna i zaciągnąć zasłony, ale szorstki odgłos miotły i brzękanie wiaderka skutecznie go odstraszają. Nie chce kusić losu i być zauważonym przez tego skurwysyna Rączkę. Jest niemal pewien, że dozorca na pewno go zauważy i doniesie, gdzie trzeba. To tylko kwestia czasu, a takim bydlakom jak Rączka w ogóle nie należy ufać i pozwolić chodzić po ziemi. Gdyby to od niego zależało, to dozorca już by się na bloku nie pokazał. Zwłaszcza po tym, co zrobił Janikowi spod 108 i matce Adriana z downem. I Helence też. To przez niego tak podupadła na zdrowiu. Na samą myśl zaciska pieści. Aż do bólu. Pożółkłe od tytoniu paznokcie wbijają się w skórę, powodując wściekłe syknięcie. Od niego by go na pewno nie odciągnęli, pomyślał, podchodząc do okna. Pokusa jest większa od rozsądku. Poza tym to przeklęte słońce zdaje się grzać coraz bardziej i bardziej. Musi zaciągnąć te cholerne zasłony, bo inaczej oszaleje.

Helenka zbliżała się do pięćdziesiątki i była nieszczęśliwa. Zauważył to już na samym początku, kiedy pomógł jej wtedy po wyjściu z zakupami. Nie musiała za wiele mówić, aby się zorientował, że z Helenką jest coś nie w porządku. Czy to błysk w nieco przymglonych strachem oczach, czy to nie wyrośnięta, nieco beczułkowata sylwetka. Na takie osoby mówi się zazwyczaj „głupia” i z takim ciężarem muszą iść od małego przez całe dorosłe życie. I z reguły nie robią nic, aby to zmienić. Ale jemu to nie przeszkadzało, tym bardziej że szybko się przekonał, iż Helenka wcale głupia nie była. Może nieco naiwna, jak to bywa w podobnych przypadkach, ale na pewno nie głupia. Poza tym była geniuszem uczucia, szczera, prawdziwa aż do bólu. Nie potrafiła może ich uzewnętrzniać, ale szybko odkrył na podstawie rozmów, jak bardzo tęskni za swoją siostrą. Wspominała o niej przy każdej okazji i odliczała czas do jej ponownego przyjazdu. Helenka mówiła, że przeprowadziła się do Szwecji kilka dobrych lat temu, wkrótce po śmierci rodziców. Z braku lepszego zajęcia Jola postanowiła zaryzykować i udało się. Pracowała gdzieś w hotelu na południu Szwecji i co jakiś czas dzwoniła do Helenki, aby zapytać jak żyje.

Mężczyzna patrzy na zdjęcie uśmiechniętej brunetki na tle jakiegoś budynku. W niczym nie przypomina Helenki. Wysoka, tryskająca zdrowiem, zadowolona z życia kobieta. Delikatny makijaż podkreśla czujne spojrzenie niebieskich oczu. Niezwykłe połączenie, myśli, brunetka o niebieskich oczach. Bardzo niezwykłe. Zdjęcie stało oparte o komplet noży kuchennych, prezent urodzinowy, z którego Helenka była niezwykle dumna. Trzymała je na półce, co go wcale nie dziwiło, gdyż noże wyglądały bardzo ozdobnie i w dziwny sposób harmonizowały z maskotkami, książkami i potężnym, staroświeckim budzikiem, które zapełniały mieszkanie. Mężczyzna myśli, że taki komplet musi sporo kosztować i że Jola pewnie dobrze zarabiała. Jednak nie kwapiła się zbytnio z przysyłaniem siostrze pieniędzy. Wynikało to głównie z faktu, że Helenka nie znała się w ogóle na pieniądzach. Przekonał się o tym podczas jej kolejnych zakupów, gdy cena nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. I zaraz też okazało się, że sto czy tysiąc to dla niej żadna różnica. Pokręcił tylko wtedy głową i podpowiedział, ile powinna zapłacić. Helenka rozpłynęła się w podziękowaniach i chyba wtedy po raz pierwszy zaprosiła go na herbatę.

Co tu dużo ukrywać, polubił ją, i to bardzo. Nagle napłynęły mu do oczu łzy i nie wie, czy to przez wspomnienie o Helence, czy przez wciąż wirujący w powietrzu papierosowy dym. Nieważne zresztą. Należy do tej generacji, która nie załamuje rąk nad byle przeszkodą. Jego wychowała szkoła epoki stalinizmu i twarde warunki życia lat sześćdziesiątych. I wtedy to dowiedział się, co to znaczy bieda i jak sobie z nią radzić. Przede wszystkim nie wolno użalać się nad sobą. Dlatego ociera płynące po policzkach łzy i bojaźliwie ogląda się w stronę łazienki. Jakby w obawie, że Helenka stamtąd za chwilę wyjdzie i zobaczy, że się maże jak małe dziecko. I jak na zawołanie policzki ma już suche, tylko zaczerwienione oczy zdradzają chwilę słabości. Tak polubił ją. Była zupełnie inna od jego nieboszczki żony. Tamta była wyjątkową zołzą i bez przerwy ciosała mu kołki na głowie. Kiedy się skarżył kolegom, nie wierzyli. Nie mogło im przyjść do głowy, że w ciele bogini ukrywa się zgaga. „Wymyślasz” mówili, a on kiwał głowa, jakby chciał powiedzieć „Co wy tam wiecie”. Owszem jego nieboszczka żona mogła się podobać. Na takie dzisiaj mówi się „laska”. Wysoka i szczupła, z welonem sięgających pasa czarnych włosów. Szerokie biodra stworzone do rodzenia okazały się jednak jałowe. I może dlatego traktowała go jak śmiecia. Bo stał się mimowolnym świadkiem jej bezpłodności. Wszystko było nie tak. Cokolwiek nie zrobił, nie pasowało. Zła praca, za małe zarobki, brak samochodu. „Inni już mają, tylko nie ty, ofermo!" – potrafiła krzyczeć na powitanie, gdy wracał zmęczony z budowy, zlany potem, zmarznięty. Sam się zastanawiał, jak wytrzymywał z nią tak długo. Niejednokrotnie życzył jej śmierci, ale nigdy jej nie uderzył. Nigdy, przenigdy, chociaż Bóg mu świadkiem, że niejednokrotnie ręka go świerzbiała. Już, już, ale zawsze się powstrzymywał. Nie, nigdy by nie uderzył kobiety. Nie to, co ten skurwysyn Rączka, który potrafi tak zaplanować i człowieka podejść, że zanim się obejrzy, a już leży rozłożony na łopatki.

Helenka w niczym nie przypominała nieboszczki żony. Cicha i małomówna, zamknięta w swoim wewnętrznym ciepłym światku. Nie mówiła za wiele, więc gadał on, bez przerwy. Jakby chciał nadrobić te wszystkie lata małżeństwa, a potem wdowieństwa. On gadał, a Helenka słuchała. Czasami zadawała pytania, ale głównie słuchała. I było mu wtedy dobrze.

Dzwonek do drzwi. Mężczyzna zastyga w bezruchu, wstrzymuje oddech. Jest tak przestraszony, że dym papierosowy szeleści, kręcąc się pod sufitem. Jest przestraszony, ale i zły na siebie. Jak mógł tak dać się zaskoczyć? W ogóle nie słyszał ani kroków, ani niczego innego. A dzień już przecież w pełni. Na stację co i rusz podjeżdżają samochody, w hurtowni piwa ruch jak zawsze. Tir za tirem i jeszcze do tego kolejka przed bramą. Mężczyzna mruży oczy, próbując odczytać nazwę browaru. Niestety obraz jest zamazany, widzi tylko wyraźnie zarysy stacji i podwórko z piaskownicą, przy której siedzi jakaś kobieta. Pewnie czeka na kogoś, bo objuczona siatkami rozgląda się niepewnie wokoło.

Dzwonek odzywa się ponownie, a potem słyszy już tylko niknące w głębi korytarza skrzypiące kroki. Kroki są ciężkie i miarowe. Ich rytm przypomina mu nieco wybijaną na werblu wprawkę. W końcu słyszy kłapnięcie drzwi wejściowych i wygląda ostrożnie przez okno. To tylko listonosz. Ciężka torba przegina wątłego z wyglądu mężczyznę na prawo. Na koszuli widać ślady potu. Po chwili słyszy bełkotliwy głos Rączki, którego zagadał listonosz. Mężczyzna nadstawia ucha i próbuje wyłowić jakieś słowa. Chyba gadają o Helence i niejako na potwierdzenie widzi, że listonosz spogląda we wskazane przez dozorcę okno. Drapie się po głowie i spogląda ponownie. Dziwne, że Rączka jeszcze nie poszedł. Zdążył już pozamiatać, a teraz pewnie chodzi i szuka okazji. A może go jednak widział, jak rano wchodził do bloku? Sama myśl paraliżuje mężczyznę, który zaczyna odczuwać panikę. Głupi nie jest i może skojarzyć, że Helenka dzisiaj w ogóle nie wychodziła i on też się nie pokazał. Głupi nie jest, a i obserwować też potrafi. Pewnie dlatego tak łatwo jest mu oszukiwać innych. Wypatrzy jakiś słaby punkt, poczeka, a potem łup! Z zaskoczenia.

Ale wkrótce dozorca sobie idzie. Widzi go, jak ten kuśtyka, taszcząc w jednym ręku wiaderko z miotłą, a w drugiej jakiś plastykowy worek. Worek jest czarny i wypchany czymś nieregularnym. Na ten widok mężczyzna ponownie czuje przypływ złości. Ten skurwysyn go ubiegł i pozbierał wszystkie puszki z poprzedniego wieczora. Jakby nie patrzeć, kilka złotych w plecy. Odprowadza go wzrokiem aż do budynku stacji, po czym z rezygnacją wyciąga kolejnego papierosa. Przez chwilę miętosi w dłoniach puste prawie opakowanie. Raptem cztery mu zostało, duma i zastanawia się, czy wytrzyma tutaj do wieczora. Dobrze, że szybko się teraz ściemnia, ale te dzieciaki na korytarzu. Nic, będzie musiał nadstawiać dobrze ucha. Myśl o pozostaniu tu do wieczora łączy się z inną myślą. Czy nie zgłodnieje za bardzo? Ale mężczyzna jest pewny siebie i wie, że da radę. Zdarzało się, że nawet kilka dni obywał się bez jedzenia. No, ale bez ubikacji to ani rusz. Czuje, że jeszcze chwila, a będzie musiał skorzystać z łazienki. Ale jak wtedy spojrzy w oczy Helence? Potrzeba oddania moczu jest jednak silniejsza.

Byli chyba przyjaciółmi. Tak to się teraz nazywa, jak mężczyzna spotyka się z kobietą bez pójścia z nią do łóżka. Przyjaźń, psiakrew, to wychodzi na to, że ze swoją nieboszczką żoną przyjaźnili się. I to na całego. Miał pod ręką piękną kobietę, a w ogóle nie mógł jej dotknąć. Ona decydowała na jakich warunkach. On nie miał nic do powiedzenia. Mógł tylko sobie jedynie popatrzeć. I to nie zawsze. Wiedziała, jak na niego działa i kusiła go. Nieraz paradowała tylko w ręczniku, czasem w szlafroku i pozwalała, aby oglądał mocne uda, płaski jak u lekkoatletki brzuch i ciężkie piersi. A piersi to miała duże. No i te nogi, za których widok dałby się posiekać żywcem. Ona to wiedziała i wykorzystywała. A potem wieczory spędzał w łazience, myśląc, co by z takimi nogami mógł zrobić. Nawet teraz wspomnienie budzi w nim dreszcz. Czuje jak jeżą mu się włoski na plecach, jak spodnie robią się przez chwilę za ciasne w kroku. Ale tylko przez chwilę. Po chwili wszytko wraca do normy.

Tak, to tylko przyjaźń łączyła go z Helenką. Poza tym nie potrafił sobie wyobrazić, jak mógłby z nią współżyć. Zdarzało się, zwłaszcza po pijaku, że w myślach przywoływał Helenkę, ale nigdy nie zdarzyło się, aby pojawiła się w nich nago. Nie potrafił sobie tego po prostu wyobrazić. I dlatego kiedyś jej powiedział, że jest przy nim zupełnie bezpieczna. Ona zrobiła wtedy okrągłe oczy, w których czaiło się niezrozumienie. „Może to i lepiej, że nie wiesz o czym mówię”. Pomyślał i już tego tematu nie podejmował. Nie było zresztą takiej potrzeby.

Ale wszystko zaczęło się zmieniać po wprowadzeniu się tej pary dzieciaków spod 323. Pamiętał ten dzień. Była niedziela, a on jak to zwykle chodził i zbierał puszki. Musiało być po czyichś urodzinach, bo wtedy nazbierał ponad dwa worki. Musiał je nawet zgniatać, aby się wszystkie zmieściły. Stał więc i je gniótł, kiedy nagle zza rogu nadjechała taka kolorowa ciężarówka. Zatrzymała się przed blokiem i po chwili wszystkie klamoty wylądowały na chodniku. Kierowca pomógł im jeszcze wnieść te rzeczy na górę, a potem odjechał. Dostał coś na „do widzenia”, po czym trzasnęły drzwi od szoferki i ciężarówka zniknęła na głównej drodze. A wszyscy się potem dziwili, że para sprowadziła się w niedzielę. Słyszał coś o grzechu i bezwstydzie i o czymś jeszcze, ale to mu wtedy umknęło. Okazało się, że było coś na rzeczy, bo od tamtego czasu zaczęto słyszeć głosy na bloku. Ale nie to, żeby jakieś straszne, ale bardziej bezwstydne. Słyszał, jak baby gadają, że całymi nocami słychać tylko skrzypienie łóżka i pojękiwania. I spać przez to nie można. A że blok zbudowany z cienkich, pobielonych płyt, to się niosło jak cholera. Zupełnie jakby grać na gitarze.

Był ciekawy, ile jest prawdy w tych opowieściach, i kiedyś został na bloku aż do północy. I przekonał się, że są jurni jak cholera. „I tak noc w noc” powiedziała jedna z sąsiadek, wskazując drzwi na końcu korytarza, zza których dobiegały gorące westchnienia, gwałtowne uderzenia łóżka i prośby-okrzyki o nieprzestawanie. Pamiętał, że te odgłosy utkwiły mu w głowie na długo. Słyszał je, gdy kładł się spać w swoim starym, zniszczonym wyrku, słyszał, gdy jechał wężykiem na rowerze, słyszał, gdy szedł do sklepu, by kupić małe co nie co. Nawet brzęk zbieranych puszek przypominał mu odgłosy jurnej nocy. Przypomniał i płakał, gdyż te odgłosy przywodziły mu na myśl czas jego niespełnionej męskości, oziębłą nieboszczkę żonę i jego strach przed kupieniem rozkoszy. Tak, bał się, ale i nie chciał zdradzić swojej żony. A teraz to by się nawet skusił na usługi jakiejś dziwki. Domyślał się, że byłoby to bardzo mechaniczne, ale kobieta zaspokoiłaby jego żądze ze sztucznym uśmiechem i udawanym orgazmem. Ale która teraz chciałaby zaspokoić starego dziada, który kąpiel widzi raz na tydzień, ma błyszczące od tłuszczu włosy i nieświeży, pijacki oddech. To oczywiste, że żadna. I wtedy przyszła mu do głowy Helenka. Jego przyjaciółka. Długo się wzbraniał, ale w końcu odważył się ją o to zapytać. I ona mu wtedy powiedziała, żeby sobie lepiej poszedł. I żeby więcej już w ogóle nie przychodził. Nie pomogły tłumaczenia, że ona już jest dawno po menopauzie, a on to tylko chwila i po wszystkim. I chce tylko znaleźć się w środku, przez chwilę. Zaparła się i już. A Helenka jak się uparła, to nie było ratunku. Coś jej jeszcze tłumaczył, a ona bez słowa wstała, otworzyła na oścież drzwi i powiedziała takim głosem, że aż dzieciaki na korytarzu ucichły z wrażenia. „Niech pan sobie w końcu idzie!” Co było robić. Wstał i wyszedł. I tylko go bardzo zabolało, że nazwała go „panem”. A byli przecież przyjaciółmi.

Od tamtej pory Helenka unikała go jak ognia. Nie poznawała na ulicy, nie odpowiadała na pozdrowienia. Na nic. Zupełnie jakby przestał istnieć. Inaczej, jakby stał się niewidzialny. Robiła wszystko, aby dał jej spokój. On tego nie potrafił. Stał się bardzo nachalny i sam się sobie dziwił, że obudziło się w nim takie dzikie zwierzę. Raz to nawet o mało nie pobił się z Rączką. Poszło o puszki, które wcześniej zebrał i zostawił pod ścianą bloku. Rączka to zauważył i chciał je zabrać. A gdy mu zwrócił uwagę, że to nie jego, tamten powiedział, że swoich worków powinien pilnować. Wściekł się wtedy i podbiegł do niego, ale wojenny zapał ostudził dzielnicowy, który przyszedł odwiedzić Jarka spod 105. Rączka oczywiście zostawił jego zdobycz, ale na odchodne pokazał mu dziób pingwina. I zniknął, zanosząc się śmiechem, który zaraz przemienił się w kaszel, bo dozorca palił na okrągło. Zupełnie jak on. I mężczyzna miał żal do Helenki, bo wydawało mu się, że to ona poskarżyła się dozorcy na niego. Ale się mylił. Teraz to wie. Wtedy grała w nim złość, a ta podpowiadała mu złe obrazy. Poczucie porażki długo go nie opuszczało. Chodził struty, stracił apetyt i zaczął obsesyjnie myśleć o Helence. Zdarzało się, że nachodził ją i wisiał u dzwonka kilkanaście minut. Słyszał wtedy rozdzierający metaliczny dźwięk i zero odpowiedzi. Po którymś razie Helenka odłączyła dzwonek.

Co mnie wtedy podkusiło, myśli mężczyzna, spoglądając przez okno. Słońce zaczęło się zniżać, a i plac przed blokiem jakby się ożywił. Usłyszał odgłosy wracających ze szkoły dzieci, głośne potupywania na schodach, kłapanie zepsutych drzwi. Ale i słyszy coś jeszcze. Przez warkot czekających przed bramą tirów przebija się inny, tak dobrze mu znany odgłos. Dźwięk, który sprawia, że włosy stają mu dęba na głowie. Dźwięk, którym straszy się złodziejskie dzieci. I za chwilę przed blok zajeżdżają dwa radiowozy w asyście karetki. Widzi, jak ze środka wyskakują umundurowani policjanci. Jeszcze chwila, a załomocą do drzwi. A gdy odpowie im cisza, wyważą je bez zbytnich ceregieli. Ale to za chwilę. Mężczyzna wypala ostatniego papierosa, dusi niedopałek w doniczce i otwiera szeroko okno. A potem sięga po połyskujące srebrem ostrze, prezent od Joli. I już się nie boi.

Tomasz Wolniewicz