Krzysztof Koziołek zdaniem krytyków zajmujących się literaturą kryminalną jest głównym przedstawicielem "nurtu skandynawskiego" w Polsce. Dziś prezentujemy naszym czytelnikom jego opowiadanie Godzina.
Krzysztof Koziołek, rocznik 1978, zielonogórzanin mieszkający w Nowej Soli, z wykształcenia budowlaniec i politolog, z zawodu pisarz i dziennikarz. Pasjonat górskich wędrówek i zapalony kibic żużla.
W dorobku ma trzy wydane powieści sensacyjno-kryminalne: „Droga bez powrotu” (2007, drugie wydanie 2011), „Święta tajemnica” (2009) i „Miecz zdrady” (2010, drugie wydanie 2011). Za „Świętą tajemnicę” autor otrzymał nominację do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego 2009, za „Miecz zdrady” został zgłoszony do Paszportu Polityki 2010 a także nominowany do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego 2010. W lutym 2011 r. autor otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką dla najbardziej obiecującego lubuskiego pisarza.
1
Kiedy rogatki stolicy Wielkopolski zniknęły w oddali, konduktor Grzegorz Laszczak zerknął ukradkiem na zegarek: była dokładnie 2.50. Zgodnie z planem sięgnął po krótkofalówkę i połączył się z maszynistą, ten potwierdził gotowość do zatrzymania składu równo o 3.00. Chwilę później poczuł, że pociąg nieznacznie zwalnia.
– Kij ci w oko – szepnął sam do siebie, patrząc na Bolesława Molendę, konduktora i rewizora siedzącego naprzeciwko, a właściwie rozlanego na dwóch fotelach, w rozchełstanej koszuli, z rozdziawionymi na oścież ustami, z których ściekała ślina. Gdyby nie kolejarski mundur, Molenda wyglądałby na menela korzystającego z okazji, aby ogrzać się w cieple pociągu Tanich Linii Kolejowych relacji Kraków Główny – Świnoujście przez Opole, Wrocław i Poznań.
Na tę myśl – ciepełka, nie dziadostwa – Laszczak aż się wzdrygnął. Znowu trafił się maszynista z tych, którym wydawało się chyba, że suną szerokimi torami po syberyjskich bezdrożach. W przedziale było bodaj ze 30 stopni Celsjusza, na korytarzu niewiele mniej, a przecież temperatura na zewnątrz oscylowała – jak powiedziałaby popularna pogodynka Danuta Garda-Norka – wokół 10 stopni na plusie, mrozu więc nie było.
– Za minutę stajemy. – Laszczak szarpnął rewizora za ramię, nawet nie próbując się silić na grzeczność. Nie darzył Molendy sympatią, zresztą rewizor we wszystkich budził najgorsze instynkty. Jak by się nie starać na zmianie z tym typem, zawsze znalazł coś, co z satysfakcją wpisywał do karnego raportu. Któregoś razu posunął się nawet do tego, że zakwestionował sposób mocowania guzika przy rękawie marynarki, który według niego był krzywo przyszyty!
– Co? – Molenda musiał dopiero co wrócić z krainy rozkoszy, bo przybrał wręcz anielski wyraz twarzy.
– Dochodzi trzecia, stajemy – Laszczak wyjaśnił oględnie.
W tym momencie dał się słyszeć pisk hamulców, dźwięk, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym.
– Ta przeklęta zmiana czasu – Molenda ziewnął szeroko. – Gdzie tym razem nam wypadło?
– W polu, jak zawsze. – Cmoknął z niezadowoleniem, próbując się przymilić nadzorcy i czując z tego powodu nieodparte wyrzuty sumienia, które jednak udało się błyskawicznie uciszyć jedną tylko myślą: o akcji. – W polu za Poznaniem – sprecyzował natychmiast.
– Ja pójdę od przodu – zawyrokował, sięgając po filiżankę z parującą jeszcze kawą. – Tylko się odleję.
– Oczywiście – Laszczak potaknął głową. – Od dupy strony zaczniesz, a nie od przodu – rzucił w myślach, starając się przy tym ze wszystkich sił, aby nie zdradzić rosnącej satysfakcji.
– I bez pośpiechu – rewizor zatrzymał się w drzwiach. – Mamy sporo czasu, a żniwa nas nie gonią – zarechotał, zadowolony z własnego dowcipu.
– Tak jest – odparł służbiście. – Otworzę okno, niech się przewietrzy – rzucił, ale Molenda był już w następnym przedziale.
Laszczak opuścił okno do samego dołu – milionowy raz w swej dwunastoletniej karierze czując metaliczny ni to zapach, ni to smak, nieodłączny towarzysz podróży polskimi pociągami, po czym sprawnym ruchem chlusnął zawartością kubka w ciemność. Nie przypuszczał, żeby Molenda mógł nabrać podejrzeń, ale wolał nie ryzykować. Nie po to zaplanował wszystko w najdrobniejszych szczegółach, aby dać się sukinsynowi złapać na takim drobiazgu jak dolanie do tej czarnej lury mocnego środka przeczyszczającego.
Wtem usłyszał stukot butów na korytarzu, obrócił się na tyle szybko, że zdążył zarejestrować sylwetkę rewizora. Chwilę potem w ubikacji za ścianą dało się słyszeć odgłos, którego też – zupełnie jak hamulców – nie dało się z niczym pomylić. Spojrzał na buteleczkę, mrucząc z zadowoleniem: wlał tego tyle, że facet powinien siedzieć na kiblu co najmniej godzinę.
Uśmiechnął się szeroko, po czym zacisnął mocno zęby, wciągając powietrze przez nozdrza rozszerzone do granic możliwości. Teraz albo nigdy.
2
Laszczak wyszedł z przedziału i skierował się na początek wagonu. Podszedł do rozsuwanych drzwi, za którymi było widać żółto-pomarańczową lokomotywę EP09. Nadstawił uszu. Odgłosy dobiegające z ubikacji świadczyły o tym, że Molenda faktycznie zbyt szybko stamtąd nie wyjdzie.
Podszedł do szafki kontrolnej, otworzył drzwiczki, przekręcił wyłącznik, odcinając tym samym prąd w całym wagonie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przyszedł ostatni moment na wycofanie się. Za chwilę ruszy bowiem jednokierunkową trasą, drogą bez powrotu, która zaprowadzi go albo na zwycięski szczyt, albo pogrąży na zawsze. Jeżeli coś pójdzie nie tak, w najlepszym razie kilka najbliższych lat spędzi za kratkami, w najgorszym stanie się zwierzyną uciekającą przed bandytami, których zamierzał okraść, narażając przy tym życie najbliższych.
Przygryzł wargę, zaciskając zęby tak mocno, że przeciął ją lewym kłem. Po brodzie pociekła strużka krwi, nadając twarzy mocno złowrogi wyraz. Wziął głęboki wdech, następnie wypuścił powietrze z sykiem, zamykając cicho drzwiczki.
3
Minutę później Laszczak stał już przed drugim przedziałem pierwszego wagonu, w lewej ręce trzymał latarkę.
– Dobry wieczór państwu. – Strumieniem światła omiatał kolejnych pasażerów, zupełnie nie zwracając uwagi na ich zaspane oczy mrużone w obronnym geście. – Mamy awarię, naprawa trochę potrwa. Dla własnego bezpieczeństwa proponuję nie wychodzić z przedziału do czasu jej usunięcia – recytował, zupełnie jakby nauczył się na pamięć regułki.
– Coś nam grozi? – spytała starsza pani spod okna.
– Na dłuższych trasach bardzo często pojawiają się grupy złodziei okradające podróżnych – wyjaśnił cierpliwie. – Ciemność jest ich największym sprzymierzeńcem, państwa czujność największym wrogiem – już miał zaprezentować szeroki uśmiech, gdy się zreflektował: byle nie przesadzać z uprzejmością.
Wyszedł na korytarz, zasuwając za sobą drzwi, kątem ucha chwytając bojaźliwy ton głosu starszej pani. Teraz mógł mieć pewność, że dopóki nie przywróci oświetlenia, w tym przedziale nikt nie zmruży oka, a chętnych do odwiedzenia toalety też się zbyt wielu nie znajdzie.
Przejście kolejnych trzech wagonów, wyłączenie prądu i sprzedanie podróżnym tej samej wyświechtanej formułki zajęło 20 minut (oczywiście ominął przedział numer 4 w drugim wagonie). Dalej nie zamierzał iść, po pierwsze nie było czasu, po drugie z doświadczenia wiedział, że pasażerowie z dalszych wagonów za jakiś czas, zniecierpliwieni, zasięgną informacji u sąsiadów i błyskawicznie wrócą do siebie. A nawet gdyby nie siedzieli na tyłkach, tylko spacerowali po korytarzu, to do drugiego wagonu dotrzeć nie powinni.
A jemu to w zupełności wystarczało.
4
Wrócił do przedziału służbowego. Najpierw połączył się z maszynistą, informując o awarii. Ten, zgodnie z przypuszczeniami, nie przejął się ani trochę, naprawę zostawiając konduktorom.
Potem połączył się z Molendą, relacjonując sytuację. Rewizor może i byłby się przejął, gdyby nie fakt, że walczył z klęską żywiołową zupełnie innego rodzaju. Nie przebierając w słowach, wyklinał kolejowy katering. Do głowy mu nie przyszło, że rozwolnienie było spowodowane czymś innym. I kazał podwładnemu zająć się rozwiązaniem problemu w pojedynkę.
Laszczakowi pasowało to idealnie. Spojrzał na zegarek: miał 35 minut.
5
Tak jak przypuszczał, korytarz pierwszych dwóch wagonów zionął pustkami. Dmuchając na zimne, wyjął specjalny klucz i zamknął nim rozsuwane drzwi wiodące do sąsiednich wagonów, wyłączywszy wcześniej latarkę. Podszedł do czwartego przedziału, założył stetoskop schowany w kieszeni marynarki, słuchawkę przyłożył do szyby. Gwałtowna wymiana zdań między pięcioma mężczyznami dowodziła, że towar mieli przy sobie.
– ... nie ma takiej potrzeby. – Tubalny głos należał do herszta bandy.
– A jeśli to zasadzka? – pisnął najmłodszy członek grupy, którego Laszczak kojarzył z widzenia. Młokos, jak to się mówi, z twarzy był podobny do nikogo, co znacznie ułatwiało uprawianie niecnego procederu.
– Zasadzka? – herszt zaczynał tracić cierpliwość. – A niby kto miałby ją przygotować? Policja? Te patałachy nie złapałyby królika zamkniętego w klatce, a co dopiero nas!
– A konduktorzy? – nie dawał za wygraną.
Laszczak w pewien sposób podziwiał jego odwagę, bo sprzeciwianie się szefowi było odwagą. Poza tym młokos czasami pracował pod przykrywką, z powodzeniem podając się za księdza. – Podziw? – Wzdrygnął się na wspomnienie tamtego zajścia z trasy Zielona Góra – Przemyśl, które sprawiło, że zupełnie przestał wierzyć w ludzi, a tym bardziej w sprawiedliwość.
To właśnie wtedy pierwszy raz postanowił sprzeciwić się szajce. Telefon na policję w Opolu zaowocował tym, że został dotkliwie pobity... Bogu dzięki, skończyło się na trzech złamanych żebrach, dwóch wybitych zębach, pękniętej kości przedramienia i wstrząśnieniu mózgu. Jak żywo miał przed oczami uśmiechniętą twarz herszta wydającego rozkaz wyrzucenia go z jadącego pociągu. Na szczęście interweniował policjant w cywilu, któremu zachciało się siusiu. Co prawda sprawców nie udało się zatrzymać – któryś pociągnął za hamulec awaryjny, po czym wszyscy w biegu wyskoczyli z pociągu – ale przynajmniej przeżył.
Tak, pamiętał doskonale tamtą służbę, po której przeszedł półroczną rehabilitację. Pełnił ją razem z Molendą.
– Rewizor jest swój, a ten drugi robi w gacie za każdym razem, gdy jedzie tą trasą – herszt uznał temat za zakończony. – Zauważyłeś, że w ogóle nie wchodzi do naszego przedziału?
Młokos musiał coś szepnąć w odpowiedzi, bo Laszczak niczego nie dosłyszał.
– Lepiej pilnuj szmalu – dodał herszt po chwili. – I żeby ci się żadna paczka gdzieś nie zawieruszyła, jak ostatnio. Bo tym razem nie dam się nabrać na twoje numerki i chłopcy się z tobą policzą!
– Szefie, no co ty...
Laszczak nie słuchał już dalej, schował stetoskop do kieszeni, z drugiej wyciągnął cylindryczny pojemnik. Sprawnym ruchem odsunął nieco drzwi, wrzucił pudełko do środka, wyciągnąwszy zawleczkę, po czym dosunął drzwi z powrotem, blokując je stopą.
6
Odczekawszy minutę, założył lateksowe rękawiczki, a na twarz maskę przeciwgazową. Otworzył przedział i wszedł do środka, omiatając przestrzeń światłem latarki. Gdyby nie dym, mogłoby się wydawać, że mężczyźni śpią, przynajmniej czterej, piąty leżał pod oknem, najpewniej próbował je uchylić, ale nie zdążył.
Laszczak otworzył okno maksymalnie, następnie podszedł do każdego z mężczyzn po kolei, podnosząc powieki i świecąc latarką prosto w oczy, wszyscy spali jak zabici. Najpierw przeszukał młokosa, tak jak się spodziewał, w niepozornej reklamówce trzymanej kurczowo obiema rękoma znajdował się gruby plik banknotów. Nie miał czasu liczyć, ale wystarczyło pobieżne spojrzenie, by szacować zdobycz na kilkadziesiąt tysięcy złotych.
– Z Krakowa będą wracać handlarze starociami, zrobimy ich na cacy. – Laszczak wrócił myślami do służby sprzed dwóch tygodni, kiedy to zupełnie przypadkiem udało mu się podsłuchać herszta naradzającego się z jednym z kompanów. Pierwszą myślą było powiadomienie policji, ale wtedy przypomniał sobie pobicie. Sprawę błyskawicznie umorzono z powodu „niewykrycia sprawców”, mimo że dokładnie ich opisał. Jak się potem nieoficjalnie dowiedział, prowadzący dochodzenie doskonale wiedzieli, kto go pobił, jednak sami trzymali ze złodziejami sztamę, nie za darmo: za przymykanie oczu otrzymywali stałą dolę. Dostał też ostrzeżenie od bandy: kiedy któregoś razu wracał do domu, na wycieraczce pod drzwiami leżała koperta, w niej było tylko jedno zdjęcie, zrobione podczas niedzielnego spaceru, gdy razem z żoną i dziećmi spacerowali bulwarem przy Moście Piaskowym.
Ale najważniejszą informacją, którą wówczas zdobył, była ta, że gdy zadzwonił wtedy z pociągu na policję do Opola, ktoś złodziei o tym powiadomił. Tym kimś był Bolesław Molenda, konduktor rewizor na usługach złodziei, który niejednokrotnie sam wystawiał im co zasobniejszych podróżnych, oczywiście nie bezinteresownie.
Tak więc Laszczak szybko porzucił myśl o powiadomieniu stróżów prawa, za to zaczął się zastanawiać nad tym, jak wykorzystać te informacje. Żal mu było handlarzy starociami, ale z drugiej strony mógł liczyć na satysfakcję okradzenia przestępców. Oczywiście pod warunkiem przeprowadzenia akcji w taki sposób, aby odsunąć podejrzenia od siebie. Najlepszym rozwiązaniem było skierowanie ich na kogoś innego. Idealnym kandydatem stał się znienawidzony Molenda.
Z satysfakcją wymalowaną na twarzy sięgnął do kieszeni, wyjmując dezodorant zabrany wcześniej z teczki rewizora. Psiknął nim hersztowi w twarz, licząc, że gdy ten się obudzi, charakterystyczny zapach uderzy go po nozdrzach.
Wychodząc zabrał ze sobą cylindryczny pojemnik.
7
Kiedy wrócił do przedziału, przełożył pieniądze do przygotowanej wcześniej torby, tę zaś ukrył w szafce sprężonego powietrza na drugim końcu wagonu, pustą reklamówkę schował zaś do teczki Molendy.
Krótkie spojrzenie na zegarek, zostało dziesięć minut. Włączenie prądu było dziecinnie proste. Kiedy pojawiło się światło, jak gdyby nigdy nic udał się na koniec pociągu i zaczął sprawdzanie biletów.
Trzy minuty później skład ruszył.
8
Niecałą godzinę później, kiedy wjeżdżali na dworzec we Wronkach, Laszczak zbliżył się do przedziału służbowego, jednak drogę zastąpił mu jeden ze złodziei. Mimo tego i tak udało mu się dojrzeć, jak w środku Molenda próbuje uchylić się od kolejnego ciosu.
– Czego? – warknął złodziej.
– Ja tu kończę służbę, muszę zabrać torbę... – Laszczakowi głos się łamał, wcale niespecjalnie, dopiero teraz obleciał go prawdziwy strach.
– Czego chce ten kutas? – drzwi się rozsunęły, stanął w nich herszt. W tle Molenda połą rękawa ocierał krew cieknącą z rozbitych ust.
– Torbę chce – odburknął mężczyzna. – Mówi, że kończy tu służbę.
– A co robiłeś, jak staliśmy w polu? – herszt podszedł bliżej, tak blisko, że od Laszczaka dzieliły go tylko centymetry.
– Przeprowadzałem kontrolę biletów – odpowiedział Laszczak, spuszczając wzrok niczym zbity pies.
– Która teczka jest twoja? – herszt upajał się poczuciem władzy. Uwielbiał, gdy ludzie się go bali.
Laszczak gestem ręki pokazał na stolik pod oknem.
Herszt kiwnął głową na jednego ze swoich ludzi, ten otworzył zamek, sprawdził zawartość i podał szefowi.
– Masz i spierdalaj – herszt rzucił teczkę na podłogę, wysypały się jakieś papiery.
Laszczak nerwowo zgarnął wszystko do środka, po czym odwrócił się na pięcie.
9
Zanim pociąg zatrzymał się we Wronkach, z szafki kontrolnej wyciągnął torbę z pieniędzmi i włożył ją do teczki, bacząc, aby żaden z pasażerów tego nie widział.
Kiedy wysiadał, nawet nie spojrzał za siebie. Wiedział, że poza pobiciem Molendzie nic nie grozi. No, może poza tym, że pewnie herszt każe mu zwrócić tyle, ile było w reklamówce.
Gdy Laszczak obszedł budynek dworca i stanął przed drzwiami z napisem „Drużyny konduktorskie”, pierwszy raz od dwóch godzin szczerze i swobodnie się uśmiechnął. Czuł, że napięcie opada, ale zmusił się jeszcze do ostatniego wysiłku. Przeszedł do poczekalni, gdzie czekał już brat. Przekazał mu torbę, po czym wrócił do szatni konduktorskiej.
10
Pięć minut później do tej samej szatni wszedł Molenda, już na pierwszy rzut oka mocno poturbowany. Laszczak podniósł głowę znad poduszki i – udając zatroskanie – spytał, co się stało.
W odpowiedzi usłyszał krótkie: „Spierdalaj”.
Laszczak obrócił się na drugi bok, czując błogość rozlewającą się po ciele. Westchnął cicho, mając nadzieję, że pieniądze z przedziału numer 4 drugiego wagonu pociągu Tanich Linii Kolejowych relacji Kraków Główny – Świnoujście, przez Opole, Wrocław i Poznań, wystarczą na skomplikowaną operację kręgosłupa jego pięcioletniej córeczki.