Prezentujemy nowe opowiadanie Konrada Staszewskiego. Autor – rocznik 1982, mieszka w Sosnowcu, ukończył naukę na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego (praca licencjacka dotyczyła prawa autorskiego). Obecnie studiuje podyplomowo dziennikarstwo. Jego powołaniem jest pisanie, a kryminał to jego ulubiony gatunek literacki. Odnosił sukcesy w konkursach literackich, opublikował wiele tekstów w e-zinach. Na początku 2011 roku ukazała się jego pierwsza powieść, Śmierć na śniegu.
Usłyszałem dzwonek, ale zanim zdecydowałem się podejść do drzwi i je otworzyć, na klatce schodowej nikogo już nie było. Rozejrzałem się dookoła i pomyślałem, że tajemniczy „ktoś” pewnie poszedł piętro wyżej albo niżej. Tym bardziej że prawdopodobnie był nim ten nowy, młody listonosz, który chodzi od tygodnia. Ktoś inny nie zostawiłby bowiem listu na wycieraczce, tylko złośliwie potargał i wyrzucił. Zresztą, nie mógł zostawić listu w skrzynce. Mieszkam bowiem w jedynym bloku w okolicy Legnickiej, w którym gówniarze oderwali ją od ściany i poskakali sobie po niej troszkę, tym samym zmuszając listonosza do chodzenia po piętrach. Nie wiem z jakiego powodu to zrobili, może dla głupiej zabawy, a może po to, żeby osobiście odbierać rodzicom i dziadkom emerytury i renty. Nie obchodzi mnie to. Zainteresował mnie natomiast list zaadresowany na moje nazwisko. Rzadko takie dostaję. Odkąd zaszyłem się w swoim lesie, stałem się odludkiem zatopionym w marzeniu. Chciałem zostać pisarzem, tak jak mój znajomy z Sosnowca. Kiedyś, zupełnie przypadkiem znalazłem go w Internecie. Był debiutantem. Z głupia frant do niego napisałem, odpisał i tak zaczęliśmy korespondować. Potem wydał powieść.
Z trudem schyliłem się i podniosłem kopertę z wycieraczki. Poczułem ból w krzyżu, ale się jakoś wyprostowałem. Zmrużyłem oczy, bo przy poranku ledwo przebijającym się przez brudne szyby klatki schodowej trudno było cokolwiek dojrzeć. Powinienem założyć okulary, ale kurewsko ich nienawidzę, więc postanowiłem nie nosić. Adresata odczytałem z drobnymi problemami. Morgan Jones. Tak, to ja. Dość rzadko spotykane imię i nazwisko w tym kraju, ale w bloku wszyscy mnie znają. Może jest dobre na pseudonim literacki lub dziennikarski, ale nie do codziennego stosowania, przynajmniej nie w kraju, w którym antagonizmy są coraz silniejsze i niektóre grupy społeczne hardo podnoszą głowy. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu bycia literatem. Dość szybko zdałem obie sprawę, że chyba nigdy nie dorównam Konradowi i wiele wódy jeszcze we mnie wpłynie, nim wydam jakąkolwiek powieść. Zresztą, gdybym osiągnął jakiś sukces, to w tym bloku by mnie zaszczuto. Nie jestem co prawda kolorowy, ale mieszkańcy i tak mnie nie lubią, prawdopodobnie dlatego, że jestem mieszańcem. Dopiero dziesięć lat temu przyjechałem do Polski, do kraju mojego ojca, ale od tego czasu zyskałem już kilku poważnych wrogów.
Zaintrygowany odwróciłem kopertę i otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Nadawcą okazała się Komenda Miejska Policji we Wrocławiu, a list nie był polecony. Zamrugałem, nie wierząc własnym oczom.
Kurwa – pomyślałem – co jest? Czyżby suki przypomniały sobie o jakimś mandacie?
Nie sądziłem, że dopadnie mnie niezbyt odległa przeszłość. Przecież byłem niewinny.
Podrapałem się po szczęce z trzydniowym zarostem. Nie, to niemożliwe. Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z prawem, a większość funkcjonariuszy zna mnie z widzenia i wie, że syn byłego milicjanta i późniejszego policjanta nie może być złym człowiekiem. Poza tym od czterech lat nie mam samochodu.
Wszedłem do mieszkania i postanowiłem przejrzeć zawartość koperty. Najpierw jednak musiałem coś zjeść. Kontakt z policją, nawet jeśli tylko pisemny, w poniedziałek rano, na urlopie i w dodatku na czczo nie jest wskazany. Rzuciłem list na kanapę i poszedłem do kuchni. W kwadrans później siedziałem wygodnie przy stole i jadłem jajecznicę z chlebem. Gdy skończyłem i napiłem się kilka łyków kawy, zapaliłem papierosa. Wziąłem list z kanapy i przy mocnej czarnej otworzyłem kopertę. W środku były zdjęcie i list. Najpierw spojrzałem na zdjęcie. Wystarczyło, że rzuciłem na nie okiem. Wypadło mi z ręki. Poczułem mdłości. Ledwo dobiegłem do ubikacji. Wyrzygałem całe śniadanie. Chwilę trwało zanim doszedłem do siebie i spojrzałem lustro. Byłem blady jak trup, jak ta dziewczyna ze zdjęcia. W swoich oczach widziałem przerażenie i niedowierzanie. Podświadomość mówiła mi, że mam przesrane.
Zrzuciłem z siebie śmierdzącą piżamę i wszedłem pod prysznic. Gdy wróciłem do kuchni, nie musiałem ponownie patrzeć na zdjęcie. I tak miałem je przed oczami. Przedstawiało dwudziestotrzyletnią Judytę Rybak, dziewczynę, z którą spotkałem się dwa tygodnie temu. Teraz jest martwa. Zdjęcie z dobrze widocznymi nadgryzionymi wnętrznościami nie pozostawiało wątpliwości.
Przymknąłem oczy. Musiałem zadzwonić na komendę i przygotować się do wyjazdu. Wiedziałem, że nie ominie mnie przechadzka, ale tym razem to nie miasto będę zwiedzał. Przeczytałem jeszcze wystosowane przez Wydział Dochodzeniowo-Śledczy pismo i chwyciłem za telefon. Rozmowa z aspirantem była krótka i rzeczowa. Przytoczyłem mu odpowiednie zdanie z wezwania i potwierdziłem swoją obecność w wyznaczonym terminie.
Trzy tygodnie wcześniej
Przed wyjście spojrzałem w lustro. Uśmiechnąłem się. W garniturze nie wyglądałem najgorzej, może nie idealnie, ale znośnie. Zastanawiałem, czy nie ubrać się nieco mniej elegancko, ale nie wypadało. Przecież miałem spotkanie z niedoszłą miss Wrocławia, kobietą rewii mody, a dziennikarz musi jako tako wyglądać. Co prawda była dla mnie tylko narzędziem i wiedziałem, że w tym roku nie wystartuje w konkursie, ale mogłem się od niej sporo dowiedzieć. To mi wystarczało. Nie miałem zamiaru za dużo z niej wyciągać, ale może sama coś pultnie. Ale najpierw musiałem do niej dotrzeć.
Za pięć druga wyszedłem z mieszkania, sprawdziłem, czy dobrze zamknąłem drzwi, i z papierosem w ustach poszedłem spacerkiem na przystanek. Ponieważ przed wyjściem sprawdziłem w zumi jak najłatwiej dotrzeć na róg ulic Widok i Menniczej, wiedziałem, że czeka mnie niecałe dziesięć minut podróży, wliczając w to pięć minut jazdy T73. Nie spieszyłem się, szedłem spacerkiem, rozkoszując się lipcowym upałem. Było mi gorąco, ale nie miałem czasu wracać, żeby się przebrać. Po drodze kupiłem sobie aktualny numer „Gazety Wrocławskiej”. Na przystanku na Placu Jana Pawła II byłem dziesięć po drugiej. Czekając dwie minuty na tramwaj, z nudów zacząłem przeglądać gazetę. Moją uwagę przykuł artykuł traktujący o morderstwach w modelingu. Tytuł krzyczał: KOLEJNA OFIARA MORDERSTWA.
Nie pierwsza i nie ostatnia, pomyślałem i przeczytałem pierwszy akapit.
Przypomniała mi się bowiem inna sześcioletnia królowa piękności – JonBenet Ramsey – kolejna śmiertelna ofiara. Została zamordowana, podobno przez przypadek, przez "zakochanego" w niej nauczyciela, Johna Marka Karra. Taka przynajmniej jest jego wersja zdarzenia. Tragedia, do której doszło w piwnicy domu dziewczynki, miała miejsce w 1996 r.
Otworzyłem usta ze zdziwienia i chyba musiałem wyglądać jak karp na talerzu w jakiejś spelunie, ponieważ kilka osób dziwnie na mnie popatrzyło, a jakieś dwie nastolatki się zaśmiały. Widocznie któraś musiała skomentować widok niskiego ubranego w garnitur mężczyzny o mimice ryby. Fakt, nie przypominałem wtedy tych pewnych siebie i zawsze na wszystko przygotowanych biznesmenów. Nie zwróciłem na to jednak szczególnej uwagi. A niech się śmieją. Ja natomiast byłem bardzo poważny, ponieważ to, co przeczytałem, było mi aż nazbyt znajome. Autor, który nie odważył się podpisać pod tym artykułem, był złodziejem. Zamieszczony przez niego fragment był wycinkiem felietonu Śmiertelne ofiary mody autorstwa mojego znajomego. Dziennikarz nie podał ani źródła pochodzenia tekstu, ani jego autorstwa. Wiedziałem, że tego tak nie zostawię. Obiecałem sobie, że po powrocie zadzwonię do Konrada i poinformuję go o plagiacie.
Pobieżnie przeczytałem do końca artykuł i złożyłem gazetę. Traktował o znalezionym we Wrocławiu ciele młodej dziewczyny, która chciała zostać modelką i przygotowywała się do jakiegoś konkursu.
– Ciekawe, pomyślałem. – Pewnie to zbieg okoliczności.
Poza tym, gdyby nie tytuł artykułu, pewnie bym go nie przeczytał. Dziennikarz wykazał się lukami w warsztacie. Pisarzem nie mógłby zostać, chociaż pewnie uważał się za dziennikarza kryminalnego. Początek był bowiem mało interesujący. Tytuł sugerował aktualność tematu, a pierwszy akapit był nużący i wywołał u mnie pusty śmiech. Kalał nasz zawód.
W tym momencie podjechał mój środek lokomocji i wsiadłem do środka. Na szczęście nie był napakowany jak puszka sardynek i dało się w nim jakoś oddychać. Miałem jednak pewność, że mimo krótkiej podróży, spocę się jakbym był na siłowni.
Miałem przy tym niejasne uczucie, że ktoś mnie obserwuje, ale dostrzegłem tylko jakiegoś starszego mężczyznę na przystanku. Przypatrywał mi się i miałem wrażenie, że chciałby mi coś powiedzieć, ale tak jakby nie mógł. Był bardzo smutny i nie wyglądał na żebraka. Wytłumaczyłem sobie to tym, że pewnie jest na coś chory albo mnie skądś kojarzył. Ja, niestety, nie przypominałem sobie jego twarzy. Pewnie czekał na jakąś inną linię. Może na piętnastkę.
Mężczyzna nie wsiadł. Został na przystanku. Nie myślałem już o nim. Drzwi się zamknęły i tramwaj ruszył.
Wysiadłem na Świdnickiej i spojrzałem na zegarek. Było siedemnaście po drugiej. Do spotkania miałem jeszcze trzynaście minut.
Parszywa trzynastka – pomyślałem i się uśmiechnąłem. Oby nie.
Mimo to poczułem ulgę, że to nie był trzynastego w piątek, nie natknąłem się na żadnego czarnego kota ani zakonnicę.
Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni marynarki złożoną na cztery kartkę, na której zanotowałem sobie adres zamieszkania Judyty Rybak. Rozłożyłem ją i się upewniłem. Dobrze pamiętałem, miałem udać się na ulicę Widok. Dzieliło mnie od niej zaledwie dwie minuty spaceru. Schowałem kartkę z powrotem do kieszeni, gdzie spoczęła wygodnie, przytulając się do drugiej, nieco mniejszej, której miałem nadzieję nie użyć tego dnia.
Pamiętałem, że Judyta w trakcie naszej rozmowy telefonicznej powiedziała, że mieszka na ostatnim, czwartym piętrze. Pamiętałem też jej numer mieszkania, więc wśród bloków szybko znalazłem ten, który mnie interesował. Podszedłem do niego i przyjrzałem się z ciekawością. Niestety nie znam się na architekturze, ale przypominał mi inne, wybudowane w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, więc uznałem, że ten należy do ich rodziny. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę i otarłem pot z czoła. Przekląłem samego siebie za to, że jednak nie wróciłem do mieszkania i się nie przebrałem. Ale cóż, ponoć nie warto żałować róż, kiedy lasy płoną. Spociłem się także ze stresu. Miałem okazję porozmawiać z młodą, piękną kobietą i to w jej mieszkaniu, sam na sam. Z początku zastanawiałem się, dlaczego nie zaproponowała spotkania w jakimś lokalu tylko w domu i dlaczego akurat o tak dziwnej porze, uznałem jednak, że pewnie ma dużo planów na ten dzień i chciała wykorzystać każdą minutę. Zapewne chciała być kobietą biznesu, a skoro wkroczyła już na salony mody, mogła stawiać pewne wymagania. I była na tyle odważna, żeby spotkać się z zupełnie obcym człowiekiem we własnym mieszkaniu. Podobała mi się ta cecha niektórych kobiet, chociaż rzadko zdarzały mi się podobne sytuacje.
Wszedłem na piętro i stanąłem przed drzwiami. Odetchnąłem głęboko. Nawet nie zapukałem, ale miałem taki zamiar. Gdy moje kostki dotknęły drzwi, poczułem ich delikatny ruch. Nie były zamknięte. Przez głowę przeleciały mi różne myśli. Nie były one zbyt przyjemne. Od jednej z nich ciarki mi przeszły po krzyżu. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że to nie będzie dla mnie szczęśliwy dzień i powinienem jak najszybciej wrócić na Legnicką. Ale chciałem mieć ten wywiad. Zależało mi na przypomnieniu idei konkursu piękności i przedstawieniu czytelnikom blasków złota i pirytu osoby, która go nie wygrała. Jak się teraz czuje, co porabia i jak zmieniło się jej życie? Chciałem pokazać, że życie w blasku nie zawsze jest scenariuszem serialu „Moda na sukces”. Dodatkowo zaintrygowała mnie cisza dochodząca z mieszkania, martwa cisza.
Wbrew własnemu rozsądkowi pchnąłem lekko drzwi butem i wytężyłem słuch. Nic, nadal przerażająca cisza.
– Pani Judyto? – zapytałem drżącym głosem, ale nie otrzymałem odpowiedzi. – Pani Judyto, jest pani w domu?
Znów odetchnąłem kilka razy. Poczułem dziwny, słodkawy zapach. Nie myśląc, co robię, wszedłem do mieszkania i znalazłem się w malutkim przedpokoju. Powtórzyłem swoje pytanie, ale nadal nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Ta cisza zaczynała mnie przytłaczać. Ostrożnie udałem się do pokoju, który na oko mógł mieć około dziesięciu metrów kwadratowych. Judyta Rybak mieszkała w kawalerce. A gdy wszedłem, leżała na rozścielonym łóżku. Nie ruszała się, nie oddychała. Nie mogła. Miała rozcięty brzuch i wnętrzności na wierzchu.
Wiedziałem, że powinienem zadzwonić na policję, ale nad obywatelskim obowiązkiem wziął górę pierwotny instynkt. Rzucając soczystymi przekleństwami, wybiegłem z mieszkania i nie patrząc pod nogi, wypadłem na schody. Potknąłem się i spadłem. Mój krzyk odbił się echem na klatce. Chyba musiałem uderzyć w coś głową, bo straciłem przytomność. Nie wiem, ile czasu dryfowałem w nieświadomości, ale chyba niedługo. Gdy ją odzyskałem, leżałem na czymś i czułem podmuchy powietrza. Czułem się, jakby ktoś rozwiercał mi głowę młotem pneumatycznym. Nie otwierałem oczu. Z bólu nie byłem w stanie. Chwyciłem się za głowę i poczułem bandaże. Zacząłem krzyczeć. Dźwięk był nie do zniesienia. Nagle poczułem coś jakby pchnięcie. Zmusiłem się do otwarcia oczu. Pochylała się nade mną zjawiskowa kobieta. Wysoka, szczupła szatynka o długich, lśniących, rozpuszczonych włosach i orzechowych oczach. Na jej młodej twarzy dostrzegłem oznaki niepokoju.
Anioł – pomyślałem i chyba powiedziałem to na głos, ponieważ uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.
– Diabeł? – zapytałem, tym razem świadomie. Jebane piekło, jeśli tak wygląda, to zdupiam z tego świata, a swojemu stróżowi krzyknę: Adios, chinger!
Kobieta jakby odczytała moje myśli. Lekki rumieniec wystąpił jej na twarzy. Delikatnie odsunęła opadające na oczy loki.
– Nie jestem ani aniołem, ani diabłem, chociaż niektórzy tak o mnie mówią. Nazywam się Matylda Horanin – to mówiąc, wyciągnęła do mnie delikatną dłoń. Ku swojemu rozczarowaniu zauważyłem, że nosi obrączkę.
– Masz szczęście, że nie należę do tych, którzy odbijają siostry swoim braciom – pomyślałem. – Kurwa, co mnie tak wzięło na religię, i czemu co chwilę przeklinam? – Otarłeś się przecież o śmierć – usłyszałem w głowie swoje alter ego.
– Spierdalaj – powiedziałem.
Zjawiskowa piękność cofnęła się o krok i opuściła nieco dłoń. Na jej twarzy dostrzegłem zaskoczenie i konsternację.
– Przepraszam, to nie było do pani – powiedziałem, gdy zorientowałem się, że dałem się ponieść emocjom. Uśmiechnąłem się nieśmiało i jakby na potwierdzenie swoich słów także podniosłem rękę. – Nazywam się Morgan Jones.
– Wiem, musiałam pana przeszukać. – Znów się zarumieniła. To było słodkie. – Przepraszam, ale musiałam wiedzieć, kim pan jest.
– Dlaczego?
– Jestem pielęgniarką i bardzo interesuję się niektórymi swoimi pacjentami.
Zanim zdążyłem zareagować, znów uśmiechnęła się ujmująco. Chciałem, żeby się mną opiekowała.
– Mógłbym dostać coś do picia?
– Oczywiście.
Nasze dłonie spotkały się przypadkiem, gdy Matylda podawała mi kubek wody. Pochyliła się nade mną i pomogła nieco podnieść. Dopiero teraz zorientowałem się, że leżę na noszach. Mój umysł ledwo to zarejestrował. Bardziej skupiłem się na ukrytym pod błękitnym bolerkiem obfitym biuście. Kobieta nie miała na sobie biustonosza. Gdy się pochyliła, prawie dotknąłem jej walorów nosem. Wypiłem wodę jednym haustem. Zakrztusiłem się i zacząłem kaszleć. To tylko spotęgowało ból głowy. Matylda kazała mi się pochylić i ochoczo uderzyła mnie w plecy. Jęknąłem z zaskoczenia. Nie wiedziałem, że tak krucha kobieta może mieć tyle siły. Kaszel mi minął, ale nadal trzymałem się za głowę.
– Boli cię? – zapytała z troską w głowie.
Potwierdziłem. Podała mi jakąś tabletkę i znów wodę.
– Co to jest? – zapytałem nieufnie.
– Nie bój się, to nie pavulon. Ketonal forte, przeciwbólowy. Masz szczęście, że mieszkam w tym bloku i usłyszałam twój krzyk.
Uwierzyłem jej. Domyśliłem się, że to ona wezwała karetkę i powiadomiła policję. Po chwili tabletka zaczęła działać. Poczułem się także bardzo zmęczony, ale zanim zasnąłem, rozejrzałem się dookoła. Znajdowałem się przed blokiem. W otwartych drzwiach klatki schodowej jakiś oficer wydawał polecenia. Dookoła niego kręcili się funkcjonariusze. Dostrzegłem także ambulans i radiowozy. To one wydawały przyprawiające mnie o ból głowy dźwięki.
Zasnąłem z lekkim uśmiechem na twarzy.
Obudziłem się w szpitalu. Leżałem w kilkuosobowej sali. Z ulgą stwierdziłem, że nieznośny ból głowy minął. Rozejrzałem się dokoła. Razem ze mną rezydentami było dwóch starszych mężczyzn. Obaj byli podłączeni do kroplówek i chyba spali. Chciałem jak najszybciej wrócić do swojego mieszkania. Nieoczekiwanie przed oczami stanęła mi Matylda, ale miałem wrażenie, że spotkanie z nią jest moim złudzeniem spowodowanym upadkiem. Nacisnąłem dzwonek. Kilka minut minęło zanim usłyszałem otwierające się drzwi do sali. Byłem odwrócony do nich plecami.
– Dobrze, że się już obudziłeś. Mam nadzieję, że lepiej się czujesz.
Drgnąłem na dźwięk tego głosu i z szeroko otwartymi oczami się odwróciłem. Matylda znów się nade mną pochylała. Widocznie miała dyżur, bo ubrana była w lekarski uniform i czepek. Delikatnie dotknęła mojego czoła.
– Nie masz gorączki. Niedługo wyjdziesz.
Nie ośmieliłem się zapytać, ale i tak zdecydowała mi powiedzieć.
– Rozmawiałam z ordynatorem. Nie masz wstrząśnienia mózgu. Przeprowadzimy odpowiednie badania i jeśli wszystko będzie w porządku, jutro cię wypuścimy.
Usiadła na łóżku i przyglądała mi się przez chwilę w milczeniu.
– Będziesz musiał jednak dużo odpoczywać. Dopilnuję tego.
Uniosłem brwi z zaskoczenia. Nie wiedziałem, co ma na myśli. Uśmiechnęła się, widząc moją reakcję.
– Mam wolne drugie mieszkanie. Gdy się lepiej poczujesz, odwiozę cię do domu. Poza tym pewnie policja będzie chciała z tobą porozmawiać, więc musisz być w pobliżu.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. To wszystko brzmiało jak jakiś szalony sen, ale nie chciałem się z niego obudzić. Nawet jeśli oszalałem… Nie, gdybym oszalał, to bym nawet o tym nie wiedział.
– Każdym pacjentem się tak interesujesz? – zapytałem i spojrzałem wymownie na jej obrączkę. Dostrzegła to. Uśmiechnęła się tajemniczo.
– Tylko wybranymi. Nie wiem, czego się boisz. Nie jestem związana z żadnym Don Corleone.
Zmrużyłem oczy. Przestałem jej ufać. Udała, że nie dostrzegła mojej reakcji, a ja nie chciałem poruszać tego tematu. Wiedziałem jednak, że muszę skorzystać z jej propozycji. Co prawda byłem przekonany, że kłamie w sprawie swojego Corleone, ale nie miałem pewności, czy nie oszukuje mnie też w kwestii stanu mojego zdrowia. Na wszelki wypadek musiałem mieć jakiegoś stróża. Postanowiłem płacić jej za mieszkanie i wynieść się z niego najszybciej, jak to będzie możliwe. Nasze kontakty muszą pozostać tylko zawodowe. Tak się nie stało i…
Trzy tygodnie później
Teraz przypomniałem sobie wszystko, co się zdarzyło. Alkohol całkowicie wywietrzał mi z głowy i mogłem sobie tylko zanucić:
Nie mów, że to przeznaczenie.
To nie miłość,
To tylko złudzenie.
Nie mów, że to przeznaczenie.
To nie miłość,
To tylko złudzenie.
Nie wiem dlaczego przyszła mi do głowy akurat piosenka Steczkowskiej, ale pasowała do mojej znajomości z Matyldą Horanin. Dość szybko wypisano mnie ze szpitala, zapewne dzięki jej protekcji, i znalazłem się w należącym do niej wolnym mieszkaniu. Była nim kawalerka, podobna do tej, w której znalazłem ciało niedoszłej miss. Wreszcie mogłem odpocząć i przeanalizować swoją sytuację. Niestety nie dane mi było. Położyłem się na kanapie, ale po około dwóch godzinach obudziło mnie niecierpliwe pukanie do drzwi. Chcąc nie chcąc, musiałem je otworzyć. W progu stała Matylda i trzymała tacę z talerzem zupy, bigosem, chlebem, butelką wina i dwoma kieliszkami. Nie potrafiłem ukryć zdziwienia. Uśmiechnęła się.
– Pomyślałam, że musisz być głodny.
Pięć minut wcześniej jeszcze nie byłem. Zjadłem przecież szpitalny obiad, zanim mnie wypisano, ale na widok tacy kiszki zagrały mi marsza. Przegrałem walkę i wpuściłem ją do mieszkania. Tłumaczyłem sobie, że to tylko bitwa, ale tak naprawdę w tym momencie przegrałem wojnę. Pochłonąłem obiad, jakbym przez tydzień nie miał niczego w ustach, starając się nie spoglądać na jej cieniutką, obcisłą bluzeczkę i kuszące body. I nie skosztowałem wina. Bałem się, że stracę nad sobą kontrolę, a nie chciałem mieć do czynienia z jej mężem. Jestem dziennikarzem i nie na takim rozgłosie mi zależy.
– Nie skosztujesz?
Spojrzałem na wino.
– Chyba nie mam czego oblewać, a ty?
– Ja – uśmiechnęła się lekko. – Lubię od czasu do czasu oblewać swój rozwód?
– Rozwód?
– Tak, nie wspominałam ci? – udała zdziwienie. – Myślałam, że mówiłam o tym w samochodzie. Byłam pewna, że mi nie wierzysz i na wszelki wypadek przyniosłam papiery.
Nie wiedziałem, co ma na myśli, póki nie wyjęła spod tacy dokumentów rozwodowych. Byłem w nią tak zapatrzony, że nie zauważyłem nawet, że je miała. Spojrzałem na dokumenty. Wyglądały na prawomocne.
– A ta obrączka?
– To pamiątka. Nie chciałam się rozwodzić, ale Andrzej mnie do tego zmusił. Nie lubię być samotna. Zdejmę ją, gdy znajdę kogoś odpowiedniego dla siebie, i wtedy założę nową.
Przełknąłem głośno ślinę.
– Dlaczego w takim razie nie nocuję u ciebie?
– U mnie czy ze mną? – zapytała zalotnie.
Zawstydzony, spuściłem wzrok i nie odpowiedziałem.
– Na pewno nie skosztujesz wina?
Skosztowałem. Po winie był nieco mocniejszy alkohol, ale także na nim nie poprzestaliśmy. Na drugi dzień miałem lekkiego kaca, ale głowa mnie nie bolała. Poległem. Matylda okazała się prawdziwym wulkanem i miałem wrażenie, że jest nimfomanką. Tak minęło kilka dni. Czułem się jakbym był w raju. Leżałem w łóżku i się kurowałem, Matylda wysłała moje L4 do redakcji i chodziła do pracy. Potem zaczynało się moje życie, nocne życie, a w dzień odsypiałem. Matyldzie wystarczał krótki odpoczynek.
Niczym się nie przejmowałem. Nawet przesłuchaniem na komendzie, na które mnie wezwano. Zawiozła mnie Matylda. Czekała na korytarzu. Samo przesłuchanie było formalnością. Powiedziałem prawdę i policjanci niczego na mnie nie mieli. Dwa dni później Matylda powiedziała, że musi wyjechać na szkolenie. Chciała, żebym poczekał na nią w mieszkaniu, ale zdecydowałem się na jakiś czas wrócić do swojego. Niechętnie mnie odwiozła i pocałowała na pożegnanie. Od tego czasu czekałem na jej powrót jak na zbawienie.
Odtworzyłem to sobie w pamięci, prawie jota w jotę: wydarzenia rozmowy, niemalże każde słowo. Niepokoiło mnie tylko to, że mój umysł nie zarejestrował, co robiłem w trakcie upojenia. Cóż, musiałem wziąć byka za rogi. Rozmyślania przerwał mi dźwięk telefonu. Niechętnie podniosłem słuchawkę.
– Słucham.
– Dzień dobry. Aspirant Cyrkut z Komendy Miejskiej. Czy rozmawiam z panem Morganem Jonesem?
– Tak.
– Otrzymał pan nasze wezwanie?
– Tak, dzisiaj.
– Dzisiaj?
– Tak, ze zdjęciem ofiary.
– Nie wysyłaliśmy żadnego zdjęcia, a wezwanie wysłaliśmy ponad tydzień temu listem poleconym.
– W takim razie nie dostałem.
– Proszę przyjechać dzisiaj na 13.00. Wyjaśnimy to.
– Przyjadę – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę.
Nie miałem wyjścia. Musiałem to wyjaśnić. Kurwa, tylko dlaczego znowu o 13.00?
Włożyłem zdjęcie do koperty, ogoliłem się i ubrałem. Za dziesięć pierwsza wyszedłem z domu, a za pięć byłem na Podwalu. Serce waliło mi ze strachu, chociaż nie powinienem go odczuwać. –Przecież jestem niewinny – mówiłem sobie w myślach, ale zaraz dodawałem – tak, a ilu niewinnych już siedzi? Na domiar złego przesłuchiwał mnie jakiś nowy starszy aspirant. Nie było to żaden ze znajomych lub pamiętających chociaż mojego ojca. W momencie gdy zobaczyłem jego zimne oczy i rysy twarzy, wiedziałem, że nie będzie miał sentymentów, ale nie spodziewałem się, że to będzie najgorszy dzień mojego życia. Zabrano mi oczywiście otrzymane wezwanie i zdjęcie, rzekomo do analizy, i usłyszałem zarzut popełnienia morderstwa. Nie wierzyłem swoim uszom. Jako dowód przedstawiono mi zeznania Matyldy Horanin, z których wynikało, że w trakcie alkoholowego upojenia przyznałem się do zabójstwa. Próbowałem się bronić, ale puszczono nagranie z dyktafonu. Z przerażeniem usłyszałem własne przyznanie się do winy. Oprócz tego aspirant pokazał mi karteczkę, na której widniały znane mi słowa: BYŁEM U PANI, MORGAN JONES. PROSZĘ O KONTAKT. Rozpoznałem własny charakter pisma. Musiała wypaść mi, gdy staczałem się po schodach. Albo Matylda ją podłożyła.
– Czy przyznaje się pan do winy? – zapytał aspirant.
– Nie.
Cyrkut podsunął mi pod nos drugą karteczkę. Widniało na niej, że ZAWSZE SPEŁNIAM SWOJE OBIETNICE. NIE CHCIAŁAŚ BYĆ MOJA, TO BĘDZIESZ NICZYJA, ale nie ja byłem jej autorem.
– Jestem niewinny – powiedziałem. – I nie ja groziłem Rybak.
– A kto?
– Nie wiem, może Matylda Horanin?
– Sprawdzimy to i spotkacie się w sądzie. Jest pan aresztowany pod zarzutem popełnienia morderstwa na tle seksualnym.
Aspirant wstał i wyszedł z pokoju przesłuchań. Wszedł strażnik, założył mi kajdanki i wyprowadził.
Matylda siedziała w samochodzie nieopodal bloku i widziała Jonesa wychodzącego na komendę. Po kilku godzinach, gdy nie wrócił, weszła do swojego mieszkania. Wiedziała, że będzie musiała zeznawać przeciwko Jonesowi, ale była pewna, że to tylko formalność. Policja nie znajdzie narzędzia zbrodni, a już w podstawówce przejawiała niezwykły talent do podrabiania podpisów. Jej odcisków palców także nie znajdą, bo robiła wszystko w lateksowych rękawiczkach.
Zdjęła obrączkę z palca i wrzuciła do toalety. W westchnieniem ulgi spuściła wodę. Potem zeszła do piwnicy i wyjęła z plecionego kuferka dwa zdjęcia: jedno przedstawiające ją z ubranym w garnitur mężczyzną w starszym wieku, jej byłym mężem, i drugie z tym samym mężczyzną całującym namiętnie Judytę Rybak.
Teraz jesteście razem, pomyślała.
Wsiadła do samochodu i pojechała do Lasu Osobowickiego. Tam rozpaliła zgrabne ognisko, w którym zniknęły zdjęcia, papiery rozwodowe i rękawiczki.