Nogi

26.12.2007

Profesor siedział za mahoniowym biurkiem, na którego środku stała butelka z płynem w kolorze herbacianym. Troska, z jaką patrzył na butelkę, pogłębiła tylko bruzdy na jego czole, dodając mu jednocześnie uroku. Za siwą, elegancko przystrzyżoną brodą, którą podpierał dłonią, chronił ściśnięte usta, od czasu do czasu patrzył z nadzieją w rozbiegane oczy studentki z niedopiętym guzikiem białej koszuli.

– Opakowanie owszem, owszem, ale w środku... pustka.

Studentka spuściła głowę, poczerwieniała, profesor spostrzegł, że popełnił gafę.

– Nie, ja nie o pani, ja o butelce, chodzi mi o whisky, a właśnie, czy pani mogłaby mi powiedzieć coś o roku 1934?

– 1934?

– Tak.

– No więc. Rok 1934. W Niemczech „noc długich noży”, krwawa czystka kierownictwa SA. W Chinach komuniści rozpoczęli Długi Marsz. Naziści zamordowali kanclerza Austrii Dollfussa.

Spojrzał na niedopięty guzik białej koszuli, wyjrzał za okno, jakby sprawdzając stan pogody, i znów wrócił do rozpalonej z emocji twarzy studentki.

– Przerwę pani, chodzi mi o rok 1934. Niech mi pani odpowie na jedno pytanie...

Z oczu profesora wyzierało zniechęcenie i beznadzieja.

– Dlaczego ten rok był taki fatalny?

– Fatalny? No więc mówię: naziści zamordowali kanclerza, Długi Marsz Mao.

– Nie, nie, nie.

Poczerwieniał. Wstał gwałtownie i wyciągając spod biurka dwie szklanki nalał do nich whisky.

– Rok był fatalny. Najpierw krótka zima, potem mokra, dżdżysta wiosna, a lato, ech szkoda gadać. Proszę, niech pani tego spróbuje.

Studentka nie zastanawiając się, przechyliła swoją szklankę.

– No i co? Czy teraz rozumie pani...

Spojrzał w nieco spokojniejsze oczy dziewczyny.

– Nie całkiem.

– Nie całkiem? Czy nie czuje pani tego roku? Przecież ta whisky jest przesiąknięta tym fatalnym trzydziestym czwartym. Jest ohydna. Nie zauważyła pani, który to rocznik? Właśnie trzydziesty czwarty. Siedemdziesięcioletnia whisky, a smakuje jak tygodniowy bimber. Nie zdała pani. Dwója. Jako przyszły historyk powinna pani zwracać uwagę na daty... Aha, jeszcze jedno, może pani zapiąć ten guzik – ja też mam siedemdziesiąt lat.

Profesor zwyczajny, Jan Wysoczyński, specjalista od historii dwudziestolecia międzywojennego, niestrudzony badacz przeszłości, niezastąpiony erudyta, pedagog, zwyczajnie kłamał. Mimo siedemdziesięciu lat (skończonych przed kilkoma tygodniami) rozpięte guziki pięknych studentek interesowały go nie mniej niż naziści i maoiści. Interesowały go bardziej, ale wobec tego, co miało się wydarzyć w najbliższą sobotę, traciły swoje znaczenie.

Studenci zaliczali go do elitarnego grona profesorów, których pamięta się jeszcze długo po egzaminach, i to niezależnie od uzyskanej oceny. „Ekscentryk i dziwak” – mawiali ci, których indeksy wyleciały przez okno. „Człowiek renesansu, równiacha, swojak” – mówili inni. Któregoś razu, student I roku podczas sesji egzaminacyjnej wdał się w spór na temat Piłsudskiego. Wyszedł, a raczej wytoczył się po pięciu godzinach, prowadzony przez równie nietrzeźwego profesora, wykrzykując: „Niech żyje Marszałek! Niech żyje nasz wódz!”. A potem jeszcze: „Na Kowno!” i „Bij bolszewika!”.

Opowieści o profesorze i jego niekonwencjonalnym zachowaniu wrosły w mury szacownej uczelni, stając się jej nieodzowną częścią. Z czasem obrosły legendami, a sam „profesor Jaś” (jak mówiono o nim pieszczotliwie) stał się legendą chodzącą, żywą i namacalną, uniwersytecką gwiazdą pierwszej wielkości. Przy czym gwiazdorstwo dotyczyło tylko kontaktów ze studentami. Dla nich był kimś, oryginałem, niemal idolem. Z drugiej strony kadra naukowa traktowała profesora z przymrużeniem oka, trochę jak niegroźnego wariata. Dokonania naukowe, publikacje – zauważano, ale się nad nimi nie rozczulano. Dla kolegów, a przede wszystkim dziekana i Jego Magnificencji Wysoczński był nieobliczalny. Przede wszystkim przez nie. Kobiety.

Profesor miał w swoim życiu dużo szczęścia. Gdy zaczynał pracę, można było swobodnie uszczypnąć sekretarkę, bez narażania się na zarzut molestowania. Nie znano jeszcze tego słowa. Nikt na to nie zwracał uwagi, no bo jakie to miało znaczenie, że młody asystent, zaczynający pracę naukową, wymierza soczystego klapsa starszej o kilka lat sekretarce. Może tylko takie, że ją zabolało, a tak naprawdę była zadowolona. Czuła, że mu się podoba. Miała rację. Romans z Bożenką był uwerturą do całej opery, której tytuł mógłby brzmieć: „Przygody miłosne Jasia W.”. Bożenka była mężatką, on w trakcie pierwszego rozwodu. Pokochali się miłością, czystą i prawdziwą, lecz krótką. Mąż sekretarki okazał się wrednym typem spod ciemnej gwiazdy, który nie zna się na tych sprawach. Bożenka wyjechała z mężem do innego miasta, a biedny Jaś znalazł pocieszenie w ramionach koleżanki od nauk pomocniczych historii. Koleżanka miała na imię Hania i była zwyczajnie brzydka. Chuda, o niezdrowej cerze i małych piersiach. Do tego ciągle mówiła, nawet w łóżku. Między kolejnymi przyjaciółkami pojawiały się kolejne żony. Już wówczas zwykł mawiać, że nie miesza pracy z domem. Praca to praca, a dom to dom. Każde z tych miejsc miało swoje prawa i swoje obowiązki. Najważniejsze, żeby potrafić się w tym wszystkim odnaleźć. Zaspokoić kobiety z pracy i te w domu, a w dodatku ciągle się rozwijać, przeć do przodu, awansować. Kobiety mogły w karierze naukowej zaszkodzić, ale mogły pomóc, trzeba było wiedzieć, z kim rozmawiać, kogo zaprosić na kolację, a z kim iść do łóżka. Doktorat u profesor Danuty Trzcinieckiej pisali wspólnie, w jej wielkim łożu z baldachimem. Ileż nieprzespanych nocy ich to kosztowało, ile godzin spędzonych na gorących dyskusjach i nie tylko. Potem habilitacja u Mariańskiej. Było ciężko, ale dotarli się. I tak dalej i tak dalej. Można by mnożyć kolejne historie, ale nie warto. Profesor Wysoczyński postanowił napisać autobiografię. Rozpowiadał o tym na wszystkie strony, budząc strach wśród niemałej liczby kobiet. Całkiem niepotrzebnie, przecież profesor Jaś to dżentelmen. W każdym calu. Miał już nawet tytuł dla swoich wspomnień. „Kolekcjoner”. Doskonale oddający przewidywaną treść. Życie profesora to ciągłe, maniakalne łowy. Poszukiwania bez końca. Poszukiwania unikalnych przedmiotów, których nikt nie ma. Gromadzenie i katalogowanie. Na półkach i szufladach, według nazwisk, urody, inteligencji, według charakteru, smaku i zapachu. Z każdym dniem wciąż nowe obiekty, nowe twarze, biusty i nosy. Zawsze potrafił dostrzec coś, czego szukał, jakiś nadzwyczajny rys twarzy, czasem widoczną niedoskonałość, którą potrzebował do zbiorów. Na przykład Aneta, którą poznał na początku lat osiemdziesiątych. Ruda studentka, z haczykowatym nosem i piegami. Całkiem niezwykła. Niepodobna do tych wszystkich damulek z żurnali. Dostrzegł w niej niezwykłość. Śmiech. Śmiała się jak żadna inna. Za ten śmiech mógł pójść za nią na koniec świata. Nie poszedł, bo dostrzegł na spacerze zęby. Zęby, których właścicielkę spotykał, wyprowadzając psa. Któregoś razu się odezwała. Zobaczył je. Zęby unikalnej wartości, jakich nie potrafiłby zrobić nikt poza Bogiem. Boskie kły. Przez chwilę żałował, że nie został dentystą. Z jaką rozkoszą mógłby bezkarnie ich dotykać, obejmować je, głaskać, niczym najdroższy skarb.

Kolekcjoner potrafi być bezwzględny. Gdy znajdzie nowy unikat, żeby zrobić dla niego miejsce, stary potrafi zniszczyć, wyrzucić na śmieci. Czasem powodowało to drobne kłopoty. Dorota, bibliotekarka, u której odnalazł prauszy, posunęła się do szantażu. Uszy zeszły na plan drugi wobec groźby podpalenia się w akcie desperacji ich właścicielki – spaleniu ulec miała cała biblioteka. W takich sytuacjach profesor wybuchał. Nigdy nie pozwalał, żeby ktoś decydował za niego. Robił się czerwony i zaczynał przemawiać jak nie przystało na dżentelmena (za którego się cały czas uważał). Sypał najohydniejszymi przekleństwami, groził i krzyczał. Zazwyczaj pomagało. Kobiety bały się go, w końcu czym jest eksponat wobec swego właściciela. Przedmiotem. I nie powinien o tym zapominać, tak łatwo można się stłuc.

 

W sobotę lało od samego rana. Jakby tam na górze ktoś brał prysznic i zapomniał zakręcić wodę. Profesor był w cudownym nastroju. Do śniadania ulubiona whisky, ulubiony rocznik dwudziesty drugi, lekka kawa. Poczuł, że jest młodym greckim herosem, który jeśli zechce, może przebiec maraton bez zadyszki.

– Ojciec, co wy z tym hotelem wymyślacie? Mało wam miejsca w domu, świntuchy?! – Anna, najstarsza córka z pierwszego małżeństwa, otyła i rubaszna dziewczyna lubiła żartować. Nadawali z ojcem na tych samych falach. Porozumiewali się gestami i półsłowami, teraz wystarczyło jej za odpowiedź rubaszne mrugnięcie oka. – Znając cię, nie doczekałeś do ślubu...

– Córuś!

– Ojczuś! Jestem po prostu ciekawa.

– To wsadź nos do kawa.

– Wcale się nie rymuje.

– Wiesz, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic, nawet takich. Owszem, wytrzymałem do ślubu. A wiesz dlaczego?

– No nie mam pojęcia.

– Bo chcę zobaczyć, jak to jest. Mieć żonę pierwszy raz dopiero po ślubie.

– A co, nie wiesz?

– Niestety, do tej pory mi się nie udawało. Mimo najszczerszych chęci. Z Zosią, twoją mamą, to zaraz, no tak. Na pierwszej randce, jak to się mówi. Lato było, jakoś tak, nie krępująco, coś piliśmy, tańce i tak dalej. Potem z Marysią, też się nie udało, ale przysięgam, to nie moja wina, nalegała, a co może biedny mężczyzna, kiedy kobieta chce.

– Stary świntuch.

– Tylko nie stary. Wypraszam sobie, tylko nie stary. Dokończę ci. Z Jadzią myślałem – wytrzymam. Taka była pobożna, wręcz bogobojna. Ciągle o grzechu coś mówiła. I wiesz, gdzie zgrzeszyła? W Częstochowie, na wycieczce, na dodatek żadnych wyrzutów sumienia, żadnych!

– Oho dzwonek. Pewnie panna Natalia?

Wszystko załatwiała Natalia. Lokal. Cygańska kapela. Goście, a nawet hotel. To ostatnie było ślubnym prezentem dla Jasia. Najdroższy hotel w mieście. Apartament prezydencki, chociaż żaden prezydent w nim jeszcze nie mieszkał. Dwudziestotrzyletnia blondynka, o wyzywającej urodzie, pełna wigoru, entuzjazmu i uśmiechu. Od najmłodszych lat wyobrażała sobie, jak większość dziewczynek, swój ślub, widziała przystojnego bruneta, mężczyznę obdarzonego siłą mięśni i charakteru. Takiego jak Jaś czterdzieści lat wcześniej, gdyby nie gnuśniał w tych swoich książkach, zakurzonych archiwach i bibliotekach, gdyby regularnie ćwiczył i chodził na solarium. Nie musiał długo prosić ją o rękę, wystarczyło, że szepnął jej na ucho jedno słowo. Krótkie, zaledwie trzyliterowe. D jak Dorota. O jak Olga. M jak Monika. DOM. Ktoś mógł pomyśleć, że ją kupił. Mógłby, gdyby wiedział. Transakcja została przeprowadzona w pełnej dyskrecji. Profesor nie chciał psuć humoru dzieciom. Jakby to wyglądało, takie święto, a one naburmuszone, złe. To nie fair wobec nich. Postanowił, że powie im trochę później. Za jakiś czas, jak wszyscy ochłoną. Dom, właściwie willa, położony na obrzeżach miasta, w eleganckiej dzielnicy, należał do rodziny Wysoczyńskich od lat, był utrzymany w doskonałym stanie i nie trudno było się domyśleć, że wart był majątek. Dokładnie tyle, ile jedno „tak” Natalii.

Natalia miała być ukoronowaniem kolekcji. Diademem, którego blask przyćmiłby wszystkie dotychczasowe eksponaty. Figura modelki, uroda z gatunku zjawiskowych, wszystko, co kobieta powinna mieć w najlepszym gatunku, u niej było o trzy klasy lepsze. Wśród tych cudów były one. To właśnie one sprawiły, że profesor zdecydował się zapisać dom. Czymże był ten budynek, jeśli nie zwykłą kupą gruzu, połączonego zaprawą, cementem. Zbiorowiskiem okien, drzwi, klamek i podłóg. Kawałkiem powietrza zamkniętego między ścianami. A one były zjawiskiem, cudem samym sobie. Jak bliźniaczki udekorowane w identyczne buciki, rajstopki, poruszały się, płynąc. Nogi Natalii miały dar przekonywania, potrafiły mówić lepiej i mądrzej niż ich właścicielka, potrafiły jeszcze więcej, ale to wymagało poświęceń. Dom przy ulicy Słowackiego stał się ich ofiarą.

 

Uroczystość zaślubin przebiegała spokojnie, znanym, utartym szlakiem dla takich wydarzeń. Młodzi zabawiali gości, zapraszając do suto zastawionego stołu, do wódeczki i do tańców. Spoceni cygańscy grajkowie nie dawali odpocząć, ani sobie, ani bawiącym się. Od czasu do czasu wzmacniali się szklaneczką i grali z jeszcze większą werwą, aż im się trzęsły czarne, gęste grzywy.

Profesor nie pił. Chciał być trzeźwy. Może dlatego wieczór trochę mu się dłużył, a może tylko tak mu się wydawało. Natalia była wszędzie. Roześmiana od ucha do ucha, bawiła się jak nastolatka. Obserwował ją ukradkiem, gdy ktoś nagłym szarpnięciem porywał ją na parkiet, z błogością myślał, że już za kilka godzin będzie tylko jego. Nikt nie będzie mógł na nią spojrzeć, nie mówiąc o dotykaniu. Po południu pojechał do hotelu, żeby jeszcze raz obejrzeć apartament. Przypomniał obsłudze o różach, szampanie i whisky. Natalia od kilku godzin siedziała u fryzjerki, miał czas by się przygotować. Jak zwykle przed pierwszym pójściem do łóżka wyobraźnia pracowała z potrójną mocą. Próbował przestać, ale obrazy same się pojawiały. Natalia zdejmująca sukienkę. Natalia rozpuszczająca włosy i prosząca o odpięcie łańcuszka. Potem szum wody pod prysznicem i… przeżycie największe. Wejście. On z cygarem i szklaneczką w łóżku, ona rozpina jedwabny szlafrok i staje przed nim w bieliźnie. Sam wybrał w katalogu odpowiedni model. W tej dziedzinie nie lubił niespodzianek. Musiała być czerwona, z wstawkami koronkowymi i pasem do pończoch.

– Jasieńku, dlaczego się nie bawisz? – Natalia z wypiekami na twarzy podeszła z wyciągniętą ręką. Pocałował ją w policzek, delikatnie, jak dziecko.

– Lubię patrzeć. Obserwować, jaka jesteś szczęśliwa.

– Chodź trochę poskaczesz, nie masz przecież jeszcze osiemdziesiątki.

– Muszę oszczędzać energię na wieczór. Przekonasz się, że naprawdę nie mam osiemdziesiątki.

– Ach ty mój tygrysku, ty ciągle o jednym. Pewnie nie możesz się doczekać...

– A ty?

– Ja też. To co, może im uciekniemy, sami się pobawią. Weźmiemy taksówkę i za godzinkę wrócimy. Nikt nie zauważy.

– Doskonały pomysł. Jesteś genialna, moja myszko. Niech nas szukają.

 

Profesor rozparł się wygodnie. Pogładził dłonią materiał poduszki. Była idealnie gładka. Zresztą tego wieczoru wszystko zdawało się być bliskie ideału. Nawet pogoda. Przestało padać, zza uchylonego okna zaglądały gwiazdy, trochę z zazdrości, trochę z ciekawości. Szum wody w łazience był jak najdroższa sercu muzyka, aria oczekiwania, preludium spełnienia. Wyobrażał sobie, że jest jedną z tych kropli, które teraz radośnie spływają po jej ciele. Był mydłem gładzącym jej skórę. Szamponem. Czymkolwiek, byle wreszcie być przy niej, w niej, na niej.

Nagle metaliczny dźwięk odkładanego prysznica obwieścił koniec. Wyszła. W poświacie nocnej lampki, w nikłym świetle księżyca zastukały obcasy. Profesor poczuł, że krew uderza mu do głowy szeroką, potężną falą. Przed oczami przebiegły mu zastępy czarnych mrówek, miliony, miliardy. Gdzieś w oddali majaczyły czerwone rajstopy Natalii, skrywające jej boskie nogi.

– Natal, Nat... – zacharczał i z nieludzkim skowytem upadł na dywan.

Natalia, nie patrząc na leżącego, podeszła do szafki. Nalała sobie whisky. Zdecydowanym, ale spokojnym gestem wyciągnęła długiego papierosa. Zapaliła.

– Za dużo wrażeń, staruszku. Pompka nie wytrzymała. Nawet sobie nie podymasz, głupi kutasie. Hej, żyjesz jeszcze? Myślisz, żeby zadzwonić po pogotowie? E, nic ci nie będzie. To tylko serce. Przecież ty nie miałeś serca, łajdaku.

Natalia nachyliła się nad profesorem i przez chwilę nasłuchiwała.

– Jeszcze dychasz? Już niedługo. Zażyłeś trochę viagry na pobudzenie. Jakieś dziesięć sztuk. No masz, popij.

Przechyliła butelkę i nie wyciągając z ust papierosa, wlała, aż pokazało się dno. Profesor po kilku początkowych skurczach przestał się poruszać.

– Pamiętasz Basię. Pewnie, że nie pamiętasz. Była twoją studentką, dawno, dawno temu. Miała takie cudne warkoczyki. Całe życie na ciebie czekała, na list, ale ty nie miałeś czasu. Miałeś ważniejsze sprawy. Nie obchodziła cię jakaś tam głupiutka dziewczynka, która się w tobie zakochała. Nie wiedziałeś, że ludzie się zakochują? Wiem, tobie się to raczej nie zdarzało. Ty wyrywałeś kobiety jak jakieś roślinki. Myślałeś, że tak trzeba, że tak lubią. Wyrwać i rzucić, niech zdycha. Tak mi przykro, tatusiu. Musiałam to zrobić, musiałam cię zabić. Mama byłaby szczęśliwa. Nawet nie wiesz, jak cię znienawidziła. A ja, wiesz, ja chyba cię nawet lubię. Byłeś bardzo miłym, starszym panem. No i ten domek. Sympatyczny gest z twojej strony, Jasiu. Chyba muszę już iść, na pewno nas szukają. Oj, Jasiu, Jasiu, zgubiły cię kobiety.  

 

Polecamy też wywiad z Autorem oraz inne jego opowiadanie Dobroczyńca roku.