Martin Casariego, Mnie nie kupisz - fragment

07.10.2009

Nakładem wydawnictwa muchaniesiada.com ukazuje się właśnie polskie tłumaczenie powieści Martína Casariega Mnie nie kupisz. Poniżej przedstawiamy fragment książki. Patronat medialny nad nią objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.

Człowiek jest pytaniem bez odpowiedzi.

Miłość jest odpowiedzią bez pytania.

                    Pe Cas Cor

1

Zegar ścienny pokazuje za siedem ósmą. Elsa jest spóźniona o osiem minut. To jeden z najkrótszych dni w roku i słońce już kilka godzin temu zwinęło manatki. Czasami mam wrażenie, że jeślibyśmy w grudniu widzieli na czarno¬ biało, to nikomu by to nie zrobiło różnicy. Proszę na mnie spojrzeć. W porządku wyglądam, nie? Elegancko ubrany i gładko ogolony. Widać, że buty nowiutkie. Jeszcze siedemdziesiąt dwie godziny temu prezentowałem się znacznie gorzej. Niewiarygodne, jak miłość kobiety może wpłynąć na wygląd mężczyzny. Tyle że blizna na szyi wciąż się rzuca w oczy, wiadomo. Nawet Elsa czy Rosa nie są w stanie zmienić czegoś takiego.

 – Whisky z lodem. Whisky na dwa palce, jeśli łaska.

Przykładam palce do szklanki, żeby pokazać pożądany poziom. Kelner, chuderlawy młodzieniec, nie nalewa nawet kropelki ponad miarę, nie wiem, czy to dłoń z trzema grubymi sygnetami budzi jego szacunek, czy może ma instrukcje, żeby oszczędzać. Popatrzcie mi w oczy… Co w nich widzicie? Niezależnie od tego co, na pewno coś zupełnie innego, niż zobaczylibyście sześć lat wcześniej. Raptem trzy dni temu siedziałem dokładnie w tym samym miejscu za barem. Choć nie wszystko było takie samo. Na przykład obok zegara wisiało lustro, zasłaniające dwie widoczne obecnie dziury. Nad drzwiami, tam gdzie teraz jest pusto, znajdowała się porcelanowa figura pomalowanego na niebiesko kota. Zaszły jednak dwie znacznie istotniejsze zmiany: nie czekałem wtedy na Elsę, a bar obsługiwał Toni, zamiast tego chudzielca Sabasa. I mówiłem już, że prezentowałem się znacznie gorzej…

2

Widzicie? Ten sam zegar, tyle że pokazywał wpół do jedenastej. Obok wisiało lustro, w którym widziałem swoje odbicie: mężczyzna rasy białej, lat trzydzieści z hakiem, w starej marynarce, wytartych spodniach i butach o włos od rozpadu, pochylony nad barem. A za ladą barman Toni, facet sparaliżowany w wyniku niemal całkowicie wytrzebionej już choroby wieku dziecięcego. Toni przemieszczał się o kulach, choć za barem uwijał się żywo, opierając się wyłącznie na łokciach. Miał niesamowicie mocne ramiona, a podaną dłoń ściskał jakby obcęgami. Kot w smutnej i niebieskiej tonacji tkwił nad drzwiami na tylnych łapach, czekając w faraońskim bezruchu i z chińską cierpliwością na diabli wiedzą co. Tak naprawdę to wszystko zaczęło się już dawno, zakładając oczywiście, że zgodzicie się ze mną, iż sześć lat to dużo czasu, na co, rzecz jasna, nie przystaliby ani Chińczyk, ani faraon.

 – Jeszcze jeden, Toni.

Toni nalał szkockiej marki Dyc na trzy palce. Nieszczęśnik cierpiał na katar. Biednemu wiatr w oczy. Przyłożyłem dłoń do szklanki, dając do zrozumienia, że chcę na cztery.

 – Nie racjonuj mi tu, kolego, bo nie mam w planach donacji wątroby.

Toni popatrzył na mnie współczująco, a może po prostu z sympatią, dając mi szansę, bym się jednak ograniczył do trzech palców, ale nie ustąpiłem i w końcu dopełnił szklankę do wskazanej wysokości. Toni nie zwracał już uwagi na sygnety zdobiące moje dłonie: dwa na lewej i trzy na prawej. Łącznie pięć, o ile nie było ostatnio jakichś zmian w matematyce, i żaden z nich nie jest obrączką ślubną. Pięć sygnetów, które w swoim czasie odbiły się na niejednej gębie. Wciąż je nosiłem, z nawyku oraz przekonania, że przynoszą szczęście. Szczęście? Czy to nie żałosne, że na tym etapie nadal wierzyłem, że coś może mi je przynieść?

Prócz Toniego i mnie były tam jeszcze tylko dwie pary, które, zwabione mrokiem, obmacywały się po kątach na miękkich siedzeniach. Poza tym pociągiem do zmroku, bardzo przypominały ćmy. Reszta baru, wystrój, muzyka czy obsługa, nikogo nie wabiły. Ludzie u władzy zmieniają wszystko, żeby nic się nie zmieniło. Niebieski Kot nie zmieniał się, dlatego wyglądał inaczej niż za pierwszym razem, kiedy tu wpadłem, pięć lat temu, po tym jak przez rok obijałem się to tu, to tam. Przez te pięć lat nikt się nie pofatygował, żeby go pomalować, kupić jakąś płytę, przeczyścić siedzenia czy zakamuflować wypalone papierosami dziury, lub choćby wymienić przepalone żarówki. Niebieski Kot był grubą, brzydką babą, która od dziesięciu lat nie wzięła prysznica ani nie zrobiła makijażu, a ja się z nią ożeniłem. Dlatego obróciłem się, słysząc, że ktoś otwiera i zamyka drzwi. Stojąca plecami do nas kobieta, elegancko odziana w czarny płaszcz, opierała stopę na taborecie, przyglądając się oczku, które puściło się jej na pończosze. Toni gwizdnął z admiracją, cichutko, tak żebym tylko ja usłyszał. I nie bez kozery: to oczko, na tej pończosze, to nie było byle jakie oczko. To było oko cyklonu. Kobieta ewidentnie się zgubiła. Natychmiast ją rozpoznałem, serce ruszyło mi galopem. Prr, koniku, powiedziałem sobie. Ściągnij cugle.

 – Jasna dupa – wykrzyknęła kobieta.

Nawet gdyby się nie odezwała, nawet gdyby wciąż stała tyłem, choć od sześciu lat jej nie widziałem, choć miała teraz na sobie płaszcz, rozpoznałbym ją wśród milionów. Serce mi skoczyło. Głupie, nieposłuszne serce. Podeszła do baru i nie spoglądając na pochylającego się w jej stronę typa, to znaczy nie zaszczycając mnie choćby przelotnym spojrzeniem, zwróciła się do Toniego. Gdybym był taboretem, zwróciłaby na mnie taką samą uwagę. A może i większą: a nuż oparłaby na mnie nogę. Zabrzmiał Stary koń w wykonaniu zespołu Macondo. Kiedy miłość nadchodzi słodka / człowiek sobie nawet sprawy nie zdaje / kwitną kaktusy, zielenieją gaje / truchtem drepcze koń stary, zmęczony / ale nawet nie zauważysz, gdy twoje serce / jak koń oszalały wyrwie lejce / jak rumak, widząc klaczkę, szalony / rzuca się piersią i…

 – Paczkę dunhillów poproszę.

Tak naprawdę możliwe, że nie zauważyła również i Toniego i potraktowała go po prostu jak automat z papierosami.

 – Nie ma.

Toni dynamicznie przejechał wierzchem prawej dłoni po nosie. W obecności tak dystyngowanej damy krępował się wciągnąć smarki, jak to czynił przy mnie i przy innych klientach.

 – No to marlboro.

Elsa posłała mu uśmiech, który rozbroiłby nawet rzymskiego gladiatora. Toni rzucił szybkie spojrzenie w stronę paczek papierosów piętrzących się na jednej z półek, po czym, cały w nerwach, obrócił się do Elsy.

 – Też nie ma.

 – Dobrze, w takim razie najdroższe z jasnym tytoniem, jakie masz. Bo wiesz: tytoń – jasny; mężczyźni – niekoniecznie.

Elsa ponownie uśmiechnęła się do Toniego. Nie mówiłem o tym, bo mi się nie chciało, ale chłopak miał bardzo śniadą skórę i ciemne włosy, więc można to było uznać za komplement. Toni podał jej paczkę cameli.

 – To będzie trzy pięćdziesiąt.

Teraz to Toniego było mi żal. Wyobrażam sobie, że mógłby przez najbliższy rok odtwarzać w pamięci rysy tej kobiety, skuszony myślą, że ona być może także oddaje się podobnym majakom na jego temat. Toni miał z kobietami ciężko. Wielkie serce, fakt, ale oparte na parze kul. Wierzyłem, że w końcu znajdzie swoją białą kruczycę, ale jeśli nikomu nie jest łatwo, to o nim w ogóle nie ma co gadać. Toni widział kiedyś film, w którym dziewczyna zakochuje się w niepełnosprawnym bohaterze, ale jak na razie w jego życiu nic takiego się nie wydarzyło. Nigdy nie miał dziewczyny i patrzył na Elsę ogłupiały. Nie wiedział, co się dzieje. Za to ja owszem. Po prostu Elsa kupowała paczkę papierosów. Jednak zaskoczenie Toniego było bardzo zrozumiałe: ta speluna nie jest miejscem dla takich kobiet. Przynajmniej na to zawsze wyglądało. Za sprawą bocznego światła nasze cienie padały na ścianę. Patrzyłem na te sylwetki, jak gdyby to one rozmawiały, jakbym oglądał spektakl teatralny.

 – Masz ogień?

Elsa otworzyła paczkę i wyjęła pełnym wdzięku gestem papierosa, który obecnie tkwił między jej wargami. Nigdy sama nie zapalała sobie papierosa. Potrafiła zdzierżyć dwadzieścia godzin z fajką w ustach i nie zapalić jej, choćby miała cholerną ochotę na dymka, jeśli w promieniu pięciuset metrów nie było żadnego mężczyzny. Uważała, że w tym życiu każdy ma swoją rolę. I jej rola to była Dziewczyna.

 – Ja mam – wtrąciła się męska sylwetka.

 – No proszę, Max – odparł kobiecy cień, nie odwracając się. – Już myślałam, że całą noc przesiedzisz jak mysz pod miotłą. Tak przy okazji, powinieneś sobie sprawić nowe buty. Te, które nosisz, sprawiają wrażenie, jakby ci się w nich już kilka razy wyzerował licznik krokomierza.

Jeśli ją zaskoczyłem, potrafiła to zamaskować. Rozpoznałaby mój głos spośród miliona, choć teraz zrobił się nieco bardziej wódczany, choć sześć lat go nie słyszała. Papieros zadrżał jej przez chwilkę w ustach, a kiedy się uspokoił, już całkiem opanowana odwróciła się w moją stronę, żeby po raz pierwszy na mnie spojrzeć. Tak, wciąż wspaniale nad sobą panowała, ale teraz miała na sobie płaszcz, choć kiedyś płaszczów nienawidziła i nawet przez pomyłkę by nie ubrała. Ta Elsa prawie sześć lat później, która gładziła wierzch mojej dłoni podającej jej ogień, najwyraźniej uznała, że nie da się już zwalczać zimna siłą własnego umysłu. Czy to znaczy, że stała się słabsza? Albo, dlaczego by nie, bardziej ludzka?

Kiedy papieros już się żarzył, Elsa odsunęła się ode mnie i zaczęła mnie lustrować.

 – Nie urodziłaś się w Hiszpanii, miałaś krzywy kręgosłup, byłaś pełna sprzeczności, żywiłaś wyraźne przekonania i nigdy nie nosiłaś płaszcza. Czy z tego coś pozostało?

 – Wciąż urodziłam się poza Hiszpanią, kochany.

Jednym haustem opróżniłem szklankę i zwróciłem się do Toniego.

 – Jeszcze jedną.

Mieszanka fascynacji, nienawiści, strachu i pożądania, mieszanka, którą uważałem za na zawsze pogrzebaną, wzbierała we mnie intensywnymi barwami: czerwienią, czernią, zielenią.

 – A ty? Nie używasz już piersiówki?

Purpura. Elsa odetchnęła głęboko. Poruszona i z papierosem w ręku przypomniała lokomotywę pod pełną parą. Usta miała umalowane z czystą precyzją egipskiego hieroglifu.

Sięgnąłem ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyłuskałem piersiówkę, niegdyś błyszczącą i srebrzystą, obecnie pokancerowaną ciemnymi rysami. Obróciłem ją do góry dnem. Nie wylała się nawet kropelka.

 – Jest pusta – powiedziałem. – Tak pusta jak twoje serce.

Niespodziewanie cień kobiety osunął się w ramiona męskiego cienia. Przestałem patrzeć na nasze sylwetki.

 – Och, Max – wybuchła. – To naprawdę ty? Co ci ¬zrobili?

Co mi zrobili? Chwilę jej zajęło, zanim tak się przejęła, prawdę mówiąc. To było jak cios w policzek, który burzył nastrój – to takie wyrażenie tylko – i sprowadzał mnie z powrotem na ziemię: do rzeczywistości mojej blizny na szyi, moich przedwczesnych zmarszczek, mojej mizernej prezencji, moich łatanych ciuchów. Jej za to najwyraźniej niczego nie zrobili: wyglądała olśniewająco, a Toni, który się na nią gapił, jakby to była pierwsza widziana przez niego kobieta w życiu, nawet nie pamiętał, że jeszcze nie zobaczył ani jednej z tych trzystu pięćdziesięciu peset należących mu się za camele. Naprawdę olśniewająco. Sześć lat więcej, ale trzydziestoletnia kobieta nie musi niczego zazdrościć dwudziestoczteroletniej. A nawet ma lepiej, o ile życie się na nią nie uwzięło. A w tym wypadku stawiałbym raczej, że to Elsa uwzięła się na życie. Schowałem pustą piersiówkę i spojrzałem w lustro, a ono odpowiedziało mi ładnym obrazkiem: kobieta z zadbaną blond grzywką i w gustownym płaszczu wtulona w nędznie odzianego mężczyznę, a do tego szczylowaty gołowąs oparty łokciami o bar i kontemplujący scenę w zachwycie. Czyż to nie najbardziej zgrane uosobienie Miłości? Mężczyzna odsunął od siebie kobietę i powiedział:

 – Za dużo palisz.

Elsa, nawet na sekundę nie spuszczając ze mnie oka, zaciągnęła się głęboko.

 – Próbuję rzucić, kochany. – I swobodnie wypuściła w moim kierunku chmurę dymu.

Sześć lat bez parkowania mojego samochodu w jej przytulnym garażu, sześć lat bez wieści od niej. Sześć lat się nie widzieliśmy. Pięć lat, jedenaście miesięcy i trzy tygodnie mojej nienawiści do niej. Piosenka brzmiała dalej. Kiedy miłość nadchodzi słodka / człowiek nie jest niczemu winny / czas w miłości zawsze jest inny / gdy chęć z chęcią nagle się spotyka / truchtem drepcze koń stary, zmęczony… Toni nalał mi w końcu whisky. Przytrzymałem butelkę, żeby nie odstawiał.

 – Zostaw mi tu całą flaszkę, Toni.

 – Nie pij więcej – odezwała się Elsa.

 – Dlaczego?

 – Źle to na ciebie działa.

 – Zawsze troszczyła się o mnie jak pielęgniarka – poinformowałem Toniego, który wciąż zaciskał dłonie na butelce i patrzył na nas w osłupieniu, nie mogąc nadal wyjść z szoku, że ja znam taką damę z towarzystwa. – Prosiłem, żebyś zostawił flaszkę.

Puścił szkło.

 – W takim razie ja też proszę jednego – zdecydowała się Elsa. – Ale nie tego rozpuszczalnika. Nalej czegoś godziwego.

 – Zawsze taka była – wyjaśniłem. – Kiedy piłem, ona też. Jeśli sobie dawałem na wstrzymanie, ona tak samo. Nazywają to chyba alkoholową solidarnością, czy jakoś tak.

 – Kasę masz? – wystrzelił do mnie Toni.

O Jezusie Nazareński. Teraz mnie zbił z pantałyku. Powiedział to, bo chciał się włączyć w rozmowę i to pytanie pierwsze przyszło mu do głowy, czy może chciał mnie wystawić? Toni doskonale wiedział, że płacę na koniec miesiąca. A czasami na koniec następnego miesiąca. Szlag by trafił naszego barmana.

 – Ja płacę – zaoferowała się Elsa.

Toni już jej serwował whisky. Wyciągnął butelkę Ballan¬tine’sa, zastawioną innymi, gorszej jakości. W Niebieskim Kocie Ballantine’sa trzymano na specjalne okazje. Podzielałem opinię Toniego, że ta okazja jest właśnie taka. Przypuszczam, że daje to wystarczająco klarowne pojęcie o klasie tego baru. Elsa przytknęła do szklanki dwa palce, żeby zaznaczyć oczekiwany poziom. Dwa długie i delikatne palce dłoni bez pierścionków. Ucieszyłem się z tego, ale zaraz potem przekląłem się w duchu. Bo co mnie to w sumie obchodzi? Otóż obchodzi, i to bardzo. Z przykrością to stwierdziłem. Toni zerknął na zegarek. Za piętnaście jedenasta. Nasze spojrzenia spotkały się z impetem. Toni nie chciał stracić choćby słowa, ale żołądek to żołądek, jego o tej porze zawsze domagał się hot doga. Jeśli nie wrzuci sobie czegoś na ruszt, będzie go mdliło. Poza tym w kuchence za barem nadal mógł przysłuchiwać się naszej rozmowie. Brwiami dałem mu znak, żeby poszedł zrobić sobie tego nieszczęsnego hot doga. Zanim, oparty na kulach i wydający więcej metalicznych hałasów niż Lancelot, zniknął za drzwiami, zdążył jeszcze ściszyć magnetofon. Nie chciał uronić niczego, mnie to jednak nie przeszkadzało, bo miałem teraz dobry podkład.

 – Wzbogaciłaś się? – zapytałem, nie patrząc na nią. – Ile za to dostałaś?

 – To nie byłam ja.

 – Nie? Zdaje się, że to z tobą miałem się spotkać, a tymczasem spotkała mnie kula. Wiesz, że teraz umiem przewidzieć, kiedy zanosi się na pieprzony deszcz?

 – Ach tak? – Spojrzała na mnie obojętnie. – I kiedy to będzie padał ten pieprzony deszcz?

 – Dziś w nocy.

 – Sam w to nie wierzysz.

 – Możesz się założyć.

 – Z tobą nie zakładam się nawet o zapałkę, nigdy nie płacisz, znam cię. Nie umiesz przegrywać. I nigdy mi nie ufałeś.

 – Ani tobie, ani nikomu innemu. Acz tamtej nocy owszem, zaufałem ci. Straciłem kobietę, ale zyskałem ksywkę: Kulawy. Straciłem też reputację i pracę. Pewnie, skarżyć się nie mogę: facet, który mnie wynajął, dostał trzy kulki: pierwszą między nogi, drugą w brzuch, a trzecią między oczy. Do dziś łamię sobie głowę, dlaczego mnie też nie zabili?

 – Przeze mnie.

 – Przez ciebie? – Pociągnąłem łyka. Od tego gadania gardło przemieniało mi się w pustynię. – Przez ciebie? Ci ludzie nie robią niczego przez wzgląd na kogoś. Robią coś, bo tak. To był kaprys albo obelga, coś jakby powiedzieli mi jesteś- gówno¬ wart¬ szkoda¬ na¬ ciebie¬ kuli¬ wypier¬ dalaj.

 – Zmusili mnie, żebym się z tobą nigdy więcej nie spotykała, w zamian za twoje życie. Dalej mnie nienawidzisz?

Toni nastawił muzykę na normalną głośność – leciała teraz jakaś nieznana mi piosenka – i wrócił za bar, przeżuwając intensywnie, z talerzykiem zajętym przez połówkę hot doga i butelkę keczupu. Rzeczywiście trudno byłoby nazwać tego chłopaka uosobieniem dyskrecji. Chwycił butelkę Uncle William i wycisnął jeszcze więcej keczupu na bułkę. Elsa rozgniotła to, co zostało z papierosa, na dnie popielniczki.

 – No powiedz – powtórzyła. – Dalej mnie nienawidzisz?

Niemal błagała o to jedno „nie”. Jej szmaragdowe oczy błyszczały, a jej głos drżał niezauważalnie. No, niezauważalnie, ale dla mniej wprawnego ucha niż moje.

 – Czy nienawidzę? Zabiłbym cię, ale nie potrafię nienawidzić kogoś sześć lat z rzędu. Nienawidziłem cię kilka miesięcy, chyba sześć albo siedem. Musiałbym sprawdzić u mojego księgowego. Potem o tobie zapomniałem.

Tak, dobrze wiem, co sobie pomyśleliście: ten facet to kłamca, bo przedtem mówił, że nienawidził jej pięć lat, jedenaście miesięcy i trzy tygodnie. Tak naprawdę, to wtedy byłem szczery: nadal jej nienawidziłem. Nienawidziłem jej nowego i kosztownego płaszcza, tak jak ona kiedyś nienawidziła wszystkich płaszczy, nienawidziłem jej obelżywego opanowania w każdej sytuacji, a nade wszystko nienawidziłem tego jej sposobu patrzenia, niezależnie od tego, na kogo patrzyła, ale zawsze tak jakby mówiła: jesteś dla mnie ważny. I biedny Toni już owinął się jej wokół palca: Elsie wystarczyło jeszcze uronić kilka łez i miała go jak na tacy. Żeby daleko nie szukać, starczyłyby te dwie migoczące już w kącikach jej oczu, nadając im wygląd powierzchni skutego lodem, zielonego i błyszczącego jeziora. Toni skończył już hot doga i wytarł serwetką keczup z brody, niby że rozkojarzony, ale tak naprawę strzygł uchem w naszą stronę.

 – Zapomniałeś o mnie?

 – Tak – wypowiedziałem powoli. – Tak jak drzewo zapomina o suchym liściu porwanym przez wiatr.

 – Dobrze. – Twarz jej stężała, a głos zrobił się suchy jak jeden z tych nieszczęsnych liści. – Przyszłam po papierosy i je mam. Podlicz moją należność, Toni. Nagadałam się już po uszy z tym bukłakiem wypełnionym tanią whisky. Szybkie jedzenie ma tę zaletę, że jest szybkie, natomiast wadę taką, że nie jest jedzeniem – zwieńczyła wywód, rzucając pogardliwe spojrzenie na talerz Toniego z okruchami i resztkami keczupu.

Pod szklankę wsunęła dwutysięczny banknot i zrobiła ruch, jakby miała już wstawać. Uniemożliwiłem jej to, łapiąc ją za ramię.

 – Puszczaj mnie, Dyc Turpin – warknęła, nie patrząc na mnie i podkreślając słowo dyc.

Elsa umiała być okrutna, kiedy tylko chciała. Zagotowało się we mnie. Byłem jak gejzer, jak musująca pastylka, jak mruczenie kota. Tyle że był to pomruk gniewu, nie przyjemności. Złapałem flaszkę dyca i prawą ręką sięgnąłem do pasa.

 – Nie nazywaj mnie bukłakiem whisky ani Dyc Turpin. Wciąż jestem taki jak kiedyś.

Mój głos, zdławiony wściekłością, zabrzmiał tylko trochę głośniej niż szept przez zęby. Cisnąłem butelką o ścianę, obok lustra, z tej strony, gdzie nie było zegara, a jednocześnie wydobyłem rewolwer i wystrzeliłem, zanim szkło roztrzaskało się o gips. Dwa razy nacisnąłem cyngiel. Butelka pękła, ale nie w powietrzu, tylko uderzając w ścianę, która została zachlapana przez płyn. Natomiast co do dwóch kul, to też nie przepadły bez śladu: rozbiły lustro. Chybiłem, fakt. Ale te moje kule trafiły w Elsę i Elsa rozpadła się na tysiąc szklanych kawałeczków. To jakieś pocieszenie. Zlokalizowałem obie łuski na podłodze. Za pół minuty wystygną i będę mógł je pozbierać. Toni, blady, wyszedł zza baru z szufelką i miotłą, żeby to wszystko posprzątać. Dwie pary, które migdaliły się po kątach, zdążyły wstać, pozbierać się i szybko opuścić lokal.

 – Jestem pod wrażeniem, co za celność! – zakpiła Elsa, ale mimo ironii w jej głosie wyczułem, że zalęgł się w niej strach i że nie spuszcza wzroku z drzwi wejściowych. Zrozumiałem, że jest ktoś jeszcze. Ktoś, kogo takie hałasy mogą przyciągnąć.

 – Kto przyjdzie? – zainteresowałem się.

Elsa nie odpowiedziała. Jej umysł pracował pełną parą. Łatwo poznać, kiedy myśli. Ale co myśli – niemożliwe. Drzwi zaczęły się otwierać. Zacisnąłem dłoń na moim starze BM, opierając go sobie na udzie, w ten sposób zasłaniałem broń połą marynarki. Drzwi rozchyliły się szeroko i pojawiła się jedna z tych panienek, co to się tu przed chwilą obcałowywały. Była raczej niskawa, miała kręcone włosy, miniówkę oraz pończochy sięgające nieco ponad kolana, przez co część jej kulasów wyeksponowana była wyraźnie. Podeszła prosto po torebkę stojącą na krześle i zamierzała wyjść bez jednego nawet słowa. Ale zanim zdążyła, drzwi ponownie się otwarły i niemal zderzyła się z okazem samca orangutana, liczącego jakieś trzydzieści lat, który skomplementował jej tyłek spojrzeniem. Miał indiańskie albo cygańskie rysy, włosy gładkie i atramentowe, a twarz miedzianą i pokrytą rowkami.

 – Nie zaiwaniaj tak, króliczku, bo mam dla ciebie marchewkę.

No proszę, proszę, orangutan zna ludzką mowę.

 – Widzę, że pokazujesz się w towarzystwie dżentelmenów – rzuciłem.

 – Kretyn – odparowała Elsa.

Ten „kretyn” wypowiedziany szeptem miał tę zaletę bądź wadę, że uzmysławiał mi, iż między Elsą i mną jest coś więcej niż słowa, jakieś kumpelstwo, coś w rodzaju przyciągania, kontaktu, zbieżności, taka jakby hałda prochu, którą byle iskra może znów rozpalić. Dziobaty zwrócił się w naszą stronę i na mój widok uśmiechnął się. Uśmiech szpecił jego twarz jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe. Miał na sobie białą koszulę, czerwone spodnie i różową marynarkę. Styl latino pełną gębą. Sprawiał jeszcze mniej uspokajające wrażenie niż bejsbolowy kij w rękach skina.

 – A skoro mowa o pośpiechu, to co to, kurde, za hałasy były? – zapytał przybysz.

 – Stłukło się lustro i butelka – odpowiedział Toni, który zbierał resztki szkła i próbował odwrócić ode mnie uwagę faceta.

 – Ty se daj spokój z tym pieprzonym szkłem, bo mi w uszach brzęczy, i spływaj, jak grzecznie proszą.

Toni natychmiast przestał sprzątać i przywarł do ściany jak gekon, oparty na dwóch kulach. Był tak przestraszony, że jego cień wyglądał jak cień cienia.

 – A ty, skarbie, zbieraj się, zwijamy się.

Dziobaty nie spuszczał mnie z oczu. Coś w moim wyglądzie nie dawało mu spokoju i dlatego nie oddalał się od drzwi.

 – Nie chcę z nim iść – błagała mnie Elsa.

Pozwoliłem sobie na luksus wzruszenia ramionami.

Ale Elsa nigdy się łatwo nie poddawała. Wyjęła drugiego papierosa.

 – Zrób to dla Rosy, Max. Chcą ją zmusić do pracy. Nie pozwól, żeby mnie zabrali. Jeśli nie przez wzgląd na mnie, to zrób to dla niej – prosiła.

Rosa. Jej młodsza siostra musiała mieć teraz dwadzieścia dwa lata. Sześć lat temu nie wypadało czuć do niej pociągu. Teraz pewnie rozwinęła się w czysty kwiat. O ile, oczywiście, zachowała tę czystość. Elsa zawsze postępowała nieczysto. Gdyby grała w piłkę nożną, na pewno przyznałaby sobie prawo do zastąpienia korków w butach gwoździami. Wygrałaś, pomyślałem. I odezwałem się:

 – Ta dziewczyna zostaje ze mną.

 – Ach tak? – Usta orangutana wykrzywiły się w brzydkim grymasie. – No to może ty wyjdziesz, chojraku.

 – Powiedziałem, że zostaje ze mną. A to znaczy, że ja też nie wychodzę.

Facet ze śladami po ospie zrobił krok w moją stronę. Jeśli dojdzie do rękoczynów, stanę się zabawką w jego rękach. Stuknąłem kilka razy pistoletem w swoje udo i orangutan się zatrzymał.

 – Co tam masz?

 – Coś dużego, co ci się niezbyt spodoba.

 – Zabij go, bo on zabije ciebie – szepnęła Elsa. – Jest uzbrojony.

Mówcie, co chcecie, ale natura często partaczy. Elsa miała słodki głos, tymczasem z jej ust powinno dobywać się coś w rodzaju syku węża.

 – Może ty go spróbujesz rozbroić jednym z tych twoich osławionych uśmiechów, co słonko?

Po mojej lewej Toni stężał jak posąg, coś na kształt Hołdu Ludu Pracującego dla Inwalidy Wojennego Sprzątacza. Po prawej Elsa przypominała kotkę w niebezpieczeństwie, z wysuniętymi pazurami. A przede mną stał orangutan wyglądający jak skała mgliście ¬przypominająca postać ¬orangutana. Ale skała się ruszyła. Wymierzyłem w porcelanowego kota znajdującego się nad nim, nad drzwiami, kiczowatą i koszmarną figurkę, na którą od miesięcy miałem już ochotę. Tyle że jak sobie wypiję, to moja celność daleka jest od stanu osiągalnego na trzeźwo, więc trafiłem faceta prosto w szyję. Czy też, mówiąc ściśle, chybiłem prosto w szyję. Kula przerwała łańcuszek, na którym wisiał medalik z Matką Boską, i krew trysnęła strumieniem. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i w try miga koszula zafarbowała mu się na ciemnoczerwono, co ładnie komponowało się ze spodniami i marynarką. Przytknął prawą dłoń do tej brzydkiej dziury, przez którą uciekało zeń życie, ale teraz to mnie czekała niespodzianka: dzierżył pistolet, Astra Police, kaliber 357 Magnum, bęben obrotowy, który wyłuskał tak szybko, że nawet nie zauważyłem. Może ostatecznie Elsa miała rację. Alkohol momentalnie wyparował mi z głowy. Orangutan zachwiał się, zawahał na chwilę i runął, nie wydając nawet jednego dźwięku. Jeśli wymamrotał potem jakieś słowo, jeśli poruszył ustami, żeby wyrazić swe ostatnie życzenie albo wypowiedzieć lapidarne zdanie, które mogłoby przejść do historii, to, niestety, nikt o tym nie wie, bo nikt nie zadał sobie trudu, żeby go wysłuchać.

 – Oj szkoda, szkoda, wielka szkoda – mruknęła Elsa. – Jednego mniej.

Wpiła mi się paznokciami w nogę i spojrzała w stronę wyjścia.

 – Jest ich więcej?

 – Tak.

 – Chodźmy stąd.

Elsa popatrzyła na mnie, nie wykonując żadnego ruchu, z camelem między wargami, wyczekująco.

 – Może przestań się teraz wygłupiać – powiedziałem.

Szarpnąłem ją, ale zupełnie jakby miała super glue na tyłku: nawet na pół centymetra nie oderwała się od taboretu. Wiedziałem, że stracę tylko czas, angażując się w dalsze dyskusje, więc wyjąłem zapalniczkę i podałem jej ogień.

 – Dziękuję, kotku.

Złapałem ją za nadgarstek i szarpnąłem, żeby wymusić reakcję. Podniosła się, z zapalonym papierosem, zręczna jak linoskoczek.

 – Aj! – zaprotestowała. – Robisz mi krzywdę! Nigdy nie wiedziałeś, jak należy traktować kobietę.

Pomyślałem wtedy o Tonim, przestraszonym i bezbronnym niczym ranny zając na szczerym polu. Nie mogłem go ze sobą zabrać, zbytnio opóźniałby ucieczkę, ale zostawić tak też się nie godziło. Chwyciłem butelkę Uncle William, stojącą na ladzie, i pochlapałem trochę nieskazitelnie białą, świeżo upraną i wyprasowaną koszulę Toniego. Popatrzył na mnie oniemiały z zaskoczenia. Wyrwałem mu miotłę, mówiąc:

 – Kładź się. Udawaj trupa, jeśli nie chcesz stać się nim naprawdę. Szybko!

Pchnąłem go tak mocno, że stracił równowagę, i prasnął na pośladki, amortyzując upadek rękami.

 – To jest kula, która cię zabiła.

Wymierzyłem w porcelanowego kota nad drzwiami i strzeliłem. Tym razem znienawidzona figurka rozpadła się na kawałeczki. Zanim zniknąłem w drzwiach ¬kuchenki, w okamgnieniu pozbierałem cztery łuski i w trakcie tej czynności rzuciłem okiem na Toniego: leżał już twarzą do podłogi z koszulą zachlapaną filmową krwią.

przeł. Tomasz Pindel

Newsletter