R. Martinez, Sherlock Holmes i mądrość umarłych, przeł. T. Pindel, Kraków: muchaniesiada.com 2009, 216 s.
Widniejąca na okładce charakterystyczna sylwetka detektywa w płaszczu i czapce, z fajką i ze szkłem powiększającym w dłoni pozwala bezbłędnie zgadnąć, kto jest bohaterem tej powieści. Tytuł potwierdza nasz domysł. Tylko autor się nie zgadza! Książkę Sherlock Holmes i mądrość umarłych napisał bowiem nie – jak należałoby się spodziewać – Artur Conan Doyle, a hiszpański pisarz Rodolfo Martinez, debiutujący na naszym rynku, ale w swojej ojczyźnie od dawna znany i popularny jako twórca literatury science fiction z elementami cyberpunku. Tym razem wziął Martinez na warsztat nieznany fragment biografii geniusza z Baker Street – i od razu dodajmy: efekt tego jest znakomity!
„Tajemniczy rękopis doktora Watsona wreszcie zostaje ujawniony” – czytamy na tylnej okładce. Apokryf, z którym mamy do czynienia, reklamowany jest przez autora wstępu do książki jako tekst spisany przez przyjaciela Holmesa w 1931 roku, a jego akcja rozgrywa się w marcu roku 1895. Co najważniejsze, opowiedziana przez pseudo-Watsona historia wyjaśnia, „czym zajmował się Holmes przez trzy lata (między 1891 i 1894 rokiem), kiedy cały świat uważał go za zmarłego” (s.13), i ujawnia kulisy kilku intrygujących szczegółów, które stanowiły dotąd tajemnicę dla miłośników twórczości autora Znaku czterech. Oczywiście, na ile prawdziwy jest udostępniony przez Martineza tekst, ocenić musi sam czytelnik. Polski wydawca zastrzega uczciwie, że oryginalnego angielskiego rękopisu na oczy nie widział.
Śledztwo prowadzone przez Sherlocka Holmesa w sprawie tajemniczego norweskiego podróżnika, niejakiego Sigersona, zmusza detektywa i jego biografa do zgłębienia sekretów tajemniczych organizacji, stowarzyszeń i lóż. Rychło okazuje się też, że wszystkie tropy prowadzą do diabolicznej księgi Necronomicon, od stuleci strzeżonej przez jedną z londyńskich sekt. By ją zdobyć, tajemniczy przybysz z Ameryki nie waha się popełnić serii okrutnych zbrodni i zawrzeć pakt z kimś, kogo potęga przekracza ludzkie wyobrażenie. Ta najbardziej niezwykła ze wszystkich spraw prowadzonych kiedykolwiek przez Holmesa ujawnia, że „logika to tylko narzędzie i jako takie ma swoje ograniczenia” (s. 188). W ustach mistrza dedukcji i logicznego myślenia te słowa brzmią jak herezja, ale też zagadki, z którą musiał się zmierzyć na kartach omawianej książki, nie sposób wyjaśnić w racjonalny sposób. Pamiętne „kiedy wyeliminujemy niemożliwe, to co pozostaje, jest prawdą” uzupełnione tu zostaje pytaniem: „Tylko co zrobić, jeśli nie da się wyeliminować niemożliwego?” (s. 182).
Wciągająca kryminalna historia inkrustowana jest przez Martineza wielce smakowitymi dodatkami. Najciekawsze jest zderzenie dwóch wielkich tradycji literackich – detektywistycznej, spod znaku Doyle’a, i demoniczno-fantastycznej, rodem z twórczości amerykańskiego mistrza literatury grozy Howarda Phillipsa Lovecrafta (to jemu przecież współczesna kultura popularna zawdzięcza między innymi mit diabelskiej księgi Necronomicon). To właśnie zderzenie prowadzi do zachwiania wiary Holmesa w absolutną potęgę logiki, która tak często wychodziła zwycięsko ze starć z przestępstwami zahaczającymi o horror (vide piekielny pies rodu Baskerville’ów). Interesujący jest również wątek związany z osobą Artura Conan Doyle’a, którego rola w publikacji opowieści o śledztwach detektywa z Baker Street okazuje się – w świetle rewelacji pochodzących z recenzowanej książki – nie tak oczywista, jak jesteśmy o tym przekonani. Warto też odnotować, że w powieści Martineza przemykają tu i ówdzie postacie tak znane, a zarazem z „tak różnych bajek”, jak Verne, Swedenborg czy Marlowe. A przemykanie owo wzmaga tylko przyjemność lektury („Jego niespokojny umysł, żywa i czujna inteligencja zdawała się gwarantować mu znakomitą przyszłość. Kilka lat później zrezygnował z pracy w Scotland Yardzie, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i osiedlił się w Los Angeles, na Zachodnim Wybrzeżu, dołączając do lokalnej policji [...]. Pamiętam, że miał syna, który podobnie jak ojciec marzył o karierze detektywa, w [policji albo prywatnie, ale nie wiem, czy dopiął swego” [s. 164] – my wiemy, że dopiął ;)
Uzupełnieniem tej fantastycznej (w każdym znaczeniu tego słowa) powieści jest Posłowie polskiego tłumacza i wydawcy zarazem, Tomasza Pindla, pomagające w ustaleniu, czy Mądrości umarłych zasługują na to, by brać je serio. Posłowie to przynosi też rewelacyjną informację o pozostałych tekstach Watsona będących ponoć w posiadaniu Rodolfo Martineza – jeden z nich jest relacją ze spotkania Holmesa z samym hrabią Drakulą, a inny opowiada o spotkaniu doktora z młodym Borgesem! „W przypadku tych tekstów wątpliwości co do ich autentyczności są jeszcze większe, uznaliśmy zatem, że rozsądniej będzie poczekać z ewentualna publikacją na wyniki badań ekspertów z Uniwersytetu Jagiellońskiego” (s. 206). Nie wiem jak inni, ale ja liczę, że niezależnie od opinii ekspertów teksty te zostaną przełożone na nasz język i że wydawnictwo muchaniesiada.com podejmie się ich publikacji.
Bibliotekarz
Rodolfo Martinez, Sherlock Holmes i mądrość umarłych - fragment