Kiedy pada, lepiej być Bogartem

22.03.2010

C. Torres, J. Krawczyk, Chomik na widelcu, Poznań: Zysk i S-ka 2009, 232 s.

Duet pisarski Claudia Torres & Jacek Krawczyk przebojem wdarł się na nasze półki z pierwszorzędną powieścią o nieco makabrycznym, nawet jak na kryminał, tytule Chomik na widelcu. Oboje autorzy mają za sobą dokonania pisarskie. Claudia Torres ukończyła Uniwersytet Łódzki, ale prowadziła badania również na uniwersytecie w Pueblo oraz Minneapolis. Jest menadżerem. Dzieciństwo spędziła w Meksyku, aktualnie mieszka pod Warszawą. Jacek Krawczyk – z wykształcenia psycholog po Uniwersytecie Warszawskim, zwolennik psychologii ewolucyjnej, co nie pozostaje bez znaczenia dla kształtu powieści. Wspólnie bardzo dobry tandem pisarski, spod którego pióra wyszła powieść jednorodna stylistycznie, dobrze skomponowana i interesująca.

Kiedy zostają odnalezione zwłoki młodej dziewczyny Emilii Nadolskiej, policja i prokuratura nie widzą powodów, by jakoś specjalnie zajmować się sprawą. Wszystko wydaje się oczywiste – narkotyki, alkohol, nieodpowiedzialne postępowanie… Banalne. A jednak coś podpowiada byłemu psychologowi policyjnemu Igorowi Czackiemu, że trzeba pokopać głębiej. Właściwie to opiera się on na przeczuciu i pewnym swoim śnie o chomiku, ale mimo to udaje mu się przekonać swojego przyjaciela komisarza „Majora” Malesza, by rozpocząć śledztwo. Tak wpadają na ślad międzynarodowej organizacji… Czym się ona zajmuje? Z jakimi ludźmi przyjdzie się zmierzyć bohaterom? Kto okaże się winny śmierci dziewczyny i kolejnych ofiar?

Główny bohater książki to wypalony człowiek. Dawno już przestał interesować się czymkolwiek innym poza własnym snuciem się po mieście. „Igor Czacki, komisarz, psycholog, studia ukończone w ’78, specjalność: neuropsychologia. Poza tym specjalista mediator, negocjator, zainteresowania: literatura, antropologia, etologia… Emeryt” (s. 18). Nie ma komórki, z nerwów nie może jeść, meloman i kawosz. Na swój temat nie ma zbyt dobrego zdanie. „Psycholog, zaśmiał się smutno do siebie – pojebany, jak oni wszyscy” (s. 96). Kiedy przyjdzie mu znów włączyć się w śledztwo, zresztą na własne życzenie, znów będzie musiał otwierać się na uczucia i myśli innych osób, czego nienawidzi. „Nie chciał dać jej się wciągnąć w jej emocje, w jej problemy. Miał swoje sprawy, swoje myśli, były dla niego ważniejsze. Starał się być policjantem, z całych sił. Bronił w sobie policjanta przed psychologiem. Nie chciał dać się uwikłać w te nie swoje emocje. Umiał to robić, takie drobne sztuczki, dzięki którym można było się nie angażować albo nie bardzo angażować. […] Nigdy nie był cierpliwy i może dlatego nikły nie chciał być terapeutą. Zastanawiał się, czy on w ogóle potrafi zrozumieć ludzi. Wydawało mu się zawsze, że wie, jak działa maszyna nazywana człowiekiem, że zna mechanizmy, ale nie wiedział, czy to to samo, co rozumieć ludzi. Prawdę mówiąc, miał poważne wątpliwości. Może nawet wiedział, co to empatia, ale nie był pewien, czy posiadł tę zdolność. Wolał myśleć o człowieku jak o maszynerii. Skomplikowanej, ale jednak maszynerii” (s. 164). 

Być może to jedyne wyjście w świecie zbrodni i beznadziei – nie rozumieć innych ludzi, nie starać się ich zrozumieć i nie otwierać się na ich emocje. Bycie policjantem to ostrożna rola, z dystansem. Policjant obserwuje, bada otoczenie, dokopuje się do dowodów, ale nie współczuje, nie daje się ranić psychicznie. Czy jednak możliwe jest oddzielenie tych dwóch ról? Czy psycholog policyjny umie być li tylko Bogartem? Patrzeć i działać, a nie analizować czy być empatycznym?

Trzeba przyznać, że to rozdarcie głównego bohatera w powieści – poza oczywiście interesującą intrygą – jest jedną z jej najciekawszych cech. Autorzy doskonale opisali postać, która pozostaje na granicy wypalenia zawodowego, zawieszona między swoją chęcią kontynuowania śledztwa a niechęcią do wikłania się w ludzkie sprawy, między byciem obserwatorem życia a jego uczestnikiem. Czacki będzie dalej prowadził dochodzenie, a „Rachunek za emocje, za życie” – cóż – „Zawsze przychodzi” (s. 26).

Bibliotekarka