R. Ćwirlej, Ręczna robota, Warszawa: WAB 2010, 398 s. (mroczna seria)
Ryszard Ćwirlej jest jednym z nielicznych autorów kryminałów w Polsce, którzy sięga do epoki PRL-u, by w niej umieszczać akcję swoich powieści. Jednym z nielicznych też, który robi to tak dobrze. Wszystkich ważnych bohaterów Ręcznej roboty znamy już z poprzednich książek tego autora. Powraca więc Teofil Olkiewicz, powracają też inni, nieco zmienieni przez czas, w nieco innych sytuacjach rodzinnych czy życiowych, ale jednak ci sami, doskonale znani nam bohaterowie, których swojskość wynika też z tego, w jakich czasach żyli.
8 marca 1986 roku sprzątaczka pociągu relacji Berlin – Poznań znajduje w toalecie zmasakrowane zwłoki mężczyzny. Przybyłych na miejsce odkrycia ofiary milicjantów zaskakuje to, że mężczyzna ma obciętą dłoń. Kto mógł dokonać takiego zabójstwa? Czy ma ono coś wspólnego z faktem, że dokonano go w pociągu i to na takiej trasie? Czy to egzekucja? A może ostrzeżenie? I co wspólnego z tym aktem będą miały kolejne szybko po sobie następujące wydarzenia?
Chcąc, nie chcąc, Teofil Olkiewicz musi podjąć się śledztwa, ba, to śledztwo samo pcha mu się w ręce, każąc dokonać natychmiastowych zatrzymań w myśl odgórnych dyrektyw: „Dla pułkownika najbardziej liczył się natychmiastowy efekt. Nieważne, rzetelnie wypracowany czy nadymany. Jak go nie było od razu, to trzeba było go wymyślić. A tu proszę, jest, i to jaki. Tym razem efekt był rewelacyjny. Co najważniejsze, zespół zyskiwał czas na wgryzienie się w sprawę. Bo teraz nikt z Komitetu Wojewódzkiego PZPR nie będzie się czepiał, że śledztwo się ciągnie i nie ma żadnego wyniku. Proszę bardzo, towarzysze, będzie mógł powiedzieć im Żyto. Nasi śledczy to profesjonaliści, sprawę można było zamknąć zaraz po zabójstwie. Nie obyło się co prawda bez ofiar z naszej strony, ale walka z przestępczością to przecież nie bułka z masłem. Gdzie drzewa się rąbie, tam spadają szyszki i gałęzie nawet” (s. 195). No i te „szyszki” spadają, zwłaszcza w momencie, kiedy okaże się, że cała teoria Olkiewicza bierze w łeb, a jemu jednak najlepiej wychodzi to, co lubi, czyli spożywanie napojów wysoko procentowych o każdej porze dnia i nocy.
Twardy jak ruski czołg profesjonalista Olkiewicz nie poddaje się tak łatwo, wyrusza więc na polecenie zwierzchnika do Katowic, by tam szukać zagubionych wątków śledztwa. I szuka… po wszystkich możliwych knajpach i melinach miasta. Odziany w swój „amerykański” płaszcz, działa z pełną parą, stosując swoje, oczywiście lepsze niż amerykańskie, metody śledcze. Olkiewicz „nabrał pewności co do pochodzenia swojego płaszcza, gdy w telewizji puszczali film o poruczniku Columbo z tym zezowatym aktorem. Film był taki sobie, trochę głupi, uważał Teofil, bo śledztwa prowadzone przez tego gliniarza były zupełnie nieżyciowe. Wyjaśnił żonie zachwyconej filmem, że żaden normalny glina nie traciłby czasu na nachodzenie jakiegoś podejrzanego i wpuszczanie go w maliny albo rozwiązywanie jakichś zagadek. W każdym normalnym kraju, mówił, podejrzanego pakuje się na czterdzieści osiem godzin. Jak trzeba, to się mu na początek spuszcza manto, żeby przemyślał sprawę, a jak nie przemyśli i nie zmięknie od razu, to mu się załatwia areszt trzymiesięczny, który później można przedłużać jeszcze ho, ho, albo i dłużej” (s. 187).
Powieść Ćwirleja, napisana świetnie i z wyczuciem historyczno-kulturowym, przynosi wiedzę o wielu takich „metodach” śledczych, natychmiastowych efektach i innych świetnych zarządzeniach władz, które coraz bardziej tworzą z Polski krainę absurdu, ucząc wszystkich niemyślenia i kombinowania w pogoni za niedostępnymi dobrami materialnymi. A wszystko to w oparach wszechobecnej wódki, smażonej kapusty i uspołecznionej gastronomii. Jak więc widać, w dzień kobiet w takim kraju „nie da się tylko hełmu przewinąć na drugą stronę” (s. 143), a cała reszta jest możliwa.
Bibliotekarka
Książki Ryszarda Ćwirlejka na ZwB
To książka, która wciąga - Ryszard Ćwirlej o swej nowej powieści
Wszystko przez tę ciekawość - wywiad z Ryszardem Ćwirlejem