Przyjemny kryminał dla wielbicieli nieco zakurzonych historii

29.04.2010

L. R. King, List Marii, przeł. T. Bieroń, Poznań: Zysk i S-ka 2010, 288 s. (Klub Srebrnego Klucza)

Laurie R. King postanowiła zmierzyć się z wyjątkowo trudnym zadaniem. Ożywiła postać Sherlocka Holmesa, dobrała mu współpracowniczkę i (tak, tak!) małżonkę, i rzuciła go w wir przygód, w których po raz kolejny będzie mógł wykorzystać nieprzeciętne zdolności swojego intelektu. List Marii jest trzecią książką z serii zagadek kryminalnych rozwiązywanych przez małżeństwo Holmesów. W kolejce do polskiego wydania ustawiają się następne, a u mnie rośnie ciekawość – czy Sherlock jest taki jak przedtem? Czy inny autor może sprawić, że legenda o słynnym detektywie z Baker Street będzie ciągle czytelniczą przyjemnością?

"Zobowiązania wobec umarłych ciążą nawet bardziej niż powinności wobec żywych..." (s. 268). To właśnie z tego powodu para detektywów Russell – Holmes postanawia rozwikłać zagadkę morderstwa ich dawnej przyjaciółki, Dorothy Ruskin. Parę godzin przed swoją śmiercią kobieta odwiedza ich mieszkanie i zostawia im pod opieką pewien niezwykły przedmiot przywieziony z Ziemi Świętej – papirus, którego autorką jest prawdopodobnie Maria Magdalena. Jeszcze tego samego wieczoru Dorothy ginie w wypadku samochodowym. Kiedy detektywi odkrywają, że tragedia była w rzeczywistości zaplanowanym z zimną krwią morderstwem, postanawiają zrobić, co tylko w ich mocy, aby odkryć sprawcę...

Zdarzenia w Liście Marii opisane są przez Mary Russell, młodą żonę Sherlocka Holmesa, zajmującą się przede wszystkim pracą akademicką związaną z kulturami starożytnymi. Mary jest ciekawą świata, odważną kobietą, która nie stroni od podejmowania nowych wyzwań. Swoistego rodzaju wyzwaniem było z pewnością poślubienie o wiele od niej starszego Sherlocka Holmesa, którego charakter nigdy nie należał przecież do łatwych. Jednak duet ten doskonale się rozumie, uzupełnia i świetnie potrafi ze sobą współpracować. Podoba mi się postać Mary, od samego początku z łatwością można ją polubić, a później nawet podziwiać – za nieustępliwość, talenty aktorskie i umiejętność radzenia sobie w każdej trudnej sytuacji. Mary nie jest jedynie dodatkiem dla słynnego detektywa – jest poszukiwaczką przygód w równym stopniu co Holmes i całkiem nieźle odnajduje się w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. Najlepszą rekomendacją dla bohaterki jest fakt, że Sherlock traktuje ją po partnersku – warto zwrócić uwagę, że zwraca się do niej nie „Mary”, lecz „Russell”!

A Sherlock? „Nagle przyszło mi do głowy, że Sherlock Holmes się nudzi” (s. 15). Wystarczy jednak jedna chwila, jedno drobne słowo, przypadkowe spostrzeżenie, a – jak dawniej – coś w detektywie natychmiast się zmienia. Mimo że nie jest już najmłodszy, równie chętnie podejmuje wyzwania. Przyznam, że bałam się jak potencjał słynnego detektywa zostanie wykorzystany przez innego autora niż Doyle. King poradziła sobie jednak z tym problemem dobrze, a nawet bardzo dobrze. Różnica pomiędzy tymi dwoma autorami w kreowaniu postaci Holmesa jest – moim zdaniem – niewyczuwalna, i każdy, komu obcowanie z Sherlockiem i jego charakterystycznymi metodami sprawiało przyjemność w książkach Doyle'a, z równą sympatią powinien zaczytywać się w powieściach King.

To nie wątek religijny, jak mogłoby się wydawać, jest wiodący w Liście Marii. Jest on jedynie dodatkiem do historii kryminalnej, bardzo stylowej i utrzymanej w konwencji lat dwudziestych – automobile, technika zbierania odcisków palców popularna dopiero od niedawna, wciąż duży nacisk na dedukcję i kojarzenie faktów oraz kamuflaż dobrany ściśle do określonej sytuacji. I jak na „starodawny” kryminał przystało, po kartkach rozbiega się spora grupa podejrzanych, za którymi podąża policja, para Russell – Holmes i... Mycroft Holmes, brat Sherlocka. Wszystko to sprawia, że jako miłośniczka detektywistycznych historii z dawnych lat z przyjemnością przeniosłam się do tego świata.

Tworzenie książek z narracją pierwszoosobową pociąga za sobą pewien problem – bohaterka nie może być jednocześnie we wszystkich miejscach istotnych dla śledztwa i zdarza się, że pewne wydarzenia – choć istotne – muszą toczyć się bez jej udziału. Z tego powodu odczułam lekki niedosyt po zakończeniu przygody z lekturą. Rozumiem jednak, ze pisanie powieści w takim stylu musi pociągać za sobą pewne ograniczenia. Niedogodności te rekompensuje mi za to sama postać Mary Russell, która od pierwszych stron powieści zdobywa moją uwagę i z uśmiechem na ustach przyglądam się jej wprawianiu w rolę detektywa oraz specyficznym relacjom, jakie łączą ją z mężem. Oj, Mary, czuję, że jeszcze nieźle namieszasz i z wdziękiem pokrzyżujesz szyki wielu przestępcom – i bardzo dobrze!

List Marii jest bardzo przyjemnym kryminałem dla wielbicieli nieco zakurzonych historii, gdy technika stała jeszcze za plecami zdolności dedukcyjnych i inteligentnej interpretacji faktów. Przyjemność w lekturze znajdą również ci, którzy darzą uczuciem specyficzny klimat lat dwudziestych ubiegłego wieku, czasu oddanych służących, sprawnych sekretarek i niewielkich knajpek z wyjątkowo rozplotkowanym personelem. A przede wszystkim powinna spodobać się tym, którzy tęsknili za Sherlockiem Holmesem i raz jeszcze chcieliby spędzić czas na studiowaniu jego przygód. Ja, jako przedstawicielka wszystkich tych trzech grup, czuję się wręcz zobowiązana do dalszego poznawania przygód małżeństwa Holmesów.

Marzena Gawlak

 

Laurie R. King o pannie Russell i Sherlocku Holmesie