A. Indridason, Grobowa cisza, przeł. J. Godek, Warszawa: WAB 2010, 324 s. (mroczna seria)
Morderstwo to morderstwo. Nieważne, ile minęło lat. Nieważne, czy większość ludzi o nim zapomniała, czy się przedawniło, czy wymazano je ze świadomości ludzi w nie zamieszanych, świadków. Morderstwo pozostanie morderstwem. Faktem domagającym się wyjaśnienia.
Kolejna książka islandzkiego pisarza Arnaldura Indridasona, wydana oryginalnie w roku 2001 Grobowa cisza, nie jest klasycznym kryminałem. Bardziej przypomina powieść psychologiczną z wyraźnym wątkiem kryminalnym. Jest to bowiem historia poszukiwania prawdy o zbrodni sprzed lat. Próba wyjaśnienia tego, co się stało dawno temu, podejmowana ze świadomością, że sprawcy mogą już nie żyć lub być w mocno podeszłym wieku. Nie chodzi tu zatem o prostą sprawiedliwość wymierzaną przez sąd, a o sprawiedliwość wobec ofiary, o wyjaśnienie tego, co się stało i dlaczego. Wyjaśnienie w takim stopniu, w jakim jest to po latach możliwe.
Toti, kilkuletni ruchliwy chłopak, znajduje w wykopach rozbudowującego się osiedla ciekawy kamień. Zabiera go do domu. Młodsza siostra Totiego odkrywa to coś i jak to dziecko, z radością i ciekawością bawi się znaleziskiem. Wkłada do ust i z zadowoleniem ssie. Dziecko nie ma świadomości, że jest to ludzka kość. Kość ta prowadzi do makabrycznego znaleziska na terenie budowy: zasypanego ziemią ludzkiego szkieletu. Czy są to szczątki nowe, czy też sprzed lat? Jeśli bardzo stare, to z jakiego okresu?
Początkowo zgłoszeniem zajmuje się Elinborg. Dojrzała kobieta pod pięćdziesiątkę, wciąż wychowująca trójkę dzieci. Jedna z nielicznych kobiet w wydziale śledczym miejscowej policji. Współpracownica Sigiredura Olina i Erlendura Sveinssona. W końcu Erlendur bierze sprawę w swoje ręce i podejmuje żmudne, drobiazgowe śledztwo.
Nie ma tu dynamicznej akcji, znaczenia nie ma czas, którego wiecznie brakuje przy rozwiązywaniu aktualnych spraw. Tu, jak szybko się okazuje, trzeba się zagłębić w nie taką znowu bliską przeszłość, kilkadziesiąt lat wstecz. W sterty starych dokumentów i zakurzonych akt, w nietrwałą ludzką pamięć. Symbolem tych trudności jest nawet sposób wydobycia ciała z ziemi. Zadanie to zostaje zlecone grupie pewnych siebie, trochę aroganckich archeologów, którzy biorą się do pracy z charakterystycznym dla nich spokojem i dystansem do upływającego czasu. Dla nich mijające dni to drobiazg w perspektywie minionych już tysięcy lat cywilizacji.
Poznajemy historię pewnej skrajnie patologicznej rodziny, która jest nią w zasadzie tylko na urzędowym papierze. Bo związek, w którym nie ma uczucia, w którym dominuje pogarda, przemoc i nienawiść do wszystkich, trudno tak naprawdę nazwać rodziną. Przeszłość poznajemy na przemian z postępem prac prowadzonych w teraźniejszości. Śledzimy powolną, drobiazgową, żmudną pracę policjantów. Poszczególne elementy coraz lepiej do siebie pasują, choć my, czytelnicy, i tak zawsze wyprzedzamy policję o krok.
Jest w tej powieści wiele z klimatu mrocznych skandynawskich kryminałów. Jest ukazywanie życia jako zaklętego ciągu błędów, porażek, złych decyzji, nieszczęść. Jest swoista, może nieświadoma, fascynacja złem, która wyraża się m.in. w naturalistycznych opisach przemocy fizycznej i werbalnej. W obrazach nieudanych związków, zbrodni, nałogów, upadku człowieka. W uwypuklaniu niemożliwości porozumienia się większości ludzi ze sobą. Zło jest tu lepiej widoczne, wyrazistsze, bardziej fascynujące niż nadzieja, dobro, pozytywne aspekty życia. Poświęca się mu wiele słów i czasu. Autor idzie drogą wytyczoną dziś przez poszukujące sensacji i większej oglądalności media: coraz mniej wrażliwi, uodpornieni na mocne obrazy widzowie i czytelnicy potrzebują coraz silniejszych bodźców. Tam, gdzie kiedyś wystarczyłaby umiejętna wzmianka, niezbyt dosadny skrót myślowy, teraz wszystko jest pokazywane wprost, opisywane z drastycznymi szczegółami, bez okazywania szacunku i empatii. Inaczej wielu nie odczuje okropności tego, co widzą lub o czym czytają.
Powieść jest ciekawie napisana, nietrywialna. Pokazuje, jak obojętność, życie we własnym świecie jest zarazem wygodne, i jednocześnie zabójcze dla nas samych. Tekst Indriðasona jest wyrazem niezgody na zło, które nas otacza, ale pozostając tylko na poziomie diagnozy, nie daje żadnej recepty, jak je skutecznie zwalczać. Jest formą ukazywania patologii wprost, bardzo emocjonalnie i bez znieczulenia. Paradoksalnie jednak taka dawka opisów wyrafinowanej przemocy sama może działać na nas znieczulająco.
Często kryminały to rozrywka. Trudno tak powiedzieć o tej książce. Tu nie ma lekkiego tematu i zabawnych scen. Tu klimat jest mroczny jak nazwa serii, w której została wydana ta powieść. Na koniec jeszcze ważne i trafne zdanie, którym rozpocząłem omawianie Grobowej ciszy: „Morderstwo to morderstwo [...]. Nieważne, ile minęło lat. Jeśli mamy do czynienia z morderstwem, musimy ustalić, co się stało, kto został zamordowany i dlaczego, i wyjaśnić, kim był morderca”.
Damian Kopeć
Książki Arnaldura Indridasona na ZwB
Jestem człowiekiem Północy - wywiad z tłumaczem Jackiem Godkiem