Z. Wojtyś, Pierścień Bolesława, Poznań: Zysk i S-ka 2010, 560 s.
Nowa książka Zbigniewa Wojtysia Pierścień Bolesława lekko zasmuci jego starych fanów, ale niewątpliwie przysporzy mu nowych, oczekujących od książki interesującej intrygi i historycznej zagadki bez znanego nam z Filatelisty pogłębionego sztafażu semiologicznego. Wojtyś napisał znów książkę dobrą, a fakt, że z jednakową łatwością podchodzi do różnych odmian powieści, świadczy o jego dojrzałym warsztacie pisarskim.
Alexander Casey, postać pojawiająca się w obu powieściach, tym razem ma do czynienia z zagadką pierścienia Bolesława. Ale od początku… Po przejściach i rozłące z Moniką Olek długo nie może się otrząsnąć. Męczą go koszmary, nie bardzo jest w stanie normalnie żyć w swoim mieszkaniu, w którym wszystko przypomina mu o wydarzeniach z przeszłości. Terapeutycznie pisze o tym na swoim blogu. Pewnego dnia dosyć niepasująca do siebie para, Stanisław Adamski i jego żona Ewa, proponuje mu zamianę mieszkań: jego małe i zapuszczone na dużo większe i w innym miejscu. Olek, nie wnikając specjalnie w fakt, że propozycja jest kuriozalna, godzi się na tę zamianę. Ma ona jednak pewien haczyk – Adamski prosi o nieużywanie przez jakiś czas jednego z trzech pokoi, gdyż chciałby uporządkować w nim papiery ojca i jego książki. Alexander oczywiście i na to się godzi i tak niespodziewanie dla siebie samego przenosi się do komfortowego i obszernego mieszkania. I teraz dopiero zaczynają się jego prawdziwe kłopoty.
Jak już wspomniałam, Adamscy są dziwni, ale to dopiero pierwsze z szeregu zaskakujących postaci, które niby przypadkiem pojawią się w otoczeniu Olka. Przede wszystkim spotyka on małą zabiedzoną dziewczynkę, którą karmi i odziewa. Mała, niezwykle sympatyczna i rezolutna młoda osóbka, poznaje go ze swoimi dziadkami (niestety, inni członkowie rodziny nie nadają się do przedstawienia fajnemu wujkowi). Ci zaś w podzięce za opiekę nad wnuczką dają mu pierścień zapomnianego władcy Polski Bolesława i księgę, która naprowadza go na trop zagadki. Potem Olek poznaje też inne postacie: syna nazisty, który nie był nazistą, dobrodusznego obywatela rosyjskiego, który wyemigrował jakiś czas temu, i wiele innych osób z powikłanymi życiorysami. Wszystkich łączy jedno – dom, w którym akurat zamieszkał Olek. A kiedy pojawiają się pierwsze zwłoki, wszystko nabiera tempa. Olek widzi coraz wyraźniej, że jego mieszkanie skrywa jakąś tajemnicę i to ona powoduje, że ludzie są gotowi zabijać. Jego życiu również zagraża niebezpieczeństwo. Kto na niego czyha? Czego dotyczy tajemnica? Jak dojść prawdy w gąszczu mylnych tropów i coraz to nowych zagadek?
Trzeba przyznać, że główny bohater ma z tym spory problem. Po pierwsze, choć bardzo inteligentny, oczytany i posiadający pewien dar (jaki, można się dowiedzieć, czytając poprzednią książkę), jest w swoich kontaktach z ludźmi baaaardzo naiwny. Czytelnika – potrafiącego dzięki autorowi dostrzec więcej – to denerwuje. Niby wiemy, że Olek po przejściach, no i właściwie alkoholik, ale jednak… To bardzo sprytny zabieg Wojtysia: przyciąga czytelnika i skupia jego uwagę, każąc mu irytować się z powodu błądzenia jak we mgle głównego bohatera. W sumie jednak to nie czytelnik, ale Olek pierwszy dojdzie prawdy, a ta jest zaskakująca, jak na powieść z elementami kryminału przystało.
Jak zwykle Zbigniewa Wojtysia w dużej mierze interesuje historia i jej możliwe wersje. Jak powiada mała Agnieszka, trzeba się jej uczyć z wielu źródeł i konfrontować poznane „fakty”. I w sumie o tym głównie traktuje książka poznańskiego autora: o niejednoznaczności historii, o jej możliwym skomplikowaniu, o tym, że jej bohaterowie mogą nie być takimi osobami, jakie poznajemy z subiektywnych przekazów, i że historią tak naprawdę żądzą zupełnie przyziemne interesy jej uczestników. „Jakież to zdumiewające, przyszło mi nieoczekiwanie do głowy – mówi bohater – że jeszcze teraz, na początku trzeciego tysiąclecia, ludzie wciąż gotowi są do najstraszliwszych zbrodni w imię jakichś zapisanych tekstów, ciągów słów czy symboli. Że potęga języka jest wciąż niezachwiana, mimo tych wszystkich Foucaultów, Derridów…” (s. 453). Cóż, to faktycznie zdumiewające, ale wciąż prawdziwe.
Bibliotekarka