Ł. Orbitowski, Święty Wrocław, Kraków: Wydawnictwo Literackie 2009, 295 s.
Trudno nie przeczytać książki, jeśli jest się pierwowzorem jednej z przewijających się przez jej stronice postaci. Fakt faktem, że trzecioplanowej, no i uśmierconej dość szybko, ale nie bądźmy małostkowi. Nie piszę tej recenzji w ramach zemsty zza grobu.
Przejdźmy jednak do tematu. Czyli do Świętego Wrocławia. Od pierwszych stron tej powieści Łukasz Orbitowski czaruje umiejętnym łączeniem nieskomplikowanego języka z wciągającą rozmachem wizją świata. Przy czym autor Nadchodzi w przemyślany sposób prowadzi czytelnika od szczegółu do ogółu – tworząc mozaikę barwnych, a zarazem wyjątkowo kompletnych bohaterów, konfrontuje ich z tworem umownie nazywanym Świętym Wrocławiem. W miarę upływu czasu plejada zaludniających książkę postaci staje się coraz liczniejsza, jednak w ich mrowiu nie spotkamy ani jednej dwuwymiarowej – wszystkie są ludzkie, czasem sympatyczne, kiedy indziej wredne, w swej wredności wręcz zachodzące nam za skórę.
Z powodzi tropów (nie jest to bynajmniej przypadkowe określenie, ponieważ we Wrocławiu Orbitowskiego permanentnie pada deszcz) i wątków stopniowo wyłania się panorama końca wszechrzeczy, w myśl zasady pars pro toto umiejscowiona nawet nie tyle w stolicy Dolnego Śląska, co w jednym z osiedli dzielnicy Różanka.
Co ważne, rozwiązanie mrocznej tajemnicy wcale nie okazuje się tak proste, jak mogłoby się wydawać, jak momentami sugeruje sam autor. Quasi-szkatułkowa budowa powieści, w której bynajmniej nie wszechwiedzący narrator przygląda się wydarzeniom z perspektywy bliżej niesprecyzowanej przyszłości, sprawia że po przeczytaniu ostatnich stron Świętego Wrocławia przecieramy oczy ze zdumienia. Czyżbyśmy znów dali się nabić w butelkę?
Najwyraźniej tak.
Jak wiadomo Łukasz Orbitowski jest twórcą wielu książek. Ich wymienianie nie ma sensu, szczególnie że fani grozy potrafią wyliczyć je bez zająknięcia. Zwykle recenzenci bawią się w porównywanie różnych pozycji tego samego autora i pewnie tym razem również można by się doszukiwać pewnych podobieństw z Tracę ciepło czy Horror Show. Są to jednak podobieństwa, które nie rażą, mało tego – świadczą o ciągłym rozwoju Orbitowskiego jako świadomego pisarza.
Wielokrotnie artykułowane (także publicznie) dążenie do tego, by jego każdy kolejny utwór był lepszy od poprzedniego, nie jest pustą deklaracją; naprawdę widać, że Łukasz traktuje swoich czytelników poważnie. Nic więc dziwnego, że Święty Wrocław został nominowany do nagrody literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Pozostaje trzymać kciuki. Ja w każdym razie trzymam.