S. Sigler, Infekcja, przeł. Ł. Dunajski, Słupsk: Papierowy Księżyc 2010, 410 s.
Gdyby ktoś polecał mi Infekcję jako udany konglomerat science fiction, thrillera i horroru, podszedłbym do tych zapewnień co najmniej sceptycznie. Owszem, taki gatunkowy misz masz sprawdza się niekiedy w filmie (vide doskonała seria Alien), ale na gruncie literackim brzmi dość karkołomnie. No i wymaga sporej odwagi. Odwagi, której Siglerowi nie zabrakło.
W umieszczonych na końcu książki podziękowaniach autor zgrabnie określił proces powstawania Infekcji” mianem "podążania za obsesją". Prawdopodobnie właśnie dzięki temu jego dzieło w pełni zasługuje na to określenie.
Szacunek budzi zarówno dbałość o szczegóły biologiczno-medyczne, bez których powieść można by schować między okrutne, ale jednak bajeczki, rozmach wizji i rozsądne dawkowanie poszczególnych elementów świata przedstawionego, a przede wszystkim wykreowanie pełnokrwistych postaci (w przypadku głównego bohatera powieści – Perry’ego Dawseya przymiotnik ten nabiera nieomal dosłownego wymiaru).
Kluczową kwestią dla zrozumienia Infekcji wydaje się właśnie konstrukcja psychiczna Dawseya; byłego sportowca, twardziela, którego charakter został ukształtowany przez niestroniącego od przemocy ojca. Takie a nie inne wychowanie uczyniło z niego człowieka pokiereszowanego psychicznie, a równocześnie niezwykle odpornego na stres… Choć sam Scott Sigler o swych rodzicach wypowiada się w samych superlatywach, momentami nie sposób oprzeć się wrażeniu, że część z traumatycznych młodzieńczych przeżyć Perry’ego jest tak naprawdę podkolorowanymi i wzmocnionymi przeżyciami autora, który przemycił je na karty książki w ramach swoistego katharsis.
No, ale wystarczy tego gdybania.
Tym, co wyróżnia Infekcję już na pierwszy rzut oka, jest strona graficzna powieści, wplecenie w zwykły tekst zarówno wyróżnionych dziwaczną, pogrubioną czcionką kwestii wypowiadanych przez tych złych (z racji wyglądu nazywanych Trójkątami), jak i kilku rysunków, których wykonanie, przyznajmy, nie wymagało szczególnych zdolności plastycznych. Uprzedzając ewentualne zarzuty, że autor w ten sposób poszedł na łatwiznę, muszę zaznaczyć, że wyżej opisane zabiegi są w pełni uzasadnione, mało tego – stanowią o specyficznym, wciągającym klimacie książki i stanowią źródło wysokiej próby czarnego humoru – niezbędnego antidotum dla wyjątkowo brutalnych, ocierających się o makabrę scen.
Jeśli miałbym już do czegoś się przyczepić, byłaby to jedna rzecz: pobrzmiewające na kartach książki przekonanie autora, że Ameryka jest pępkiem świata. Na szczęście takich wstawek nie jest wiele, więc nie wpływają na odbiór całości.
Tą Infekcją warto się zarazić!
Kazimierz Kyrcz Jr