K. T. Lewandowski, Bogini z labradoru, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie 2007, s. 264.
Druga z kryminalnych powieści Konrada Lewandowskiego nie rozczarowuje. Po raz kolejny stykamy się z komisarzem Jerzym Drwęckim, tym razem świeżo upieczonym małżonkiem, wracającym do pracy po spędzonym we Włoszech miesiącu miodowym. Powrót do ponurej rzeczywistości jest błyskawiczny, bo już na dworcu czeka na niego zaniepokojony pułkownik Wieniawa-Długoszewski, by wprowadzić go w tajniki nowej sprawy wagi państwowej. Chodzi o zamach na samego Komendanta, czyli marszałka Piłsudskiego.
W sprawę zamieszane są panie z towarzystwa, małżonki ważnych osobistości, same też znane działaczki. Poważnie to komplikuje sytuację, trudno bowiem działać oficjalnie, nie naruszając ich dobrego imienia, i jednocześnie uniknąć ich daleko sięgających wpływów. Dodatkowo sam Komendant nie potraktował doniesień poważnie i wyśmiał podejrzenie o zamach. Na scenę musi więc wkroczyć komisarz Drwęcki, by wykorzystać wszystkie swoje znajomości i koneksje. Okazuje się, że na czele spisku stoi jego dawna znajoma, towarzysz broni – Pyziabułcia, czyli dyrektorowa Zasławska, żona szefa departamentu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w randze wiceministra i matka pięciorga dzieci.
Nie ją jedną poznajemy z dawnych żołnierskich znajomości Przysziwanego, bo taki pseudonim nosił Drwęcki w czasie walk o Lwów w 1918 roku. Pojawia się bowiem prawdziwy lwowski batiar – Adam Platon Płachetko, czyli Gryfek. Człowiek dusza, choć z kryminalną przeszłością, ciepło przyjęty przez młode małżeństwo Drwęckich, a zwłaszcza ich nową pomoc domową Karolcię. Podobnie jak we wcześniejszej powieści, wprowadził Lewandowski postaci posługujące się gwarą, w tym wypadku bałakiem. Daje to książce prawdziwie sympatyczny koloryt i przyciąga czytelników:
Senzacja! Bo kino gra!
Uha i tłum si pcha!
I pachają się wariaty
Chcą widzieć te dramaty (s. 23).
Dramatów rzeczywiście nie brakuje. Nowo powstała sekta okultystyczna Astral Narodu, o ambicjach patriotycznych, pragnie mieć swój udział w rządzeniu krajem. Z tego powodu chce wpłynąć na Piłsudskiego podstępem, za pomocą... sztuki napisanej przez niejakiego Gombrowicza, młodego prawnika i dramatopisarza, o którym dyrektorowa Zasławska mówi „taki młody i taki gniewniutki”. Ochrona marszałka nie wie dokładnie, na czym ma polegać proces oddziaływania na Komendanta, ale podejrzewa najgorsze. W tym samym czasie w warszawskich salonach pojawia się postać detektywa Pultneya, a przez ulice przebiega plotka o nowym Kubie Rozpruwaczu.
Dziwnie zaczyna się też zachowywać żona komisarza Drwęckiego, która coraz bardziej zaprzyjaźnia się z Pyziabułcią. Nauki koła dyrektorowej Zasławskiej wpływają co prawda niezwykle dobrze na pożycie intymne Drwęckich (ta joga...), stają się jednak coraz bardziej podejrzane. Na szczęście kres temu kładzie znana z wcześniejszej powieści para – pani Irena i pan Hiacyntus, przywracając porządne obyczaje w domu młodych.
Bogini z labradoru jest ciekawie napisaną wielowątkową powieścią. Bohater Lewandowskiego się rozwija, dowiadujemy się o nim coraz więcej i zaczyna mieć już swoją historię. Podobnie jak w pierwszym kryminale mamy do czynienia z ciepłą, bezpieczną atmosferą swojskości, pewnej żołnierskiej przaśności może, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Świat Drwęckiego jest mimo wszystko bezpieczny. Ciekawą rolę znów odgrywają postacie z Ziemiańskiej, grono właściwie tłumaczy i pośredników między różnymi środowiskami. I tu jednak nie brakuje intryg. Jak się okazuje, to Witkacy wrobił Gombrowicza w niebezpieczną misję pisania sztuki dla spirytystów. Nie było to w smak autorowi Ferdydurke:
„Regularnie przysyłają mi ich pensjonarskie wypociny. Mam je umieszczać w centralnych kwestiach mojej sztuki. [...] Same klisze, formy, maski. Co wers, to konwenans. [...] Proszę – zwraca się Gombrowicz do Drwęckiego – niech mnie pan zaaresztuje i zabroni pisać tę szmirę! Mam kogoś zabić? Czy raczej emigrować? Jasnowidzem nie jestem, ale widzę jasno, jaka to będzie kompromitacja! Całe szczęście, że z pisania żyć nie zamierzam.” (s. 76-77).
Jak sądzę autor nie bez kozery przywołuje w powieści zmagającego się z opinią publiczną autora, pokazując, że nie da się prawdziwej sztuki traktować usługowo. Niejednokrotnie sam podkreśla to w swoich wypowiedziach. Na całe szczęście dla powieściowej intrygi Gombrowicz umiał się oprzeć okultystycznym manipulacjom i nie zaprzestał pisania. Na całe szczęście w rzeczywistości też nie.
To dobrze, że autor Bogini z labradoru stara się w każdej powieści przemycić swoje przemyślenia daleko wybiegające poza konstrukcję powieści kryminalnej. Tworzą one naprawdę ciekawy przekaz. Z niecierpliwością będziemy więc czekać na kolejną powieść z cyklu. Ta czemu ni!
Bibliotekarka
Mały żart naukowy - wywiad z K. T. Lewandowskim