Kreacja czy profanacja?

10.08.2010

J. Ketchum, Straceni, przeł. B. Czartoryski, Słupsk: Papierowy Księżyc, 368 s.

Kiedy podczas wrocławskich Dni Fantastyki spytałem Jacka Ketchuma, jaki jest punkt wyjścia dla jego powieści, czy są to postaci, czy fabuła, odparł bez wahania, że najważniejsi są dla niego bohaterowie, opowiadane historie to sprawa drugorzędna. Przyznam bez bicia, że właśnie takiej odpowiedzi oczekiwałem. Nie dlatego, że powieści Jacka pozbawione są ciekawej i wciągającej akcji, bynajmniej. U Ketchuma jednak – odwrotnie niż u większości autorów – fabuła osadzana jest na barkach wyrazistych charakterów, dzięki czemu pomiędzy okładkami jego książek próżno szukać fałszywych nut czy wywołujących ziewanie mielizn.

Pochylmy się nad najnowszą na naszym rynku pozycją sygnowaną literackim pseudonimem Dallasa Mayra. Straceni, bo o nich tu mowa, zaczynają się bardzo mocną sceną, po której zostajemy przeniesieni o kilka lat do przodu, by poznać dalsze losy ukazanych w prologu antybohaterów. Po dokonaniu bestialskiego mordu Jennifer Fitch, Tim Bess i Ray Pay nadal mieszkają w tym samym, niewielkim amerykańskim miasteczku o nazwie Sparta, zupełnie jakby niewinnie przelana krew przykuła ich do tego miejsca niewidzialnymi kajdanami. Trójka wykolejeńców różnie radzi sobie z życiem; choć nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, widmo nieuchronnej kary ciąży nad nimi. Najbardziej świadoma jego obecności zdaje się Jennifer, która w zaciszu swego umysłu określa samą siebie mianem „przeklętej”. Na nieco infantylnym Timie zbrodnia z przeszłości z pozoru w ogóle nie odcisnęła swego piętna. Do czasu, oczywiście. Główny winowajca natomiast – przebiegły i niezrównoważony Ray Pay – uważa samego siebie za niedotykalnego, za kogoś, komu ujdzie na sucho największe nawet zło.

Czy ma rację?

Na odpowiedź na tak postawione pytanie będziemy musieli czekać aż do samego zakończenia powieści. Zakończenia, po którym poczułem się tak, jak po uderzeniu motkiem w głowę. I to wcale nie gumowym…

Historia Raya Paya, jego drużyny i pozostałych „straconych” przedstawiona jest na tle barwnie ukazanych przemian obyczajowych Ameryki przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Widzimy nie tylko powszechne palenie trawki, Woodstock, ale i zabójstwo Sharon Tate i jej znajomych. Właśnie w tym kontekście niczym bumerang powraca kwestia odpowiedzialności mediów za narastającą spiralę przemocy.

Jack Ketchum nie szafuje prawdami objawionymi. Jednak z mozaiki, jaką ułożył na kartach Straconych wyłania się przerażająca prawda – to właśnie media kreują nowych seryjnych zabójców, zwyrodnialców i bestie w ludzkiej skórze. W jaki sposób? To proste: notoryczne upublicznianie, czy raczej reklamowanie poczynań najróżniejszej maści psychopatów niejako automatycznie zwiększa liczbę naśladowców.

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej – powiedział kiedyś Wincenty Witos. Zły nius to dobry nius – twierdzą dziennikarze. Czy naprawdę tak musi być?

Kazimierz Kyrcz Jr

 

Było warto - Cichowlas i Kyrcz o kryminale i grozie na Dniach Fantastyki