S. Thayer, Pogodynek, przeł. R. Madejski, Zakrzewo: Replika 2010, 468 s. (Thriller)
Pogodynek jak na thriller jest książką nietypową. I nie powinno to dziwić. Zarówno recenzenci twórczości Steve’a Thayera, jak i on sam, twierdzą, że jego książki trudno zaklasyfikować. Pisarz ma na swoim koncie siedem powieści i z książki na książkę nie tylko doskonali swój warsztat, ale i rozbudowuje przedstawiany obraz świata i pogłębia go. Efekt tego pisarskiego rozwoju jest bardzo interesujący – mam nadzieję, że po sięgnięciu po Pogodynka, zgodzicie się ze mną.
Jesteśmy w Minnesocie, w pewnej stacji telewizyjnej, której gwiazdą jest Dixon Bell – prezenter pogody... przepraszam – meteorolog o niezwykłym darze odczytywania (nie przewidywania, ale właśnie odczytywania) pogody. Jego dar nie ma bynajmniej nic wspólnego z magią, facet jest po prostu cholernie dobrym pogodynkiem, niestety w realnym świecie nieco zagubionym. W tej samej redakcji pracuje mnóstwo osób: lepszych i gorszych w swoim fachu, większość jednak chce się dostać przed kamerę po trupach kolegów, różnie więc się im wiedzie i różne panują przez to nastroje. W tle zawziętej walki o popularność rozwijają się i gasną uczucia miłości, pożądania i chęci sprawowania władzy nad innymi. Mała redakcja niemałej w sumie telewizji pokazuje jak w przekroju wszystko to, co dzieje się w społeczeństwie. Na te szersze wody też się przenosimy. Walka o władzę polityków, dokonująca się na oczach wszystkich historia, wprowadzanie nowych regulacji prawnych i rozwiązań o wymiarze etycznym (chodzi między innymi o karę śmierci), reminiscencje z przebytych przez bohaterów wojen – wszystkie te elementy tworzą bogatą wielowymiarową fabułę powieści. Jednym słowem, znajdujemy się w samym centrum panoramicznie oddanej historii pewnego momentu w dziejach Minnesoty, który współgra – szaleńczo i nieregularnie – z pogodą w tym miejscu. A pogoda ta – równie szaleńczo, choć niestety regularnie współgra z poczynaniami pewnego seryjnego mordercy, zwanego Kalendarzowym Potworem.
Morderca pierwszy raz uderza w czasie tornada, by potem kontynuować swoją psychopatyczną misję w momencie każdej zmiany pory roku. „Chciałem go nazwać zabójcą czterech pór roku – opowiada Rick, jeden z bohaterów książki – ale to zbyt wiele słów na jedną linijkę wyświetlacza. […] Pierwszą [ofiarę] zabił przed dwudziestym pierwszym, drugą po. Wiosna i lato. Morduje zgodnie z kalendarzem. Swój numer trzeci dopadł jesienią w Hudson. A to jego zimowy popis. Każde morderstwo ma miejsce przed lub w trakcie jakiegoś znaczącego zjawiska atmosferycznego. Nawet to w Hudson” (s. 155). W związku z taką zbieżnością wszyscy zaczęli się zastanawiać, kto może mieć taką wiedzę, by ją przewidywać i wykorzystywać. Oczywiście podejrzenie pada na pogodynka Bella. Ten, aresztowany i przyciśnięty do muru, wciąż twierdzi, że nie jest mordercą. Sprawę próbuje wyjaśnić jego redakcyjny kolega. Dokąd zaprowadzi go śledztwo?
Jak już napisałam, książka ma wymiar panoramiczny. Mamy do czynienia z bardzo bogatym światem – wieloma postaciami, wieloma historiami, wieloma wątkami. Dla mnie niezwykle istotne było to, że każda z głównych postaci jest rozbudowana, kreślona mocnymi wyraźnymi kreskami, żywa, posiadająca przeszłość i skomplikowaną teraźniejszość. Że ludzie ci nie żyją obok siebie niczym samotne wyspy, ale – chcąc, nie chcąc – wpływają na siebie nawzajem, że tworzą wspólne uniwersum, mimo iż często prywatnie nic ich nie łączy. To nam pokazuje, jaką odpowiedzialnością jako ludzie winniśmy się wykazywać. Być może każdy nasz czyn – odrzucona miłość, zapomniane spotkanie, niedopowiedzenie – ma swoje konsekwencje w postaci wpływu na czyjeś życie. Nie mam pojęcia, jak nazwać tę wskazaną przez autora możliwość – fatum, losem czy przypadkiem – ale na pewno daje ona do myślenia.
Trzeba naprawdę doczytać książkę do końca, by zrozumieć, jak doskonale została ona napisana. Nie należy zrażać się jej objętością i spowolnieniem akcji poprzez opisy nawałnic czy innych pogodowych anomalii ani wtręty o historycznych zaszłościach lub etyczne traktaty. Wszystko to ma swój cel i jest bardzo spójne, choć prawie do końca książki tej spójności nie widać. A kiedy zdziwiony czytelnik coraz częściej rozmyśla nad tym, czy autor aby na pewno wie, co robi, wytłumaczenie i poczucie sensu i spójności spada na niego niczym grom z jasnego nieba (oczywiście, metafora nieprzypadkowa ;-) Warto się o tym przekonać.
Bibliotekarka
Steve Thayer, Pogodynek - fragment
Przepisuję do upadłego - wywiad ze Stevem Thayerem