K. T. Lewandowski, Magnetyzer, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie 2007, s. 237.
Warszawa, koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku, a w niej Jerzy Drwęcki, młody komisarz, człowiek „wyznania kryminalnego”. Tak zaczyna się Czytelników spotkanie z nowym na gruncie literatury sensacyjnej, a okrzepłym w bojach fantasy i science fiction, niezwykle interesującym autorem – Konradem T. Lewandowskim. Z wykształcenia chemik, z zamiłowania metafizyk, czego niewątpliwie dowodem jest Magnetyzer.
Z pozoru jest to powieść prosta. W przedwojennej Warszawie grasuje morderca młodych kobiet. Narzędzie zbrodni, jakim się posługuje, jest wyjątkowo zaskakujące. W sprawę są uwikłani członkowie podziemia przestępczego, któremu przewodzi legendarny król Kelceraka Tata Tasiemka, Kościół katolicki oraz bywalcy Ziemiańskiej.
Autora należy szczególnie docenić za umiejętność tworzenia klimatu przedstawianych środowisk. Śpiewaną drakę z Kelceraka, czyli opis realiów dawnej Warszawy, można śmiało porównywać z tekstami Stefana Wiecha Wiecheckiego.
„Rzędy bud i baraków, drewnianych i murowanych, ale wyglądających tak, jakby miały się zawalić od trzaśnięcia drzwiami. [...] Setki straganów i sprzedawców, siedzących, stojących, chodzących i wyskakujących znienacka zza węgła z propozycją kupienia sznurowadeł lub kolumny Zygmunta, bo uważasz pan, stara idzie na wymianę, pewny cynk z magistratu, rewelacyjny kamień na nagrobki! Jak nic rozdrapią! Co, nie wchodzisz pan? I słuszną masz pan rację! Bo co tam kolumna, panie! Taka okazja! Cały pociąg pancerny na złom z demobilu, łapiesz pan?! Okazja nie z tej ziemi! Nie ma co się zastanawiać! Tu, w tym lokalu, pan mecenas zapisy zbiera i na mur-beton poświadcza notarialnie...” (s. 185). Wędrujący uliczkami komisarz Drwęcki zna doskonale wszystkich rzezimieszków i reguły rządzące tym światem.
Podobnie sprawdza się w środowisku literatów i artystów w słynnej restauracji Ziemiańskiej, gdzie w towarzystwie Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego, Antoniego Słonimskiego oraz niezrównanego Franza Fiszera i innych ze swadą dywaguje o metafizyce po tym, jak inteligentnie zmierzył się ze słynnym pytaniem Fiszera: „A pan myślisz, że chaotyczne kombinacje efemerycznych pryncypiów są w stanie zdeterminować neutralną cywitatywę absolutnego relatywizmu immanentno-transcendentnej solipsystycznej jaźni?” (s. 51).
Warszawa Lewandowskiego to tętniące życiem, wielobarwne i fascynujące miasto, gdzie ludzie żyją z fantazją i humorem. Jak to wyraził jeden z bohaterów powieści: „w Warszawie ani nie żyje się, ani nie umiera tak do końca serio” (s. 174). Nie bez powodu więc w kreowaniu obrazu miasta w literaturze kryminalnej porównuje się Lewandowskiego z Markiem Krajewskim czy Leopoldem Tyrmandem. Z tego literackiego starcia autor Magnetyzera wychodzi z honorem. Warszawa odmalowana jego piórem jest zdecydowanie fascynującym miejscem.
I tylko to już by wystarczyło, żeby z zainteresowaniem czytać ten kryminał. Lewandowski jednak nie spoczywa na laurach. Poszerza naszą lekturę o nowy wymiar, tym razem czasowy. Część akcji dzieje się bowiem w 1809 roku, a wprowadza nas weń mentor komisarza Drwęckiego, stary żołnierz pan Hiacyntus. Jego opowieść o dawnych czasach, podporuczniku Fedorczuku oraz jego spotkaniu z Władimirem Iwanowiczem Razguninowem, osobistym carskim magnetyzerem, pozwala na rozwikłanie zagadki we współczesnych realiach. Tajemnicy zdradzać tu nie będziemy, skupimy się więc na sposobie wprowadzenia tego kluczowego wątku do powieści i tym, co z tego wynika. Otóż dzięki takiemu zabiegowi Lewandowski stanął w jednym szeregu z takim znakomitym autorem literatury sensacyjnej, jak Borys Akunin. Sugeruje to po trosze podtytuł książki – "powieść kryminalna retro" – nawiązujący do hasła reklamowego utworów Akunina wydawanych w Polsce, a po trosze sama konstrukcja powieści. Słuszny to trop, bo zarówno kreacja postaci Jerzego Drwęckiego, honorowego, ciepłego i poczciwego smakosza obiadów domowych u pani Ireny na rogu Wielkiej i Śliskiej, ale u którego jednak krew nie woda, jak i wielowymiarowej narracji jest bliska technikom Akunina, zwłaszcza w zakończeniu cyklu o Fandorinie oraz opowieściach o jego potomku, sir Nicholasie. Dynamiczna akcja w równoległym wymiarze czasowym znacząco podsyca wyobraźnię czytelnika, tym bardziej że wprowadza wyraźniejszy wątek romansowo-awanturniczy. Dzięki zgrabnej narracji i utrzymywaniu obu wątków w równowadze otrzymujemy zupełnie satysfakcjonujące rozwiązanie zagadki morderstw.
Jak napisałam wcześniej, powieść to tylko z pozoru prosta. Za wartką akcją skrywa się głębsze przesłanie, do którego dochodzimy, analizując wypowiedzi tytułowego magnetyzera. Dowodzą one sprawczej mocy słowa, potrafiącego zmieniać rdzeń osoby, w stosunku do której zostały wypowiedziane. Słowa, które działają jak wiersze lub barwy, niepostrzeżenie i nieświadomie wpływając na człowieka – jak pisze Lewandowski – z takiej właśnie materii utkanego. Ciekawym tłem dla tego wątku może być powieść Carlosa Somozy Trzynasta dama, warta przeczytania przez każdego miłośnika kryminałów.
Bibliotekarka
Mały żart naukowy - wywiad z K. T. Lewandowskim