Po kłębku danych do Kordonka

27.09.2010

M. Mizuro, R. Ostaszewski, Kogo kocham, kogo lubię, Warszawa: WAB 2010, 320 s.

Kraków i Wrocław to miejsca bardzo sprzyjające tworzeniu kryminałów. Oba miasta mają się czym pochwalić w tym zakresie. Prędzej czy później musiał więc powstać duet krakowsko-wrocławski, duet twórczy i kryminalnie rozczytany. Mam na myśli oczywiście pisarską parę Marta Mizuro & Robert Ostaszewski. Poza zainteresowaniami zawodowymi łączy ich też zamiłowanie do kryminału, zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej. Efektem tego jest powieść Kogo kocham, kogo lubię, wydana w wuabowskiej mrocznej serii.

Najpierw parę słów o fabule. Jesteśmy w Krakowie. Pierwsza ofiara, niejaki wielokilogramowy Płatek, spada z trzeciego piętra i ginie na miejscu. Obok niego policjanci znajdują wyhaftowaną chustkę z napisem „grubas”. Potem ktoś morduje starą nauczycielkę, koszmar z najgorszych snów uczniowskich. Jej morderca pozostawia chustkę z napisem „małpa”. Prowadzący sprawę zespół policjantów, wśród których znajduje się nadkomisarz Jan Gajewski, zaczynają rozumieć, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Tezę tę potwierdza zaproszony do współpracy ekscentryczny profiler Wyrwa-Krzyżański. Ofiar zaczyna przybywać, a cała sprawa coraz bardziej przypomina film Siedem. Policjanci mają wiele wątków do sprawdzenia, tropy nie zawsze wiodą do celu, dziennikarze – zwłaszcza jeden, obrzydliwie nachalny – nie odpuszczają policji, a morderca, ochrzczony sympatycznym mianem Kordonek, hula w najlepsze. O co może mu chodzić? Jakie kierują nim motywy? Czy połączone siły policyjno-profilerskie podołają tej niezwykle mrocznej i tajemniczej sprawie?  

Oczywiście nie wypada mi w tej recenzji odpowiedzieć na te pytania, ale mogę napisać, co w tej książce mnie ujęło i dlaczego warto po nią sięgnąć. Przede wszystkim postacie: co jedna, to lepsza. Komisarz Jan Gajewski, w pracy ostry, w domu dający się ćwiczyć żonie, która za jego „występki” każe go noszeniem krawata w bałwanki (naprawdę nie zazdroszczę). Potem siostry Źrenickie – Beata i Ela. Obie były „Baranicami w każdym calu. Sumienne, uparte, zasadnicze, wszystko lubiły robić same, z wyjątkiem tego, co można robić z siostrą. Względnie z mężem in spe, ale nim Elka nie zamierzała się dzielić. Choć różniły się nieco charakterami, rozumiały się niczym nóż z widelcem, nic więc dziwnego, że obie zdecydowały się na pracę w policji” (s. 34). Także policjant Marek Sroka – niedbały, z niejednym grzechem za uszami, choć sympatyczny – klasyczny przykład policjanta. Dziennikarzyna Michał Głowacki, zwany Zadymą – postępujący zgodnie ze swoim nazwiskiem, czyli jak prawdziwy paparazzi, choć na miarę krakowską. No i wreszcie morderca – uszyty, by trzymać się „kordonkowej” metafory, z wielu filmowych obrazów, nieuchwytny i okrutny.

Fabuła powieści rozkręca się powoli. Najpierw obserwujemy mozolne wysiłki policjantów, którzy nie nadążają za działaniami Kordonka: gubią się, działają trochę na oślep, przyjmują jedna za drugą nierealne hipotezy. A czytelnikowi adrenalina rośnie... W drugiej części książki akcja zdecydowanie nabiera tempa, by zaskoczyć nas całkowicie nieprzewidywalnym rozwiązaniem.

Jednak największą wartością tej powieści – poza dobrze poprowadzoną fabułą, ciekawymi postaciami i oryginalnym zakończeniem – jest jej humor i przebijające się poprzez opisywane zdarzenia nawiązania do literatury kryminalnej, mniej lub bardziej bezpośrednie, oraz cytaty z języka kultury masowej – reklam, potocznych wyrażeń, czytelnych i dobrze rozpoznawalnych przez współczesnego czytelnika polskiego. Ta książka to rzeczywiście dobry test na rozpoznawanie popkulturowych, zwłaszcza kryminalnych, tropów. Nie bez powodu Grajewski lubi mroczne powieści Rankina, nie bez powodu mamy wplecioną rymowankę-wyliczankę, do której odwołanie znajduje się w tytule książki, nie bez powodu też mamy postacie, których nazwiska będą dla nas, czytelników kryminałów, wielce znaczące. Jednym słowem, autorzy mrugają do nas ponad tekstem i pozwalają zobaczyć, na zasadzie jakich skojarzeń mogła powstawać książka. I świetnie się przy tym bawią. Czytelnik – zapewniam – też.

Bibliotekarka

 

Robert Ostaszewski i Marta Mizuro, Kogo kocham, kogo lubię - fragment

Taki kryminał śmieszno-straszny - wywiad z Martą Mizuro i Robertem Ostaszewskim