Nadkomisarz Drwęcki gościnnie w Poznaniu...

28.05.2008

Nadkomisarz Drwęcki gościnnie w Poznaniu...

K. T. Lewandowski, Elektryczne perły, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie 2008, s. 320, cena 24,90 zł.

Jerzy Drwęcki wybierał się na Powszechną Wystawę Krajową w Poznaniu na urlop. Los chciał, że znalazł się na niej szybciej niż zamierzał. Tak to już bywa, kiedy traci się poparcie polityczne i za karę ląduje na wygnaniu... Ale po kolei. Jest rok 1929. Nadkomisarz Drwęcki tak się nudzi w pracy, że postanawia zająć się sprawą, którą prowadzi jego podwładny – Księżyk. Jedzie więc do zajezdni tramwajowej na warszawskiej Pradze, by tam wkroczyć w „zupełnie inny, nieziemski świat”, czyli do hali podstacji z prostownikami, w której znajdują się zwłoki Wacława Czerwonckiego.

„Ze wszystkich stron biło w oczy ostre, białoniebieskie rtęciowe światło. Jego źródłem było kilkanaście wielkich szklanych gąsiorów, każdy z trzema szyjami, do których wnikały kable zwieszające się spod sufitu niczym pęki czarnych lian. [...] Wszystko razem przywoływało na myśl kipiącą sztucznym życiem dżunglę z wizji malarzy futurystów, ale kontemplację artystycznych aspektów najnowocześniejszej techniki uniemożliwiał unoszący się wszędzie, przenikliwy swąd spalonego mięsa. [...] Ze szczeliny w ścianie, oparte na masywnych słupkach porcelanowych izolatorów, wychodziły trzy równoległe szyny, zasilające transformator. Mniej więcej metr nad podłogą tworzyły one coś na kształt kołyski, lub raczej rusztu, na którym dopalały się zniekształcone ludzkie zwłoki. Właściwie był to już tylko powykręcany, rozżarzony szkielet, pokryty gdzieniegdzie fragmentami zwęglonego ciała. Między żebrami strzelały od czasu do czasu drobne błękitne wyładowania i pryskały siwe obłoczki dymu” (s. 7–8). A pod zwłokami leżało coś, czego nikt się nie spodziewał – elektryczna perła, wytopiona z kości zmarłego.

Sprawa nie jest taka prosta, jak początkowo przypuszczał Drwęcki. Z dnia na dzień okazuje się, że dotyczy coraz wyżej postawionych osób, którym pomagają jeszcze wyżej postawione osoby... i tak to Drwęcki trafia na zesłanie do Poznania. Jednak sprawa podąża za nim... razem z całą rodziną (bo ciężarna małżonka nie zamierza przebywać sama w Warszawie) i wszystkimi przyjaciółmi, również ciekawymi wystawy. Wśród nich znajdują się dawni znajomi, wielbiciele i rodzina Stanisława Przybyszewskiego, smutnego szatana, któremu onegdaj nie obca była zabawa z elektrycznymi perłami. Czy Drwęcki ma do czynienia z modernistyczną wendetą? Czy może ktoś próbuje popełnić prawdziwe dzieło sztuki – zbrodnię doskonałą?

Lewandowski po raz kolejny udowodnił, że piórem włada znakomicie. Jego cykl książek o nadkomisarzu Drwęckim wciąga, bo intryga nigdy nie jest prosta i jednoznaczna, momentami rozczula, ukazując swojskie i szczęśliwe pożycie rodziny Drwęckiego, i szczerze rozbawia, jako że wszystkie postacie (a jak pamiętamy i z poprzednich książek tego autora nie brak tu bohaterów historycznych) u Lewandowskiego są charakterne, jędrne i barwne. Znać, że autor świetnie orientuje się w twórczości i działalności opisywanych przez siebie osób, inteligentnie operuje odniesieniami do ich dzieł (przezabawne wszechobecne Słówka Boya-Żeleńskiego, recytowane przez młodą pannicę Jadzię, i mroczne cytata z Przybyszewskiego), wplatając wątki literackie w kryminalną i obyczajową intrygę. W Warszawie czy w Poznaniu – spotkanie z nadkomisarzem Drwęckim zawsze warte jest grzechu. 

Bibliotekarka


Książki Lewandowskiego na ZwB

Mały żart naukowy - wywiad z K. T. Lewandowskim