Perry Mason i... po sprawie

12.06.2008

Perry Mason i... po sprawieE. S. Gardner, Sprawa niebezpiecznej wdówki, przeł. Barbara Cendrowska, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie 2008,  s.  200.

„Aha, wykombinowałeś rewelacyjny plan. Już to widzę – otrzemy się o więzienie stanowe, a jeśli nie, skończymy w charakterze trupów albo skazańców” – tak jednym zdaniem podsumowuje niesamowitą pomysłowość adwokata Perry'ego Masona, głównego bohatera powieści Sprawa niebezpiecznej wdówki, jego przyjaciel i współpracownik, detektyw Paul Drake. A my, czytając tę książkę, nieraz zastanawiamy się, kiedy ta ciekawa przepowiednia się spełni. I tu zaskoczenie – z pewnością nie tym razem!

Akcja powieści rwie do przodu od pierwszych stron jak koń z kopyta. Zostajemy bez żadnego ostrzeżenia wrzuceni w wir wydarzeń. W towarzystwo postaci nieszablonowych, jak chociażby owa tytułowa niebezpieczna wdówka, Matilda Benson. Kobieta z cygarem w ręku, która zawsze walczy do końca jak lew. Wdowa, która nie boi się życia, z każdym rokiem staje się coraz bardziej nieznośna, a wśród wielu krewnych jest uważana za wyrzutka z piekła rodem. Nawet jadający zupę z niejednego talerza Mason zauważa, że ma przed sobą postać nietuzinkową z takimiż poglądami na życie: „Piję, klnę, kopcę cygara i robię, co mi się żywnie podoba. Mam dość codziennego kołowrotu. Wreszcie mogę spełniać swoje zachcianki”.

A jakie są te zachcianki? Ta twarda kobieta bardzo martwi się o swoją niesforną siostrzenicę Sylwię, obdarzoną szczególnym brakiem rozsądku i zwyczajną skłonnością do hazardu. Martwi się i chce jej pomóc. Sylwia grywa w pewnym pływającym kasynie, robi długi, podpisuje kolejne weksle i ich nie spłaca. W grę jednakże wchodzi nie tylko ta nieopanowana namiętność do hazardu, ale losy jej małżeństwa i przyszłość jedynej córki. Niezbyt kochający Sylwię, jeśli tak to można wyrazić, mąż Frank Oxman chce bowiem przejąć opiekę nad dzieckiem i całkiem sporymi należnymi jej pieniędzmi. W tym celu posłuży się wszelkimi możliwymi sposobami, nie przebierając w dostępnych środkach. W tę dość niemiłą sytuację wkracza Mason, choć czuje, że sprawa jest bardziej zagmatwana, niż na to z pozoru wygląda. Szybko przekonuje się zresztą na własnej skórze, że z biegiem czasu, miast stawać się coraz prostszą, ujawnia ciągle coraz to nowe zaskakujące supełki. Co i rusz sytuacja się zmienia, a sprawy komplikują. Dochodzi nawet do dziwnej śmierci jednego z właścicieli kasyna, o którą niespodziewanie oskarżony zostaje nasz bohater. Mason co chwilę musi zmieniać taktykę, mając do czynienia z wyrafinowanymi ludźmi, którzy bez zmrużenia oka kłamią i wykorzystują zdarzenia dla własnych korzyści.

Wprowadzenie do powieści jest wzorowe, poznajemy tylko część faktów, fabuła jest intrygująca, postaci zaskakujące, forma nienaganna jak kapelusz na głowie staroświeckiego gangstera z lat trzydziestych. To co mnie dodatkowo bardzo przychylnie usposabia do książki, a nawet wzbudza entuzjazm, to humor, raczej słowny niż sytuacyjny, i raczej czarny niż biały:

„– Chyba robi pani z igły widły – próbował bagatelizować Mason.

– Nie – odparła – to pan próbuje ostrugać widły na igłę”.

Mamy gry słowne, iskrzące się dowcipem, dialogi żywe jak pstrągi w strumieniu – w sumie zabawa jest naprawdę niezła.

Z postaci występujących na kartach powieści, prócz samego trochę tajemniczego i dość skromnie opisywanego adwokata, zwraca jeszcze uwagę jego sekretarka Della Street. Sekretarka doskonała, a zarazem przykład tego, co zakochana kobieta potrafi zrobić dla wybranego przez siebie faceta. Samego Masona poznajemy głównie w działaniu i w tak zwanym kombinowaniu. Choć jego umysł jest skazany na nieustanne wymyślanie wyjść z zaskakujących sytuacji, to zasady którymi się kieruje są dość proste: „Jeśli występuję w imieniu niewinnego klienta, zamierzam udowodnić, że jest niewinny. Jeśli występuję w imieniu winnego klienta, który mnie okłamuje, a ja zorientuję się, że mnie okłamuje, nie chciałbym znaleźć się w jego skórze”. Piękne, a w dodatku niezwykle, jak na adwokata, proste.

Warto zwrócić uwagę na klimat powieści, odpowiadający czasom, w których była pisana, czyli latom trzydziestym XX wieku. Nawet gangsterzy byli wtedy trochę inni, jakby bardziej eleganccy. Nie opisywało się seksu w kategoriach pikantności i szczegółów anatomicznych, wulgaryzmy były rzadkie jak borowiki w czasie suszy, a świat nie wydawał się tak zwyczajnie zdziczały jak obecnie. Taką właśnie atmosferę, trochę może wyidealizowaną odczuwa się na kartach powieści.

Dobre rzemiosło – muszę przyznać, że to właśnie bardzo sobie cenię nie tylko w literaturze. Takie jakiego spodziewamy się w wykonaniu rzetelnego zegarmistrza, kafelkarza czy dentysty. Nie zawsze bowiem na co dzień poszukujemy wielkiego artysty, często w zupełności wystarcza nam solidny rzemieślnik. A takim jest, przynajmniej w świetle tej powieści, Erle Stanley Gardner.

Polecam książkę na letnie upały. Ze względu na rozmiar zwłaszcza do podróży. Czytając powieść, nie zauważycie, jak szybko i przyjemnie mija czas.

Na koniec jeszcze parę słów samego Masona o jego ulubionej metodzie prowadzenia spraw sądowych: „Potem jednym efektownym ruchem rozwalę ten domek z kart. Wzbudzę popłoch w świadkach i rozniosę ławę przysięgłych tak, że całe oskarżenie diabli wezmą”.

 Damian Kopeć

 

Książki E. S. Gardnera na ZwB