Zrób im piekło, Dougie

15.09.2008

Zrób im piekło, DougieJ. Povey, Klub Seryjnych Morderców, przeł. D. Jankowska, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie 2008, s. 248.

To nie takie proste być seryjnym mordercą, o nie. Mało kto wie, że seryjni mordercy są bardzo samotni. No bo niby z kim mają dzielić się sukcesami i troskami swego zbrodniczego żywota? Rodzice zwykle nie żyją (często są pierwszymi ofiarami; wiadomo przecież, że wszystkiemu winne są matki!), kochankowie też zbyt długo nie wytrzymują żywi. Kiedy więc pojawia się okazja wstąpienia do Klubu Seryjnych Morderców, żaden SM nie zastanawia się długo.

Narrator powieści Jeffa Poveya nie uważa się za seryjnego mordercę. Przez przypadek zabija zbrodniarza podpisującego się w listach do mediów jako Grandson of Barney. Wkrótce potem, podszywając się pod niego, wstępuje do klubu zrzeszającego grono najbardziej znanych amerykańskich seryjnych morderców obojga płci. Spotkania klubowe odbywają się w jednym z chicagowskich barów (Grillers, świetnie rymuje się z killers, prawda?), a członkowie skrywają swe prawdziwe personalia pod nazwiskami wielkich gwiazd ekranu i sceny („Nic z tego nie zapamiętasz, ale od lewej masz: Cher, Burta Lancastera, Rogera Moore'a, Rocka Hudsona, Richarda Burtona, Tallulah Bankhead, Chucka Norrisa, Jamnesa Masona, Jerry'ego Lewisa, Deana Martina, Raquel Welch, Errola Flynna, Williama Holdena, Carole Lombard, Humphreya Bogarta, Stana Laurela i Lawrence'a Oliviera. Uf, chłopcze, nie myślałem, że sam wszystkich spamiętam”, s. 12). Nasz bohater przyjmuje miano Douglasa Fairbanksa Juniora i zaczyna się nieźle bawić. Wkrótce zostaje sekretarzem Klubu i oddaje mu całe swe samotne serce (swoją drogą, Grandson of Barney wycinał swym ofiarom serca i piekł je; to i tak – chyba? – lepiej niż niejaki Carole Lombard, pożerający mózgi osób, które zabijał, bo wierzył, iż zje w ten sposób także ich wiedzę).

Mijają cztery lata. Liczba członków Klubu drastycznie spadła, i to wcale nie z powodu jego małej atrakcyjności. Po prostu ktoś likwiduje jednego SM po drugim. Sposoby na sprzątnięcie kolejnych ofiar są doprawdy widowiskowe: rozłupanie czaszki ciężką książką, zatatuowanie (!) na śmierć, wepchnięcie w szyb windy plus zadźganie widłami, obcięcie głowy, wypalenie genitaliów spawarką, ugotowanie w oleju na frytki. Całe szczęście autor nie jest zbyt drobiazgowy, więc darowane nam są naturalistyczne opisy. Ale i tak czasem włosy stają dęba. Mimo że Douglas, opowiadając swą historię, stara się być zabawny.

Choć Powey jest Anglikiem, jego humor kojarzy mi się bardziej z amerykańskimi czarnymi komediami niż ze skeczami Monty Pythona. Mordercza mieszanina żartu i frenetycznej makabry jako żywo przypomina Urodzonych morderców. I podobnie jak tamten film, także powieść scenarzysty kilku odcinków EastEnders, Silent Witrness czy Kingdom wzbudzić może mieszane uczucia – nie ma co ukrywać, ta książka nie pozostawia obojętnym: jednym bardzo się nie spodoba, innych nieźle rozbawi. Klub Seryjnych Morderców jest książką napisaną z mocnym przymrużeniem oka. A jednak autorowi udało się w niej przemycić kilka całkiem poważnych spostrzeżeń. Jedno z najciekawszych dotyczy faktu, że nawet najwięksi zbrodniarze się boją. I to nie tylko horroru w telewizji („od którego dostaję dreszczy i zawsze wyobrażam sobie, że ktoś czeka na mnie w sypialni” s. 157). Boją się przede wszystkim samotności. Boją się jej tak bardzo, że gotowi są zabić.

Inna ciekawa uwaga zawarta w powieści Poveya, nawiązująca do wspomnianego filmu Stone’a, wiąże się z zainteresowaniem mediów zbrodniczymi umysłami („Król zabójców zdobył więcej czasu antenowego i materiałów prasowych niż ktokolwiek inny” s. 156). Narrator trafia do Klubu dzięki temu, że wie, iż zabił słynnego SM, bo pisze o nim każda gazeta i mówi każdy dziennik telewizyjny. Lekarz ratujący życie setkom ludzi staje się w naszej kulturze sławny dopiero, gdy ktoś przyrówna go do nazistowskiego zbrodniarza i oskarży o najohydniejsze zbrodnie. I nie oszukujmy się – to wcale nie jest cecha amerykanizacji świata, jak piszą niektórzy recenzenci Klubu.

 Bibliotekarz