O sukcesach MO w walce z przestępczością

07.11.2007

O sukcesach MO w walce z przestępczością R. Ćwirlej, Upiory spacerują nad Wartą, Zakrzewo: Replika 2007, s. 286.

Sięgacie czasem po Ewa wzywa 07? A oglądacie O7 zgłoś się z nieśmiertelnym porucznikiem Borewiczem? Wspominacie z rozrzewnieniem kapitana Żbika? Jeśli tak, to książka dla Was!

Upiory spacerują nad Wartą to świetny powrót do konwencji powieści milicyjnej, napisanej w dobrym stylu i znajomością rzeczy. Mamy 1985 rok. Poznań. Na brzegu Warty wędkarze znajdują ciało kobiety. Odkrycie jest tym bardziej szokujące, że ciało nie ma głowy. Nie mija wiele czasu, kiedy pojawia się kolejna ofiara bez głowy. Zabójca szybko zostaje nazwany mianem „łowcy głów”. Jego tropem podążają, trzeba dodać, że chwiejnym krokiem, milicjanci z Komendy Wojewódzkiej pod dowództwem kapitana Alfreda Marcinkowskiego, którym towarzyszy młody zomowiec – szeregowy Mariusz Blaszkowski, marzący, by być jak kapitan Żbik. 

Książka zawiera wiele ciekawych elementów. Spośród nich najważniejsze to interesująco ukazana topografia Poznania, historyczne obrazki z czasów PRL-u i kryminalna intryga, w której z właściwym sobie profesjonalizmem uczestniczy MO. I na tym trzecim komponencie warto zatrzymać się dłużej, jako że to właśnie dawne milicyjne realia pełnią w Upiorach rolę głównego bohatera. Ani kapitan Marcinkowski, ani niedoszły kapitan Żbik nie otrzymują bowiem od autora namaszczenia na postacie wiodące. Nie ma więc w powieści charakterystycznego detektywa, który bawiłby nas swoimi dziwnymi przyzwyczajeniami czy oryginalnością. Funkcję tę zdecydowanie przejmuje MO z jej rozbrajającym (z perspektywy czasu!) dyletanctwem, skłonnością do spożywania napojów wysokoprocentowych, podejrzanymi kontaktami ze światem przestępczym, zależnością od polityki, układów, nieudolnością i - w sumie - niebywałym szczęściem. Samo życie - powie ktoś i zamyśli się nad tym niczym powieściowa rybitwa o obyciu bywalca baru mlecznego.

Praca MO została oddana naprawdę jędrnie i ze swadą. Autor, Ryszard Ćwirlej, to malarz, producent filmowy  i telewizyjny, reporter i wydawca, który doskonale zna „niebywałe” możliwości dawnych organów ścigania i humorystycznie je opisuje. Powieść zaskakuje umiejętnością zabawnego wykorzystania obrazków znanych z czasów PRL-owskich, a że autor ma naprawdę lekkie pióro, czyta się ją jednym tchem.

To właśnie dzięki owej bliskości życia powieść milicyjna zawdzięcza tak dużą karierę. Udany powrót do niej, tym bardziej że zrealizowany przez autora, który patrzy na dawne czasy z barejowskim przymrużeniem oka, powinien także wzbudzić sympatię czytelników i rozbudzić apetyt na kolejne powieści, takie, od których ciarki będą nam „przebiegały po plecach z prędkością Ireny Szewińskiej” (s. 13). Powieści nie stroniące od mocnego języka, pokazujące śmieszność i groteskowość metod zarówno przestępców, jak i stróżów prawa PRL-u. No bo pewnie już wiecie, dlaczego ofiary w Upiorach nie miały głów...

 Bibliotekarka

R. Ćwirlej, Trzynasty dzień tygodnia

Ćwirlej w OKK - relacja