L. Józefowicz, Kostium Arlekina. Przygody śledczego Iwana Dmitriewicza Putilina, przeł. W. Dłuski, Warszawa: Noir sur Blanc 2006, s. 252. Kiedy Iwan Dmitriewicz Putilin, bohater powieści Leonida Józefowicza, przeszedł w stan spoczynku, postanowił wydać relacje ze swoich śledztw: Czterdzieści lat wśród rabusiów i morderców. Do współpracy przy pisaniu Iwan Dmitriewicz zaprosił stołecznego literata Safronowa. I tak narodził się pierwszy tom kryminalnej kroniki, czyli opowieść o zabójstwie austrowęgierskiego attaché wojskowego księcia Ludwiga von Arensberga w 1871 roku w Petersburgu.
Śmierć, zwana w książce beznosą, zaskoczyła ofiarę w jego domu, rękoma zabójcy dokonując brutalnego mordu w łóżku. Podejrzani są dyplomaci związani ze zmarłym, wiecznie pijany lokaj z pretensjami do pana, kochanka, która nie była jedyna, jej zazdrosny mąż, studenci o rewolucyjnych usposobieniach i międzynarodowi intryganci szukający możliwości awansu i wzbogacenia się. Nic dziwnego więc, że prowadzący śledztwo Iwan Dmitriewicz Putilin gubi się w fałszywych tropach i możliwych motywach. Kto okaże się mordercą?
Może nam się wydawać, że będziemy mieli do czynienia jedynie z – przyjemną trzeba podkreślić – gawędziarską relacją dawnego naczelnika policji ze swoich zmagań ze światem przestępczym. I pozornie tak jest. Ale tylko pozornie, bo powieść Leonida Józefowicza ma wiele wymiarów. Autor w tytule odwołuje się do znanej nam z komedii dell’arte znamiennej metafory, która w powieści znajduje takie oto odczytanie: „Kostium taki Iwan Dmitriewicz widział bardzo dawno temu w jarmarcznej budzie na Wyspie Kamiennej. Miał wtedy wyśledzić, aresztować i wyprawić z Petersburga mohylewskiego Żyda nazwiskiem Łazersztejn, ulicznego aktorzynę, który ochrzcić się nie miał życzenia, ale odstawiać swoje numery chciał nie w Mohylewie, tylko w stolicy. Bawił publiczność, pomiatał biednym Pierrotem, aż ten doprowadzony do rozpaczy, znalazł w kostiumie swego dręczyciela cieniutką niteczkę i za nią pociągnął. W jednej chwili cały strój Arlekina, z wirtuozerią sfabrykowany z gałganków jedną jedyną nicią, rozpadł się na kawałki. Wśród śmiechu widzów na stosie różnokolorowych szmat stał chudy jak szkielet, goły Łazersztajn, ze swoją ledwie zasłoniętą obrzezaną męskością” (s. 68).
Doskonała to metafora metody śledczej Putilina-Pierrota, który instynktownie i uparcie dąży do odnalezienia nomen omen gołej prawdy, z „dręczącym poczuciem dwoistości bytu” miotając się między sprzecznościami, jakie wynikają z uwarunkowań służby policyjnej i własnego charakteru. Z jednej strony bowiem Putilin to „uosobienie przeciętności”, z drugiej – dociekliwy inteligentny umysł. Z jednej człowiek ulegający naciskom i układom, z drugiej – niezależnie myślący; marzący o orderach i nieobojętny na rubelki, ale też posiadający głębokie poczucie sprawiedliwości. Rolę też mu los przeznaczył niemałą: „Jego, naczelnika Putilina, można za drzwi wyrzucić jak szczeniaka, a jednocześnie okazuje się, że od niego zależą losy Europy” (s. 122). To właśnie jemu, dobrodusznemu pantoflarzowi i przerażającemu niektórych „tworowi chaosu”, którego nie można się pozbyć, jak nie można „kulą ustrzelić śmierci”, przyszło rozwikłać sprawę księcia von Arensberga i uchronić kilka narodów od wojny. To ciekawy zabieg autorski – ukazać, jak blisko pozostają małość i wielkość, zacisze domowe i kulisy międzynarodowych układów, sprawy jednostki i sprawy narodu.
Kostium Arlekina – jako się rzekło – nie ma prostej konstrukcji. Szkatułkowa struktura powieści pozwala na opisanie kilku przylegających „gałganków” kostiumu, czyli na wprowadzenie dodatkowych opowieści o pomniejszych zabójstwach i przestępcach. W powieści są to też momenty powrotów do poziomu metanarracji, czyli tych fragmentów, w których Iwan Dmitriewicz i Sofronow zastanawiają się nad tym, jakie wątki ukazać czy jakie rozwiązanie zagadki dla czytelnika i piszących będzie najwłaściwsze. Czyżby oznaczało to, że w powieści chodzi jednak o coś więcej niż kryminalną zagadkę?
Rzeczywiście, w tle tekstu Leonida Józefowicza, na pierwszy rzut oka dosyć dobrodusznego, przyciągającego zabawnymi sformułowaniami i sytuacjami, cały czas niczym powracający wątek muzyczny, przed którym nie można uciec, przewija się kwestia duszy ludzkiej, duszy udręczonej, strwożonej, zmagającej się z przeznaczeniem. Bo jeśli przeznaczenie istnieje, nie można przed nim uciec, ale jeśli nie istnieje... cóż, wtedy jest się samotnym Pierrrotem w świecie Arlekinów.
Bibliotekarka