L. Józefowicz, Dom schadzek, przeł. W. Dłuski, Warszawa: Noir sur Blanc 2007, s. 268.
Iwana Dmitriewicza Putilina znamy już z powieści Kostium arlekina. W Domu schadzek nasz bohater jest młodszy, a jego kariera dopiero się zaczyna. Pewnego dnia sąsiad Putilina, kupiec Jakow Siemionowicz Kukolew, prosi go o przysługę. Bez śladu zaginęła jego matka – Marta Nikiticzyna. Kukolew podejrzewa o podstępne działanie swojego brata. Kiedy następnego dnia Iwan Dmitriewcz otrzymuje sprawę morderstwa w hotelu Arkadia, miejscowym przybytku zakazanych rozkoszy, nie spodziewa się, że ofiarą będzie jego wczorajszy zleceniodawca. I tak rozpoczyna się zagadka, której rozwikłanie wiąże się ze śledztwem w domu detektywa, co dodatkowo komplikuje sprawę, zwłaszcza że małżonka Iwana Dmitriewicza wolałaby zachować dobre stosunki sąsiedzkie.
Druga wydana w Polsce powieść Leonida Józefowicza pojawiła się tuż przed przyznaniem temu autorowi przez Instytut Książki i Stowarzyszenie Miłośników Kryminału i Sensacji „Trup w Szafie” Honorowej Nagrody Wielkiego Kalibru. Pisarz mało dotychczas w Polsce znany – rzeczywiście wart jest popularyzacji. Dom schadzek napisany jest dobrze, akcja toczy się wartko, mamy do dyspozycji kilka fałszywych tropów, w tym popularny trop masoński z Czarodziejskim fletem w tle, rozwiązanie zagadki nie jest więc proste, dzięki czemu książka trzyma w napięciu do końca. Jak mawia bohater – „Będziesz dużo wiedział, prędko wyłysiejesz”. Trzeba więc sobie dawkować przyjemność.
W przeciwieństwie do poprzedniej powieści ta zdecydowanie jest bardziej klarowna w zakresie konstrukcji i skomplikowania treści. Nie oznacza to, że jest przez to uboższa. Przeciwnie, wprowadzenie wielu sytuacji komediowych, szczerze zabawnych, jak wyskakująca z trumny niczym diabeł z pudełka żona zmarłego, wzbogaconych zaskakującymi sentencjami (pamiętajcie: „Wino mlekiem popijasz – pisz testament”!), kreuje atmosferę swojskości i ciepła. Główny bohater ma zabawne nawyki, jego perypetie z kochaną żoną są całkowicie zrozumiałe, a kontakty ze współpracownikami tradycyjnie niezbyt udane. Kiedy czytamy więc, że w domu Iwana Dmitriewicza „smirnowska mieszkała na fałszywych papierach, jak Żyd, który, nie przyjąwszy chrztu świętego, przeniósł się z Homla do Sankt-Petersburga. Przelana do butelki z etykietą wody salcerskiej, drżąca ze strachu judejka kryła się w najdalszym kącie komody i wychodziła stamtąd tylko pod osłoną nocy” (s. 70), nasza sympatia dla tej postaci wzrasta. Wzrasta również zainteresowanie dobrą rosyjską prozą. Warto więc poczekać na kolejną powieść tego autora. Przed nami bowiem, jak informują wydawcy na okładce, kolejna część trylogii o Putilinie, czyli Książe wiatru.
Bibliotekarka