B. Rychter, Kurs do Genewy, Warszawa: WAB 2007, s. 456.
Nie chciał być prywatnym detektywem, a jednak nim został. Mowa o Tomaszu Bartelu, bohaterze książki Bartłomieja Rychtera Kurs do Genewy, która ukazała się w 2007 roku. Pochodzący z Sanoka autor, urodzony w 1978, prawnik i menedżer, zadebiutował powieścią dobrą, wciągającą i ciekawą. W tej chwili w przygotowaniu jest kolejna jego książka, o której więcej na pewno niebawem się dowiemy z wywiadu udzielonego naszemu serwisowi.
Jest noc. Krakowski taksówkarz Tomasz Bartel ze znużeniem pokonuje ulice, czekając na zlecenia. W pewnym momencie jego samochód zatrzymuje pasażerka. Prosi, by Bartel zawiózł ją do jakiegoś hotelu. Kiedy ruszają, okazuje się, że dziewczynę ktoś ściga. Bartel zwykle nie wtrącał się w nieswoje sprawy, ale dziewczyna zrobiła na nim wrażenie, stara się więc uciec pościgowi. Niestety, zupełnie mu się to nie udaje. Bartel solidnie obrywa, a dziewczyna znika, zostawiając po sobie zapach deszczu i plecak, w którym taksówkarz odnajduje pewien starodruk. Od tego momentu nic w jego życiu nie jest już takie samo, jego śladami podążają ludzie, którzy nie cofają się przed niczym, a kolejne morderstwa związane z książką komplikują jego i tak już niełatwą sytuację.
Co takiego jest w tej książce, że warte jest życia tylu osób? „Mogła mieć ze sto lat, a może i więcej. Była ciężka, cięższa od innych znanych mu książek. Pachniała starością, wilgocią i czymś, co – jak sądził – było połączeniem zapachu kurzu, zmurszałych desek i unoszących się na strychu pajęczyn. Miała grubą i twardą okładkę, która mogła być wykonana z deski lub wygarbowanej i utwierdzonej skóry, bo kiedy pukał w nią palcami, odpowiadała głuchym dźwiękiem. [...] Przez to, że po raz pierwszy widział tak starą książkę, że nie znał języka, w którym została napisana, przedmiot, który trzymał w dłoniach, wydawał mu się tajemniczy i nieprzenikniony” (s. 42—43). Podobnie na Rzecz o zakazanych sposobach czarostwa, bo taki tytuł nosi ta powstała około 1580 roku książka, reagują wszystkie inne postacie Kursu do Genewy. Jedni widzą w niej możliwość szybkiego zarobku, inni sposób na odgadnięcie zagadki własnej przeszłości, jeszcze inni – pasjonaci książek, antykwariusze – okazję do zapisania się w annałach jako odkrywcy białego kruka. Bartel ma też swoje powody, by nie rezygnować z rozwiązania tajemnicy książki.
„Tomasz Bartel spoglądał na świat w jeden tylko sposób – ponad maską swojego samochodu, między ślizgającymi się po asfalcie światłami taksówki, nigdy nie zwracając uwagi na to, co dzieje się po bokach, i nie przejmując się tym, co nie dotyczyło go bezpośrednio. [...] Pił niewiele i nie za często, ale kiedy samotnie spędzane wieczory dłużyły się szczególnie smętnym milczeniem, nalewał sobie pół szklanki, czasem trochę więcej. Byle do rana” (s. 7, 13). Wszystkie dni tygodnia upływały mu tak samo i rzadko decydował się na jakieś odstępstwa od swoich zwyczajów. Wegetował. Pojawienie się pięknej dziewczyny, tajemnicy i zagrożenia wyrwało go z tego stanu, każąc dokonywać rzeczy, o które on sam się nigdy nie podejrzewał.
Dynamiczna akcja książki, przenosząca nas z Krakowa do wielu innych miejsc, pościgi, niespodziewane zwroty akcji i nowe pojawiające się postacie w historii Tomasza Bartela i jego przyjaciółki Estery, a wszystko to na tle antykwariatów, starych budowli i retrospekcyjnych wycieczek w przeszłość, sprawiają, że można ją porównać do najlepszych tytułów Arturo Perez-Revertego. Polski autor z tego porównania wychodzi z honorem, czego – jak sądzę – dowiedzie kolejna książka.
Bibliotekarka
Wywiad z Bartłomiejem Rychterem Bilet do świata wyobraźni