Trupy polskie. Kryminał, thriller, sensacja, opowiadania. Polskiej Kolekcji Kryminalnej t. 1, Kraków: EMG 2005, s. 270.
Przypomnijmy sobie wydarzenie z 2005 roku, kiedy to polskich wielbicieli literatury sensacyjnej zelektryzowała wiadomość o Trupach polskich, tajemniczej książce, która przebojem wdarła się na nasze półki, powodując ogromną zmianę w myśleniu o rodzimych kryminałach, i która zapoczątkowała niejako nowe widzenie literatury tego typu w naszym kraju. Dzięki Wydawnictwu EMG oraz Stowarzyszeniu Trup w Szafie polski kryminał zyskał wyrazistość, zróżnicowanie i rozmach.
A zaczęło się od zbioru opowiadań. Jak pisał wydawca we wstępie: „Stworzyli je autorzy reprezentujący najróżniejsze podejście do tradycji literackiej. Poeci i prozaicy, znani ze skrajnie odległych od siebie temperamentów pisarskich” (s. 5). Mamy więc obok siebie takie postacie, jak Joanna Chmielewska, Marcin Świetlicki, Piotr Bratkowski, Rafał Grupiński, Artur Górski czy Irek Grin, by wymienić tylko kilka, jakże znaczących, nazwisk (szczegółowe informacje podają noty zawarte na końcu antologii). Czternaście opowiadań, ciekawy wstęp i posłowie oraz dwadzieścia trupów, o czym informuje nietypowy indeks.
Antologię otwiera miniatura Joanny Chmielewskiej. Zabawne opowiadanie o kradzieży, która przeradza się w morderstwo, dokonane na ogrodniku, panu Mirku, jak wszyscy podejrzewają – sprawcy przywłaszczenia sobie ulubionego gadżetu głównej bohaterki. Nie poznajemy jednak odpowiedzi na żadne z nasuwających się pytań. Zapalniczka bowiem to tylko preludium do właściwej opowieści, która toczy się w zupełnie innej książce. W tej zaś przechodzimy do historii pewnego niedoświadczonego gangstera, który wpadł w sidła perfidnej nastolatki. Joasia, szesnastolatka z poglądami godnymi czterdziestolatki po przejściach, bez skrupułów wciąga go w pułapkę. Dzieci nie są tak niewinne, na jakie wyglądają. Smecz na Majorce pokazuje, że bywają takie latorośla, których rodzone matki nie poznają. Taki jest mały Buka, który rozwiązuje zagadkę morderstwa dziewczyny malowniczo rozpiętej na drabince basenowej. Może dlatego, że zaczytuje się w kryminałach. Podobnie jak autor Diabła w strukturze, piszący o powieści Iana Banksa i stawiający diagnozę psychopatologicznemu umysłowi. Czasem jednak warto umożliwić zabranie głosu ofierze. Wersja Czesława, nieżyjącego już od dwóch godzin syna Zenona, to przezabawny przykład współpracy denata z policją. Do zbrodniarza dochodzi się przecież poprzez analizę czynów ofiary. Tak jak to robi Józef Maria Dyduch, penetrujący środowisko księży, by wyśledzić mordercę ojca Bolesława Poręby. Ostatnie śledztwo wywiadowcy Gościńskiego, czyli przypadek rui i porubstwa, nie pozwala na pozytywną ocenę współczesnego świata. Podobnie Teczka Glizdy – smutny obraz polskiej paranoi. Samolot von Robbentropa pozwala trochę od niej uciec. Może wytchnienie znajdziemy w obrazie pożycia małżeńskiego pewnej pary... Czy jednak na pewno? Nie wiemy przecież, kto kogo zabije w czwartek? Bycie małżonkiem to faktycznie ryzykowne zajęcie. Choć bycie nauczycielką wydaje się jeszcze trudniejsze. Co jeśli droga takiej nauczycielki wiedzie przez las? Refleksja nad życiem, zbrodnią i człowiekiem bywa smutna. Pozostaje tylko utopić smutki w szklaneczce czegoś mocniejszego, jak to czyni pewien mistrz. Można też takie życie na swój sposób zmieniać, czego dowodzi makabryczny Wypasacz, zwłaszcza gdy się kocha wystarczająco mocno.
Można by tę kryminalną opowieść snuć jeszcze długo. W skrócie, co my więc tu mamy? Dziwną kradzież zapalniczki, opowieść o zepsutej nastolatce, krwawą zbrodnię na Majorce i dziecko, które nie ma emocji, a chłodny rozum, detektywa Dyducha z Agencji Inkwizycja, zwolennika filozofii odbytowej, a także prawdziwego bohatera Kotka, który „posiwiał, jakby spuchł... utył, spuchł i posiwiał” (s. 212–213), i pewną pułapkę na pismaka, czyli sprawę teczki Glizdy. W tej prawdziwej „polce z przytupem” (s. 21) widać doskonałą znajomość literatury kryminalnej. Autorzy zarówno w charakterystykach swoich bohaterów, jak i ich wypowiedziach dokonują odniesień do klasyki: a to kryminalnej wprost, jak odwołania do Chandlera czy Christie, a to do wielkiej literatury w ogóle, jak – na przykład – w nawiązaniach do Eco czy innych. I co najważniejsze, widać, że się przy tym znakomicie bawią. Dzięki temu wnoszą do tej – prostej zdawałoby się – formy powiew świeżości, kreując zupełnie nowe jakości, niepoddające się tak łatwo klasyfikacjom i jednoznacznemu opisowi.
Trupy polskie to swoisty manifest i credo Polskiej Kolekcji Kryminalnej, czyli zamierzenia, by stworzyć taki wybór kryminałów, który będzie prezentował różne pióra i różne oblicza pisarskie, udowadniając, że popularność zdobyć może nie tylko klasyczny kryminał, ale także wszelkie jego odmiany, modyfikacje i wcielenia. Jak dotychczas (o czym jeszcze będziemy pisać w kolejnych odsłonach charakterystyki PKK), zamierzenie to udaje się bardzo dobrze, a kolejne tomy utrzymują poziom i prekursorski charakter pierwszego, umożliwiając czytelnikom – jak to pisze w Posłowiu Andrzej Stasiuk – doskonałą i pożądaną transgresję, bezpieczne przejście do świata zbrodni.
Bibliotekarka