P. Kerr, Marcowe fiołki, przeł. E. Fiszer, Lublin: Red Horse 2009, s. 236.
Szykuje się nam znakomita seria kryminalna! Wydawnictwo Red Horse jak zwykle wycelowało bez pudła i zaoferowało nam nową świetną serię czarnych kryminałów w stylu Chandlera. Mowa o cyklu powieści Philipa Kerra z Bernhardem Guntherem w roli melancholijnego steranego życiem prywatnego łapsa, żyjącego w III Rzeszy. Jako pierwsza ukazała się książka Marcowe fiołki. I to jej jak najszybciej szukajcie w księgarniach!
Philip Kerr, szkocki autor, urodził się w 1956 roku w Edynburgu. Aktualnie mieszka w Londynie. Pisał dla „Sundey Times”, „Evening Standard” i „New Statesmen”. Pod swoim nazwiskiem opublikował kilkanaście książek dla dorosłych, a jako P. B. Kerr – wiele książek dla dzieci. Jego kryminały charakteryzuje mroczny ironiczny styl, który z pewnością spodoba się każdemu wielbicielowi czarnej prozy.
Mamy rok 1936, Berlin. Niemcy powoli ulegają wpływowi Hitlera, który właśnie doszedł do władzy. Prywatny wywiadowca (jak określa swoją funkcję sam bohater) Bernhard Gunther w geście protestu przeciwko tejże władzy odszedł z policji, by samotnie trudzić się poszukiwaniem zaginionych osób, najczęściej tak zwanych u-bootów (Żydów, którzy muszą się ukrywać), choć nie tylko. Prowadzi też sprawy morderstw. Pewnego dnia wzywa go Hermann Six, bogaty biznesmen, któremu właśnie zamordowano córkę – Grete Pfarr. Razem z nią ginie też jej mąż. Podczas zabójstwa z domowego sejfu giną drogocenne klejnoty warte siedemset pięćdziesiąt tysięcy marek. Oficjalnie ich odzyskaniem ma zająć się Gunther. Szybko okazuje się, że w śledztwo zamieszani są najwięksi dygnitarze nazistowscy. A kiedy Gunther otrzymuje też zlecenie od samego Göringa (nota bene wielbiciela kryminałów), zaczynają się prawdziwe kłopoty.
Bernhard Gunther jest sfrustrowany i do granic zbulwersowany tym, co dzieje się w jego mieście. Nie popiera nowej władzy, co głośno komunikuje, ale też stara się przeżyć i po prostu dobrze wykonywać swoją pracę. Żal mu jednak tego, czym były kiedyś Niemcy, czym było jego miasto. „Berlin. Dawniej kochałem to miasto. Ale to było zanim spojrzało ono w swoje odbicie i włożyło tak ciasny gorset, że z trudem mogło oddychać. Lubiłem jego beztroską filozofię, jazz, wulgarne pełne życia kabarety i inne kulturalne ekscesy, którymi charakteryzowały się czasy weimarskie i które sprawiały, że Berlin był jednym z najbardziej ekscytujących miast świata. Za moim biurkiem znajdowała się główna komenda policji i wyobrażałem sobie, jak tam harują, by wytropić najcięższe przestępstwa – takie jak: oznaki braku szacunku dla Führera, wywieszki u rzeźników „brak towaru”, nieoddawanie salutu hitlerowskiego i homoseksualizm. Berlin pod panowaniem nazistowskiego rządu przypominał wielkie, ciemne, nawiedzone przez duchy domostwo, pełne mrocznych zakątków, ponurych schodów, złowieszczych piwnic, pozamykanych pokoi. [...]” (s. 73). W tych pokojach było ponuro i klaustrofobicznie duszno. To doświadczenie bardziej przerażające dla Gunthera niż śmierć, z którą zdążył się już oswoić. „Widok ciał ludzi zmarłych nagłą śmiercią, przeraźliwych kolorów, powykręcanych członków, mięsnej miazgi nie robił na mnie wrażenia większego niż widok lady rzeźnika. Czasem dziwiłem się, że jestem aż tak nieczuły, choć wiedziałem, skąd się to wzięło. Za dużo miałem do czynienia ze śmiercią – tak na tureckim froncie, jak później, podczas służby w Kripo. Teraz, patrząc na trupy, nie kojarzyłem ich już z ludźmi. Zresztą ta moja mimowolna zażyłość ze śmiercią nie skończyła się do dziś” (s. 76). Nie skończyła, bo nie mogła. Naziści znacznie przyspieszyli „produkcję” śmierci we własnym kraju, eliminując wszystkie niebezpieczne jednostki, chęć zysku i władzy zasłaniając hasłem dobra ojczyzny.
W takich warunkach prowadzenie śledztwa w sprawie zabójstwa córki bogacza było szczególnie trudne. Gunther zaś był sam, od czasu do czasu spotykając na swojej drodze mniej lub bardziej interesujące kobiety. Jak sam wyznawał, „Jest tylko jedna rzecz gorsza od towarzystwa brzydkiej kobiety wieczorem, a mianowicie towarzystwo tej samej kobiety następnego ranka” (s. 140). Niemniej jednak miłość przeplatała się w jego życiu ze śmiercią cały czas, powodując głęboki smutek. Jako detektyw, Gunther jest wyznawcą starej szkoły. Docieka prawdy, często obrywając po gębie. Pamięta też, czego nauczył się od Sherlocka Holmesa, że buty mogą dużo powiedzieć o człowieku ;-) Jeździ starym czarnym hanomagiem, przepada za klares (mocną czystą wódką) i rzadko traci nad sobą panowanie.
Philip Kerr napisał książkę w starym dobrym stylu, proponując nam wyrazistą prozę z dobrze skonstruowaną intrygą kryminalną i przekonującą postacią głównego bohatera, godnego spadkobiercy Philipa Marlowe’a. Oby tak dalej...