M. Wroński, Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą, Lublin: Red Horse 2007, s. 320.
I oby nie ostatnia! Komisarz Maciejewski Marcina Wrońskiego to lekka, dobrze napisana powieść kryminalna. Jest tu wszystko: i ciekawa, niebanalna intryga, i wyrazisty, wzbudzający sympatię szorstki podkomisarz, grandziarskie środowisko Lublina lat trzydziestych ubiegłego wieku, ciekawe tło historyczno-obyczajowe i doskonały humor.
W listopadzie 1930 roku zostaje zamordowany redaktor naczelny „Głosu Lubelskiego” Roman Binder. Jego śmierć zapoczątkowuje serię wydarzeń, które finał nie bez przyczyny będą miały... na ringu bokserskim. Do walki staną trzej bohaterowie książki, a wśród nich amatorski mistrz okręgu z 1924 roku, podkomisarz Zyga Maciejewski. Czy okaże się, że śmierć Bindera, a po nim kolejnych ofiar ma charakter polityczny? Są lata trzydzieste, w mieście toczy się polityczna wojna, w której niemałą rolę odgrywa działalność cenzorską. Ale może w grę wchodzą powody obyczajowe? Albo mają tu znaczenie rozgrywki między dziennikarzami i ich bezpardonowe dążenie do sławy?
Podkomisarz Maciejewski nie jest prostym człowiekiem, choć na prostego wygląda. Ze swoim złamanym nosem, niedbałym strojem i lekkim stosunkiem do prawa ma aparycję i maniery rzezimieszka. I choć przestępczości nie pobłaża, nie czyni tego w imię prawa, mimo że go strzeże, ale w imię własnego poczucia sprawiedliwości. Z jednej strony nonszalancko podchodzi do ponętnej pielęgniarki Róży, którą zwodzi, a z drugiej z rozpaczą i nienawiścią wspomina zmarłą na gruźlicę żonę, która przed śmiercią go zdradziła. Sam uczestnik wojny bolszewickiej, po przejściach wojennych nienawidzi wojskowych i wojskowego drylu. Wrażliwy, ale potrafi przyłożyć przesłuchiwanemu. W prowadzeniu śledztwa jest niezastąpiony. Po śladach idzie – jak wspomina jego współpracownik – z finezją lisa. Swoje metody śledcze wzbogaca, bazując na zgoła niedetektywistycznych lekturach: „Gdy wokół przesłuchiwanego wszystko układa się w misterną grę, a nie zwykły splot przypadków, każde jego słowo brzmi jak wyznanie winy. Tę naukę Maciejewski wyciągnął właśnie z Procesu Kafki” (s. 74). Poza tym „Maciejewski wierzy w geometrię, według niego wszystko przybierało jakiś kształt, dawało się sprowadzić do wzoru lub krzywej: statystyka przestępstw, ruch ludności, wykrywalność... Takim wykresem staje się przecież nawet głos Kiepury czy V Symfonia, gdy patrzeć na ich obraz w oscyloskopie. Wzorem, fakt – nader skomplikowanym, są linie papilarne” (s. 110–111). Co prawda w jego śledztwie wzór nieoczekiwanie krystalizuje się w formie... obscenicznego obrazka, ale rzeczywiście posuwa (tfu...) sprawę do przodu.
Powieściowy atmosfera jest iście zawadiacka ;-) Poza wprowadzeniem wesołych sentencji w stylu „Maciejewski zawsze uważał, że ludzie, którzy zbyt ładnie piszą, są podejrzani” (s. 194), mamy do czynienia z umiejętnie budowaną atmosferą powieściowej grandy, w której pan Teofil rzeczywiście często dostaje w profil, a Don Juan Pedro de Gonzaga, handlarz żywym towarem, wzbudza popłoch wśród miejscowych prostytutek.
Takich kryminałów poprosimy więcej!
Bibliotekarka